Można powiedzieć że nigdy nie byłam chudzielcem ale podobała mi się moja kobieca figura z pełnymi biodrami, płaskim brzuchem i jędrnymi pośladkami. Taką poznał mnie mój mąż i taką marzyłam żeby zawsze pozostać. W czerwcu 2003, kiedy brałam ślub, ważyłam 75 kilo przy wzroście 172 cm i dobrze mi z tym było. Kolejny rok przyniósł wielkie zmiany - poczęła się Natalka! Po zimowym bezruchu i domowych obiadkach dla męża, do ciąży startowałam z wagi 80 kg. Na początku trochę nawet schudłam ale pod koniec waga wskazywała 107 kilo! Od pewnego momentu bardzo się pilnowałam, liczyłam nawet kalorie przez kilka miesięcy ciąży, ale nadprogramowe sadełko nabyte w II trymestrze już sobie znalazło wygodne mieszkanko na moich biodrach, w pasie i na ramionach.
Po porodzie zostało mi 100 kilo i od tej wagi liczę moje zmagania z kilogramami.
Szybko ruszyłam do boju, w 6 tygodni po porodzie tak zawzięcie pedałowałam na rowerku stacjonarnym, że dostałam krwotoku... i zakaz ćwiczeń.
Magia już nie działa
Córci wyskoczyła skaza białkowa a ponieważ karmiłam piersią musiałam drastycznie zawęzić repertuar dozwolonych dla mnie dań do marchewki, kury, jabłek i musli. Mimo restrykcji nie chudłam nic. Zaczęłam prowadzić dziennik odchudzania i wzięłam się za siebie metodą Montignaca. Efekty były rewelacyjne - w 1,5 miesiąca schudłam 7 kg (do 91 kg) naprawdę niewiele sobie odmawiając. To jak dotąd najlepszy mój wynik i waga najbliższa ideału sprzed ciąży. Potem przyszły wakacje. Żywienie zbiorowe, knajpy, piwko ...i 6 kilo na plusie. Choć chciałam do Montiego wrócić, już nigdy mi się to nie udało. Potrafiłam przez miesiąc jeść zgodnie z zaleceniami i nie stracić nic. Magia przestała działać...Nadal karmiłam i nie mogłam zacząć żadnej innej diety więc jadłam co popadnie i w grudniu waga osiągnęła 108 - wynik „lepszy" niż na finiszu ciąży.
W styczniu 2006 Córcia dzięki Bogu zrezygnowała z mojego mleczka i wybrała ciekawszy jadłospis a ja wzięłam się ostro za siebie. Zafundowałam sobie 15 seansów na rowerku w podciśnieniu, chodziłam na basen, jadłam różne potworne tabletki (Adipex, Meridia) ale spektakularnych efektów nie było widać. Owszem, w czasie „diety" chudłam ale nadrabiałam z nawiązką: 5 w dół, 6 w górę, 4 w dół itd.
Diety, diety, diety
Następny etap to luty 2006 - dieta Cambridge. Nie narzekam, jedzenie z saszetki było łatwe do przygotowania i nawet smaczne ale po 3 tygodniach miałam dość. Straciłam 9 kilo (do 99 ) z czego 6 wróciło w niedługim czasie. Kolejne podejście do odchudzania „na serio" to wiosna 2006.Wtedy dużo ćwiczyłam, przez 2 miesiące biegałam z 3 ślicznymi i szczupłymi koleżankami na dość intensywny aerobic i na siłownię, w domu starałam się pedałować, w ogóle dużo się ruszałam ale efektów na wadze nie zauważałam żadnych. W czerwcu był przymusowa eksmisja do Rodziców bo mąż pisał pracę licencjacką i lepiej było mu schodzić z drogi. Razem z mamą pokonałyśmy po 7 kilo (znów 99) na diecie kapuścianej i diecie na pomarańczach i sucharkach od koleżanki z Niemiec. (Ja dodatkowo jadłam Adipex i codziennie po 40 min ćwiczyłam na rowerku, mama nie jadła ani nie ćwiczyła, a efekt identyczny).
