• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Ile zjesz za 100 kalorii?
  • Nie igraj z alergią
  • Kobieta z balonikiem: happy end
  • Tajemnica Diamondów
  • Piękna po 50.
  • Sport dobry dla pupy
  • Metody na głody
  • Jak zmienić życie zgnuśniałych indywidualistów
  • Trzeba wyzwolić impuls
  • Może być duża, byle zadbana!
  • więcej w tym wydaniu

Lucyna Malec: Żyję w zgodzie z rytmem przyrody

Superlinia, 2/2009
Barbara Staśko
  • Lucyna Malec, fot. KAPiF
więcej zdjęć
Odżywiam się zdrowo. Jedzenie kupuję w dobrych sklepach ekologicznych lub dostaję od znajomych. Fascynuje mnie medycyna i kuchnia chińska - pod jej wpływem odrzuciłam cukier, mąkę, mleko i świetnie się z tym czuję!

Lucyna Malec - Aktorka teatralna, telewizyjna i filmowa. Na co dzień występuje w warszawskim Teatrze Kwadrat. Z ról filmowych najmilej wspomina pracę w głośnym filmie Krzysztofa Krauzego „Mój Nikifor". Obecnie gra  w dwóch serialach - „Samo Życie" i „Na Wspólnej". Wcieliła się też w postać Nowikowej w serialu „Bulionerzy". Można usłyszeć ją w filmach animowanych m.in. „Flinstonowie". Jej głosem mówi świetnie znany polskim dzieciom Noddy.

Jest pani bardzo zajęta: rano dwa seriale, wieczorem spektakl w teatrze, do tego próby i wyjazdy w teren, mimo to przestrzega pani diety...
Rzeczywiście, często wstaję już o 5.30, ale zawsze zdążę zjeść na śniadanie moją ulubioną mamałygę, czyli kaszę jaglaną na słodko. To wspaniałe na zimowe chłody, rozgrzewające danie. Przygotowuję je sobie już wieczorem, żeby się rano nie szarpać. Do wody wrzucam pokrojone: figę, daktyle, orzechy laskowe lub włoskie. Gdy woda się zagotuje, wsypuję 2 łyżki kaszy jaglanej. Do tego 3 łyżki musli lub crunchipsów, płatków owsianych, kukurydzianych, razowych, orkiszowych. Gdy kasza zrobi się mięciutka, wrzucam owoce: jabłka, rodzynki, suszoną żurawinę. Dodaję odrobinę masła. Posypuję cynamonem, polewam syropem klonowym, który łatwo dostać w sklepach ze zdrową żywnością. Takie danie to ogromny zastrzyk energii na cały dzień. Można zjeść sporo, a człowiek nie czuje się ociężały. Rano jadam też czasem jajka, najchętniej od kur zielononóżek, z obniżonym poziomem cholesterolu.

Ale można je kupić tylko w bardzo dobrych sklepach ze zdrową żywnością. Jest pani ich stałą klientką?
Oczywiście! W Warszawie jest już teraz wiele takich sklepów. Kupuję w nich warzywa, owoce, w tym pyszne jabłka z niepryskanych sadów, świeże mięso, wołowe i drobiowe, jajka, chleb, a nawet ryby wędzone pochodzące z ekologicznych hodowli. Jestem zakręcona na punkcie zdrowej żywności, bo gdy zdrowo jemy, to zdrowo się czujemy.

Uważa więc pani, że dietę warto stosować nie tyle ze względu na urodę, ale głównie na zdrowie?

Każdy może wyglądać jak wygląda, jeśli tylko dobrze się z tym czuje. Ale ja mam zapędy do zbawiania całego świata i bardzo niepokoi mnie, że w Polsce jest coraz więcej otyłych dzieci. Za moich dziecięcych czasów było inaczej. Gdy w klasie było jedno grube dziecko, wszyscy wytykali je palcami. Teraz małych grubasków  jest wielu. To nie jest wina dzieci, lecz przede wszystkim rodziców, którzy im ulegają.

