Między życiem a śmiercią

Nikt nie może opowiedzieć, czym jest śmierć. Chyba że umierał, ale lekarzom udało się uratować mu życie. Tajemnice związane ze śmiercią od zawsze poruszały ludzkie emocje.

Dwudziesty wiek zmienił podejście do śmierci. Dzięki intensywnemu rozwojowi nauki dziś już wiemy, że umieranie jest procesem, nie tylko momentem zatrzymania akcji serca. Przed wiekami jednym z narzędzi diagnostycznych potwierdzających zgon było lusterko. Jeśli przyłożone do ust nie zaparowało, oznaczało to, że pacjent nie oddycha, czyli nie żyje. Dziś nie jest to takie proste, a z wraz z postępem wiedzy rodzą się kolejne pytania. 

Uwięziona pod lodem
Wydarzenie z 20 maja 1999 r. w okolicach Narviku w Norwegii przeszło do historii współczesnej medycyny jako jedno z najbardziej niezwykłych. Trójka przyjaciół, młodych lekarzy, zjeżdżała na nartach w okolicach zamarzniętego wodospadu. Trasa była im dobrze znana, wybrali ją ze względu na malowniczość terenu. Jednak tego dnia nic nie wyglądało tak, jak zaplanowali. 29-letnia doktor Anna Bagenholm wysforowała się na czoło, zostawiając przyjaciół poza zasięgiem wzroku. Gdy zjechali na dół wąwozu, nigdzie nie spotkali koleżanki. Nagle ich oczom ukazał się straszny widok – zobaczyli, jak w połowie drogi na szczyt Anna tkwi w pękniętej szczelinie lodowej, między wodospadem a skałami. Nieszczęśliwie wpadła głową do wody, widać było tylko jej nogi. Żyła i rozpaczliwie próbowała uwolnić się z pułapki. Narciarze od razu przystąpili do akcji ratowniczej. Niestety, niewiele mogli zrobić, bo ciało młodej kobiety mocno tkwiło w rozpadlinie. Na szczęście mieli przy sobie telefon komórkowy i zadzwonili po pomoc. Zaraz po wypadku kobiecie udało się znaleźć pod wodą kieszeń powietrzną, dzięki której mogła oddychać. Jednak po 40 minutach przestała się ruszać. Zanim ratownicy pojawili się na miejscu, minęło kolejne 40 minut. W tym czasie narciarzom udało się powiększyć szczelinę i wydobyć zlodowaciałe ciało na śnieg. Po przeniesieniu do helikoptera i zbadaniu poszkodowanej okazało się, że jej puls zanikł, krew przestała krążyć, a temperatura ciała spadła do 13,7 stopni Celsjusza. W trakcie godzinnego lotu do szpitala uniwersyteckiego w Troms, oddalonego o 250 km od miejsca wypadku, ciało narciarki poddawano resuscytacji. Po przeniesieniu na salę operacyjną podłączono ją do płucoserca i stopniowo podnoszono temperaturę ciała. Po pewnym czasie jej serce zaczęło bić!

Powrót do świata żywych
Rehabilitacja Anny Bagenholm nie była łatwa. Lekarka przez ponad dwa miesiące leżała na oddziale intensywnej terapii. Była częściowo sparaliżowana, układ pokarmowy nie funkcjonował prawidłowo. I chociaż po kilku miesiącach uznano ją za zrehabilitowaną, jej układ nerwowy był uszkodzony w takim stopniu, że niestety uniemożliwiło to lekarce kontynuację jej specjalizacji ortopedycznej.

Pół roku od tych wydarzeń historia ta została szczegółowo opisana i przedstawiona światu w prestiżowym brytyjskim czasopiśmie medycznym „The Lancet” przez dr. Madsa Gilberta, osobę odpowiedzialną za powrót Anny Bagenholm do zdrowia. Przypadek narciarki jest jedną z nielicznych, jak dotychczas, udanych prób „wybudzenia” pacjenta ze stanu śmierci klinicznej spowodowanego hipotermią. Normą jest bowiem, że gdy ciepłota ciała spadnie do 25 stopni Celsjusza, następuje zgon.
Jak doszło do tego, że Norweżka przetrwała krytyczne, rekordowo niskie wychłodzenie organizmu? Dr Gilbert uważa, że mróz i lodowata woda pomogły zachować ją w stanie śmierci klinicznej wystarczająco długo, by pomoc odniosła skutek. Gdy serce przestało bić, mózg pacjentki osiągnął na tyle niską temperaturę, że jego komórki potrzebowały niewiele tlenu, by przetrwać nieuszkodzone przez długi czas.

Na granicy śmierci
Podstawową różnicą, która ustanawia granicę między śmiercią kliniczną a biologiczną jest właśnie stan aktywności mózgu. W czasie agonii może dojść do tzw. śmierci klinicznej, która objawia się brakiem oddechu, zaprzestaniem akcji serca oraz utratą świadomości. Wciąż jednak możliwe jest przywrócenie pacjenta do życia pod warunkiem, że komórki jego mózgu nie zostały nieodwracalnie uszkodzone. Gdy zanikną także czynności mózgu, następuje śmierć biologiczna – czyli nieodwracalne ustanie wszystkich procesów życiowych.

