Po śmierci męża (a może tak się tylko usprawiedliwiałam) urosłam do 105 kg. Mieszkam sama. Dzień można jeszcze przeżyć, ale wieczory? Książka, dobra gazeta i to, co w lodówce - cokolwiek by to było: kabanosy, słoik dżemu, nawet wyszarpnięta z zamrażalnika parówka. A potem ból, a może przyjemność pełnego żołądka? I możliwość kupowania spodni co sezon większych. Wydawałoby się OK. Wnuki mają się do czego (kogo) przytulać. Kochałam właściwie moje duże ciało. Ale... Postanowiłam jednak coś z tym zrobić.
Dziś 19. dzień mojej diety. Waga wskazuje ponad 5 kg mniej. Wyostrzył mi się smak - napój waniliowy to smak i zapach budyniu z dzieciństwa. Kurczak z warzywami (zupa) tak dobrze pachniał, że jeden z siedmioletnich wnuków się zainteresował. Kiedy zobaczył, co jem, zapytał: „Babciu, to ty już nigdy nic nie będziesz jeść?"
U mnie, ponieważ mieszkam sama i nie gotuję dla innych, taka „kosmiczna" dieta bardzo się sprawdziła. Czuję się świetnie. Mam dobry humor. Jest mi tylko trochę zimno, bo elastyczne spodnie zaczynają mi latać koło nóg. A jak miło w nocy obudzić się z pustką w brzuchu. I ciekawe sny - bankiet z dobrym jedzonkiem. Nadgryzam coś pysznego i... biegnę do łazienki, żeby to wypluć - bo przecież jestem na diecie! Budzę się szczęśliwa i pełna energii. Myślę o powrocie do normalnego jedzenia i samodzielnie komponowanych posiłków. Tylko co zrobić, żeby wytrwać i zgubić kolejne 15 kg?
Wiesława
Babciu, to ty już nigdy nic nie będziesz jeść?
Przerobiłam już wszystkie diety, łykałam „suplementy", i nic. Wydawało mi się, że wystarczy pokochać moje duże ciało. Tłumaczyłam sobie, że wnuki mają do „czego" się przytulić. Ale jednak postanowiłam coś z tym zrobić. Dieta Cambridge okazała się dla mnie ostatnią deską ratunku.