Od Balansu do Metaboliki
Koniec sierpnia 2006 witam wagą 104 kilo i wizytą w Centrum Dietetycznym Balans w Gliwicach. Tu zapisałam się na terapię grupową i usłyszałam - ŻADNEJ DIETY W ŻYCIU WIĘCEJ!! Patrząc wstecz rzeczywiście doszłam do wniosku, że niczego nie wniosły a tylko spowolniły przemianę materii. Dawały też (złudne) poczucie, że coś robię ze sobą, ze swoją waga i swoim życiem. Złudne... Niestety grupa wsparcia po miesiącu się rozpadła i znowu nastąpił okres, o którym wolałabym zapomnieć.
Pod koniec roku 2007 (waga 109 kg!) okazało się, że mam cholesterol poza wszelkimi normami. Wtedy trafiłam do Vimedu - Centrum medycyny metabolicznej w Warszawie. Mimo, że cena oferowanych usług była bardzo wysoka - zaryzykowałam. W Metabolice wykonałam test, który określił pokarmy wywołujące w organizmie uczulenie objawiające się m.in. przewlekłym stanem zapalnym organizmu, zmęczeniem, otyłością. Dodatkowe badania wykazały, że moje babskie hormony szaleją i prawdopodobnie to też przyczyna moich niepowodzeń.
Przez ponad 2 miesiące stosowałam zalecaną przez Metabolikę dietę eliminacyjno - rotacyjną. Efakt: straciłam 8 kg., cholesterol - znacznie poniżej normy, ustąpiło zmęczenie, które zagłuszałam ogromnymi ilościami kawy. Po 3 miesiącach pojechałam na wizytę kontrolną do Metaboliki. Dowiedziałam się jednak, że prawie wszystko robię nie tak: mam jeszcze o połowę zmniejszyć głodowe racje żywnościowe, dwa razy więcej ćwiczyć, jeść tylko surowe warzywa i żadnych mrożonek (w lutym?!). Na złość dietetyczce - a tak naprawdę sobie samej - objadłam się. A potem poszłam wymiotować. To był kolejny przełom i punkt zwrotny w mojej wojnie z kilogramami. Niby kolejna przegrana bitwa a w głębi serca nutka triumfu - mam sposób na szczupłą sylwetkę! Postanowiłam: będę się tak „odchudzać". Na szczęcie byłam zbyt leniwa i rzadko uciekałam się do tej „metody". Zaczęłam się jednak poważnie martwić, bo pochłaniałam napadowo ogromne ilości jedzenia. Z talerza znikało wszystko w oka mgnieniu, a ja ciągle byłam „głodna".
Przez „przypadek" w Dąbrówce
Wtedy „przypadkiem" wstukałam w Google „objadanie się" i trafiłam na Ośrodek leczenia nerwic i zaburzeń jedzenia „Dąbrówka". „Przypadkiem" znajdował się 2 przecznice od mojego domu. W tajemnicy przed wszystkimi umówiłam się na wizytę...
Od tego momentu to nie kilogramy stały się ważne, ale to, co działo się w mojej głowie. Wkrótce kończę 3-miesięczną terapię grupową. Ponieważ zajęcia w Ośrodku odbywają się rano i trwają 4 godziny jestem na L-4. To okazało się zbawienne, bo jednym z powodów kompulsywnego jedzenia była praca. Znalazłam też wiele innych przyczyn mojej choroby i uświadomiłam sobie mechanizmy, które powodowały, że zawsze po zrzuceniu kilku kilogramów wracałam do „bezpiecznej" wagi. Niestety „skutkiem ubocznym" leczenia był gwałtowny przyrost wagi, ale nawet nie próbowałam tego kontrolować. W międzyczasie wysłałam jak zwykle kupon do Super Linii aby wziąć udział w akcji „Chudnij z nami". Tym razem sukcesu nie będzie. Nie to jest jednak dla mnie najważniejsze. Teraz postaram się zadbać o moje uczucia, emocje, będę wyrażać, a nie, jak dotąd zajadać mój gniew, złość i smutek.
Nadchodzą zmiany. Tak wiele spraw zrozumiałam. Zdecydowałam się przeorganizować moje życie. Zmieniam pracę, mój związek rozkwita, a ja jestem przede wszystkim pełna wiary, że kiedy wreszcie poczuję się szczęśliwa i przestanę skupiać się na jedzeniu, waga również się ustabilizuje. Mam już pierwsze małe sukcesy. Najlepsze przede mną! Basia