Ze względu na bardzo długi okres utrzymania stanu wychłodzenia mózgu przypadek narciarki z Norwegii należał do wyjątkowych. Zazwyczaj komórki kory mózgowej zaczynają obumierać po upływie 3-4 minut od zaprzestania dostarczania tlenu do układu nerwowego. Jedynie w tym czasie reanimacja przynosi pożądany skutek.
Gdy komórki mózgu zostaną pozbawione tlenu na dłuższy czas, zmiany, które w nich zachodzą, stają się nieodwracalne i dochodzi do częściowego lub całkowitego zaniku funkcji kory mózgowej. Reanimacja przeprowadzona po tym czasie może doprowadzić do trwałego stanu wegetatywnego. Układy oddechowy i krążenia zaczynają funkcjonować poprawnie, ale mózg, ze względu na rozległe uszkodzenia, nie jest w stanie pracować właściwie. Stan ten jest nieuleczalny, mimo że większość funkcji organizmu działa prawidłowo, chory jest pozbawiony świadomości.

Jeśli chodzi o aspekt biologiczny śmierci klinicznej, jej przebieg jest opisany i zdefiniowany w setkach dokumentów i podręczników. Tymczasem jednak istnieje druga strona tego fenomenu, budząca najwięcej emocji, a zarazem kontrowersji. Gdyby wśród przechodniów, gdziekolwiek w Polsce, przeprowadzić anonimową sondę uliczną dotyczącą skojarzeń ze śmiercią kliniczną, większość odpowiedzi oscylowałaby wokół światełka w tunelu i nagłego powrotu do swojego ciała. Analizując wyniki, należałoby zadać pytanie: skąd taka popularność tematu niewyjaśnionej strony śmierci klinicznej?

Odpowiedź jest prosta. Pasjonują nas tajemnice. A ten konkretny sekret jest szczególny, ponieważ dotyczy nas wszystkich. Co jest po drugiej stronie życia? Co nas tam czeka? Nikt jeszcze nie wydarł śmierci jej tajemnic. Tym ciekawsze są dla wielu z nas informacje „z tamtej strony”. Jesteśmy gotowi wierzyć w nawet najbardziej wydumane relacje. Lepsze to niż strach, że poza życiem nie ma już niczego.

Życie po życiu?
Większość starożytnych i średniowiecznych opisów pośmiertnej egzystencji miała charakter natchniony. Przedstawiały wizje oparte na objawieniach. Zachowane dla potomności na piśmie tworzyły podstawy eschatologii. Do naszych czasów dotrwały również przekazy laickie, zazwyczaj przedstawiane jako bezpośrednia relacja z „wizyt” w zaświatach. Co ciekawe, do złudzenia przypominały współczesne opisy wizji towarzyszących śmierci klinicznej. Przekazywano je najczęściej z ust do ust.

Przełom nastąpił w 1975 r., gdy wydana została książka nikomu wówczas nieznanego amerykańskiego filozofa i psychologa Raymonda Moody’ego pt. „Życie po życiu”. Badacz opisał wyniki analiz około 150 przypadków osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Na podstawie ich relacji sporządzono charakterystykę tzw. „doświadczenia śmierci” (near-death experience). Najważniejsze z nich to: przyciągające do siebie światło (często pojawiające się w tunelu); szybkie, a jednocześnie wyraźne podsumowanie całego życia; wrażenie przebywania poza ciałem oraz powrotu do niego, często wbrew woli. Książka odniosła natychmiastowy sukces na całym świecie, w tym również w Polsce. Rozpoczęła lawinę, której towarzyszyło nagłaśnianie przez media przypadków podobnych do opisanych przez Moody’ego, powstawanie organizacji zrzeszających ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, a przede wszystkim wzmożony wzrost zainteresowania tą tematyką.

Medycyna ciągle szuka odpowiedzi na pytania, czym naprawdę są doświadczenia ludzi, którzy przeżyli „własną śmierć”. Dokąd prowadzi światełko w tunelu i dlaczego nie wszyscy je widzą? Czy jest to rodzaj snu, czy efekt nieprawidłowej pracy mózgu? Niektórzy lekarze twierdzą, że wizje powstają na skutek działania hormonów, których celem ma być ułatwienie człowiekowi przejścia przez śmierć. Być może mózg próbuje czymś „zająć” świadomość, aby ta nie przeszkadzała w gorączkowym ratowaniu życia? Jeszcze nie wiemy. Pytań jest wiele i można mieć tylko nadzieję, że naukowcy są coraz bliżej znalezienia odpowiedzi. Nowoczesne technologie pomagają „powracać do życia” wielu ludziom, którzy zajrzeli śmierci w oczy.

Fakty czy iluzje?
Według badań Instytutu Gallupa z 1992 r., aż 8 milionów Amerykanów deklarowało przeżycie „doświadczenia śmierci”. Jednak większość naukowców zalicza je do zjawisk paranormalnych. Mimo to stale przybywa relacji przypominających te opisane w książce „Życie po życiu”.