A czy pani była pulchną dziewczynką?

Miałam drobną buzię, ale też wypięty brzuszek. Odkąd sięgam pamięcią, odchudzałam się. Najintensywniej - studiując w warszawskiej szkole teatralnej, niedługo po stanie wojennym. Odżywiałam się wtedy w najgorszy możliwy sposób! W bufecie naszej szkoły były tylko bułki. Gdy dostawałam stypendium, szłyśmy z koleżanką do Hotelu Europejskiego na suty obiad. Było cudownie, ale potem zęby w ścianę! Organizm był tak ogłupiały, że jak tylko dostał jakieś jedzonko, to sobie odkładał na później w myśl zasady: „Idą gorsze czasy, trzeba mieć zapasy". Mam takie zdjęcie znad jeziora: stoję sobie na pomoście, bardzo z siebie zadowolona, a wyglądam jak baleron!

Zadowolony baleron jest tysiąc razy lepszy niż niezadowolony kabanos!

Nigdy nie przekraczałam pewnej granicy, nie byłam gruba, ale, powiedzmy, krągła tu i ówdzie. Stosowałam różne preparaty na odchudzanie, ciągle brałam jakieś tabletki, w tym chińskie, i jakieś dziwne specyfiki, ale ten etap już dawno za mną. Wydaje mi się, iż mam takie grube kości, że chuda nigdy nie będę, ale staram się odżywiać bardzo  racjonalnie. Z myślą o swoim zdrowiu, zmieniłam zupełnie jadłospis. Nie sprawiło mi to żadnych kłopotów! Jedyną moją słabością są lody. Jestem od nich uzależniona.

Czego nie stosuje pani w kuchni?

Mąki, soli i cukru - używam jedynie ksylitolu, czyli cukru z brzozy. Nie kupuję też mleka, jogurtu i żadnych serów, nawet białych.

Dlaczego?

Mleko jest długo przetwarzane w organizmie. Wyczytałam w jednej mądrej książce, że potrzebujemy tylko mleka matki, potem mleko zupełnie nie jest nam potrzebne. Jogurtów nigdy nie lubiłam, a poza tym one zaśmiecają nasz organizm śluzem. Jedna z mądrości medycyny chińskiej mówi, że jeśli ktoś ma wiecznie katar, powinien odstawić jogurty. W kuchni chińskiej nie używa się mąki, cukru, mleka ani innego nabiału - z wyjątkiem jajek. Spyta ktoś: a wapno? Więcej wapna niż w nabiale jest w brokułach i  kaszy gryczanej! W dodatku jogurty mają masę konserwantów. Muszą mieć, skoro są przydatne do spożycia przez całe dwa miesiące! Jeśli człowiek tak naprawdę wsłucha się w swój organizm - to on nam najlepiej podyktuje, co mamy jeść, a czego nie. Ja czuję się z tym świetnie! Uważam jednak, że nie można dać się zwariować i, na przykład, czasem piję kawę latte. Z mlekiem oczywiście.

Jak to się stało, że zaczęła pani stosować akurat taką dietę?

Na kuchnię ekologiczną przechodziłam powoli. Czytałam książki, surfowałam po internecie. Moja przyjaciółka jest lekarzem medycyny chińskiej i homeopatką. To głównie ona przekonała mnie do innego sposobu odżywiania się. Mam krąg przyjaciół, którzy stosują w kuchni takie same zasady. Wymieniamy się potrawami. Ja im daję  np. zapiekankę z kaszy jaglanej, którą bardzo lubię, albo dzielę się z nimi energetycznym rosołem mocy. Filiżankę tej gęstej zupy, prawie galarety, piję 2-3 razy w ciągu dnia. W następnym tygodniu gotuje ten rosół np. moja siostra albo pani doktor i dostaję go od nich. Do swojej porcji dorzucam zioła chińskie, dobrane specjalnie dla mnie.

