Na początku, w grudniu 1998 roku, było tylko 8 osób. Teraz jest ich 80, a w ciągu 10 lat przez Klub w Wałbrzychu przewinęły się ich setki. - Nasze rekordzistki schudły po 40, a nawet 60 kilogramów. Ja sama zrzuciłam 18 kg i dzięki Klubowi trzymam wagę - mówi prezeska Jadwiga Kałuża. Wspomina, że 10 lat temu, kiedy zaczęła przychodzić do Klubu, była zupełnie innym człowiekiem. - Byłam zamknięta i zakompleksiona, miałam sporą nadwagę i problemy ze zdrowiem - mówi. - A dziś akceptuję siebie, mam siłę, żeby cieszyć się życiem. Czasem myślę sobie: „Posiedzę wieczorem w domu". Jednak gdy przychodzi godzina 20, kiedy zaczynamy spotkania, wstaję i idę, a potem wracam inna, odnowiona, z nową energią do życia - dodaje.
Dzięki Klubowi czerpią siłę także inne panie. Przychodzą cztery razy w tygodniu na zajęcia w sali i na basen. Organizują wycieczki w góry, a od czasu do czasu wybierają się wspólnie na zagraniczne wojaże. W ciągu roku, na początek i zakończenie sezonu, z okazji rocznicy i w święto puszystych 1 marca organizują imprezy, na których bawią się do rana.
Tak było też i tym razem w listopadzie. W zabawie w „Tawernie u Greka" brali udział partnerzy klubowiczek. Na razie żaden z nich nie zamierza włączyć się w ćwiczenia na sali i basenie. - Nie miałbym siły ćwiczyć w towarzystwie tylu pięknych, rozebranych kobiet! - żartował jeden z nich.
Na temat wałbrzyskiego Klubu powstała praca licencjacka z dziedziny socjologii. Autorką jest klubowiczka, która w przeprowadzonych przez siebie badaniach wykazała, że Klub to jedna z niewielu wałbrzyskich inicjatyw, które aktywizują lokalną społeczność. Członkinie nie tylko razem bawią się, ćwiczą i chudną, ale też prowadzą własne firmy, działają w samorządzie i w innych grupach samopomocowych. - Na uczelni uznano, że jest to jedyna optymistyczna praca na temat naszej społeczności. Pozostałe mówiły głównie o degradacji rejonu w wyniku transformacji i braku przedsiębiorczości mieszkańców - mówi Jola Pytel, autorka pracy.