Co jeszcze pani je?

Drób, ale tylko pieczony w rękawie albo duszony w specjalnym glinianym garnku, który wkłada się wcześniej do zimnej wody, aby nasiąkł. Gdy dusi się potem w nim mięso lub warzywa, woda paruje i wszystko jest bardzo soczyste. Zwykle nie jem też ziemniaków. No, chyba że podaruje mi je koleżanka, która ma ekologiczną działkę. Niemal całkowicie przestawiłam się na kasze i ryż.

I to pani służy?

Bardzo. Nie choruję, nie przeziębiam się, nie kaszlę. Mam dużo energii. W mojej kuchni stosuję bardzo dużo zielonej pietruszki i czosnku. Dodaję je nawet do kaszy gryczanej.  Podobnie też trzymane w dużym słoju tzw. pochruścia, czyli zmieszane ze sobą siemię lniane, prażone i zwykłe, ziarnka sezamu i  słonecznika, prażone pestki dyni, orzeszki pinii i arachidowe.

A co pani przygotowuje na kolacje?

Najlepiej ich nie jadać, ale ja czasem coś skubnę: jabłko albo pomidorki na ciepło z czosnkiem i bazylią.

Czego jeszcze pani unika?

Staram się w ogóle nie używać produktów przetworzonych, które mają konserwanty.
Nie kupuję gotowych soków, ale codziennie sama je wyciskam  z ekologicznych warzyw i owoców, tylko tych, które rosną w naszym kraju. Wodę - zwykłą kranówę - przepuszczam przez specjalne filtry i w dodatku stawiam na płytce Grandera, zwanej też płytką energetyczną. Potem wodę zagotowuję i chłodzę, wstawiając na 4 godziny do zamrażarki. Jest gęsta i pyszna, wygląda jak dobrze zmrożona wódka.

Ma pani dziesięcioletnią córeczkę Zosię. Czy ona też je ekologicznie?

Nie ma wyjścia! Mnie zdarza się, że czasem jem coś na mieście, ale jej nie pozwalam! Nie zgadzam się też na żadne chipsy czy posiłki w McDonaldzie. To ekologiczne żywienie  u nas wymaga sporo zachodu, ale nie mam żadnych wątpliwości, że warto!

Czy uprawia pani jakieś ćwiczenia?

Jestem  zakręcona na punkcie jogi, regularnie na nią chodzę. Daje mi dużo siły. Widzę,  że moje ciało dzięki ćwiczeniom się zmienia - jest o wiele bardziej sprężyste. Lubię ruch, chętnie jeżdżę na rowerze i na rolkach. W wakacje nie wychodziłabym z wody.

Jakie zasady zdrowego odżywiania są, według pani, najważniejsze?

Należy pamiętać o rytmie dnia - na śniadanie jeść najwięcej, na obiad mniej, kolację -  według znanego przysłowia: oddać wrogowi. Trzeba żyć zgodnie z rytmem przyrody: zimą sięgać po potrawy  rozgrzewające, a latem - po chłodzące. I jeszcze jedna zasada: gdzie żyjemy, tam się żywimy, czyli unikać produktów z innych stref klimatycznych. A poza tym, oczywiście, im mniej będziemy jeść, tym lepiej!

Przepis

Rosół mocy
Włóż do garnka spory kawałek kury rosołowej i bardzo dużo zielonej pietruszki. Możesz wrzucić też 6-8 kurzych łapek (jest w nich naturalny kolagen, dobry na stawy i cerę). Dodaj natkę selera albo seler naciowy,  parę ziarenek pieprzu i  jałowca. Włóż dobre mięso wołowe z kością, pokrojoną marchewkę, pietruszkę, por, seler oraz przekrojoną na pół i podpieczoną nad ogniem cebulę. Dodaj czosnek, imbir, korzeń żeń-szenia. Gotuj  przez 10 do 12 godzin.

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt