• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Kopenhaska: sukces gwarantowany?
  • Jedz i trać kilogramy
  • Myślenie strategiczne
  • Czas na kolor
  • Z ogrodu do zamrażarki
  • Lato, lato zostań dłużej
  • Balon – mój strażnik wagi cz. 3
  • Jolanta Lothe: Mam swoją pasję
  • Jesienne specjały
  • Przetwory domowe
  • więcej w tym wydaniu

Balon – mój strażnik wagi cz. 3

Superlinia, 9/2008
  • fot. Shutterstock
więcej zdjęć
To ostatni odcinek pamiętnika pana Janusza Szypuły. Z balonem w żołądku spędził pół roku. Schudł 18 kilogramów. Ale - jak podkreśla - to nie jest najważniejsze.  Obecność balonika zmieniła go z gnuśnego czterdziestolatka w aktywnego człowieka, który świadomie układa swój jadłospis.

23 czerwca 2008

Jakoś dziwnie się czuję dzisiaj od rana. Mam strasznie dużo czasu i w ogóle pustka jakaś... taka. No tak! Basen „mi" zamknęli. Ze względu na letnią przerwę technologiczną, będzie nieczynny przez okres około dwóch tygodni.

Przyzwyczajony do tego, aby rozpoczynać dzień od kontaktu z wodą - wysiłku fizycznego (ach te 40 basenów - dobrze, że jedna długość to „tylko" 25 metrów hi hi), biczy wodnych i zimnego prysznica, wyraźnie odczuwałem brak tej porannej godzinki „dla zdrowia".

Może za bardzo wyolbrzymiam całą sprawę, bo przecież nie jestem na basenie codziennie, ale jednak od poniedziałku do piątku zawsze ok. godziny 6:05 wchodziłem do wody. Zdarzały się dni, kiedy nie mogłem być, a także soboty i niedziele - wtedy jednak miałem to z góry zaplanowane.

Teraz szykowała się dłuższa przerwa, ponieważ w piątek zaczynam urlop i wyjeżdżamy nad morze (tak, TAK - jedziemy nad nasze polskie morze, do Mrzeżyna!) i to ta świadomość, że basen zamknięty tak mi jakoś dokuczała.

Pomimo tego, obudziłem się, jak zwykle o 5:15 - już od dłuższego czasu przecież nie potrzebowałem budzika, oczy same się otwierały, tym bardziej, że o tej porze roku przyroda budziła się już kilka godzin wcześniej i za oknem ptaszyska wesoło śpiewają...Pomyślałem, że jak wrócimy z urlopu, to basen kryty będzie już otwarty i wszystko wróci do normy. Nadchodzący tydzień i tak będzie upływał pod znakiem przygotowań do wyjazdu.

25 czerwca 2008

Od dwóch dni zastanawiam się, czym zastąpić poranne pływanie.
Okazało się, że potrzeba wysiłku fizycznego jest we mnie już tak mocno, że pomimo tysięcy spraw na głowie przed wyjazdem, to myślę o tym, co czas jakiś...

Jeszcze pół roku temu, jakby mi ktoś powiedział, że będę tęsknił za wzmożonym wysiłkiem, za ruchem, za aktywnością, to popukałbym się mocno w czoło (nie tylko swoje z resztą). A tu proszę co się porobiło. Zasiedziały przed komputerem grubcio (no, no z szacunkiem, toż jest już mnie coraz mniej przecież) prosi się o sport jakiś.

HA! Sport to zdrowie przecież! Tyle razy o tym słyszałem, ale jakoś tak nie traktowałem tej opinii z należytą powagą. Teraz stwierdzam, że nie tylko coś w tym jest, ale jest to prawda najprawdziwsza.

Zabiegany w życiu codziennym, z masą obowiązków na głowie, kiedyś potrafiłem tylko stwierdzić, że świat pędzi coraz szybciej i gdy tylko miałem wolną chwilę to spędzałem ją siedząc przed ekranem monitora komputerowego lub leżąc przed telewizorem - najlepiej z pełnym żołądkiem lub jakimś jedzeniem na talerzu.

Teraz, dzięki niebieskiemu balonikowi, nie najadam się tak koszmarnie, a dzięki sobie (przecież początkowo musiałem się zmuszać i nieraz brzydkie słowo zastąpić dodatkową długością basenu) poznałem potrzebę aktywności fizycznej, a przede wszystkim ogromne korzyści z tego płynące.
Nie tylko dla fizycznej części swojego ciała - moja psyche od dłuższego czasu nie miała się tak świetnie jak obecnie.

Pisząc te słowa, nagle poczułem lekkie mrowienie po plecach...
Znałem już to uczucie. Parę miesięcy temu coś podobnego zdarzyło się w momencie, kiedy doznałem olśnienia, że kocham pływać i zacząłem chodzić na basen!
Przecież jest lato!
Przecież Asia robi to już od dawna!

Przecież mogę JEŹDZIĆ NA ROWERZE!

Jak mogłem nie pomyśleć o tym wcześniej. Asia męczy mnie od tygodnia żeby wziąć jej rower nad morze. Skoro mam wieźć przez całą Polskę na dachu samochodu jeden rower - równie dobrze mogą to być dwa!

Jutro kupuję rower dla siebie!

27 czerwca 2008

TAK! To już dzisiaj. Wyjazd na urlop staje się faktem.
Wszyscy zasłużyliśmy sobie na wypoczynek - Ja z Asią po roku ciężkiej pracy zawodowej, Gabrysia pięknie (z wyróżnieniem) zakończyła pierwszą klasę gimnazjum, a Zuzia kończąc klasę „0" po wakacjach idzie do pierwszej klasy.
Nareszcie dwa tygodnie laby, bez myślenia o problemach i obowiązkach.

Tylko te 820 kilometrów do przejechania...

Pomyślałem, że zważę się przed wyjazdem - po 5 miesiącach jest mnie ok. 18 kg mniej. Biorąc pod uwagę cały ten okres jest nieźle. Najważniejsze, że w miarę systematycznie chudnę.

28 czerwca 2008

HURRRA! Jesteśmy nad morzem!
Stoję sobie w wodzie po kostki, fale zdążyły już pomoczyć mi spodnie, ale to drobiazg w porównaniu z tym niesamowitym uczuciem wolności...

Nasz turnus rozpoczynamy „od kolacji".
I tu pojawiły się pierwsze obawy. Zresztą myślałem już o tym wcześniej. Rozważając mój reżim żywieniowy, zastanawiałem się jak będzie wyglądał jadłospis przez następne 2 tygodnie.
Zobaczymy...

2 lipca 2008

Niestety potwierdziły się moje obawy. Jak to mówią, zbiorowe żywienie ma swoje prawa i nawyki. Na stołówce królują zupy z dużą ilością zasmażki, dalej ziemniaki z dużą ilością mącznych sosów, rozgotowany na ciapkę makaron, dużo białego pieczywa i wiele innych „pyszności". Owoce owszem są - codziennie na deser.
Ale NIE MA warzyw! To znaczy są, ale w śmiesznych wręcz ilościach. Na śniadanko na talerzyku jest np. 3 (słownie: trzy) połówki plasterka pomidora (w sumie daje to półtora plasterka) i to tylko wtedy, gdy pomidor jest mały, bo jak duży to 1 plasterek na pół. Postanowiłem nie wykłócać się w kuchni, bo skutek byłby raczej mierny, a przyjechaliśmy tu w końcu odpocząć, a nie denerwować się.

Jakoś przeżyję te 2 tygodnie, chociaż jadłospis jest całkiem „odwrotny" od tego, jaki stosuję od kilku miesięcy. Najbardziej mi brakuje świeżych warzyw, ciemnego pieczywa no i wszystko jest smażone, podane w mącznych sosach - pomarzyć można tylko o gotowanym mięsku, rybce pieczonej w folii, czy innych frykasach.
Nie będę marudził - jakoś to wytrzymam.

5 lipca 2008

Jak ten czas szybko leci - już połowa turnusu. Na szczęście mamy piękną pogodę. Chodzimy sobie na plażę, kąpiemy się w morzu. Wieczory spędzamy na świeżym powietrzu, przy ognisku albo w kawiarence, organizując wieczorki taneczne. Widzieliśmy zachód słońca nad morzem, zarówno z plaży, jak i wypływając statkiem na rejs po morzu o zachodzie. Dzieci zadowolone, my także - w ogóle widać, że cała nasza grupa dobrze spędza czas.

Jeździmy z Asią na swoich wspaniałych rowerach. Trochę doskwiera brak ścieżek rowerowych, co dziwi mnie nieustannie, bo myślałem, że w nadmorskich miejscowościach wczasowych, gdzie są piękne tereny, dużo lasów, takie ścieżki będą. Cóż, trzeba korzystać z wąskich dróg, po których jeździ sporo samochodów, a to jest ta mniej przyjemna strona wycieczek rowerowych.

Jedno wiem na pewno. Po powrocie do domu oprócz chodzenia na basen, będę w miarę możliwości, jak najwięcej jeździł na rowerze. Spodobało mi się! (Że też wcześniej o tym nie pomyślałem?)

7 lipca 2008

Stała się rzecz straszna. Do tej pory starałem się mocno ograniczać w jedzeniu tych wszystkich pysznych posiłków, ale zauważyłem, że mam coraz słabszą silną wolę...
Bardzo dużo czasu spędzam na świeżym powietrzu. Staram się być, jak najwięcej w ruchu i to oprócz wiadomych korzyści, przynosi jeszcze jedno uczucie - CHCE MI SIĘ JEŚĆ! Na początku na moich talerzach po posiłkach zostawało sporo jedzenia.
Teraz wyczyszczam wszystko! I nawet mój balonik nie buntuje się na to tak bardzo.
A może po prostu mniej to zauważam, bo uczucie głodu jest silniejsze?

Po raz kolejny przekonuję się, że mój niebieski przyjaciel, jest tak naprawdę tylko moim pomocnikiem.  Ostatecznie wszystko zależy ode mnie i to ja muszę się ciągle kontrolować. Samo nie przyjdzie!

10 lipca 2008

Szykujemy się na wieczorek pożegnalny...
Wszystko co miłe szybko się kończy, niestety.

I tutaj kolejne rozczarowanie, a także odkrycie zarazem. Ubrałem się ładnie, jasne spodnie zapinane na pasek i... niemożliwe! Musiałem zapiąć pasek na dziurkę, której już nie używałem od jakiegoś czasu. Niestety, okazało się, że miejscowe jedzonko „posłużyło" mi zarówno jakością, jak i ilością. Zrobiło mi się trochę smutno, a w zasadzie przygnębiło mnie to okropnie!

I tu z pomocą przyszła mi moja Asia kochana. Przypomniała mi, napis, który powiesiłem na lodówce, jak zaczynałem bój o siebie i swoje zdrowie w lutym. „Możesz przegrać bitwę, a nawet dwie bitwy, ale wojnę MUSISZ wygrać!".

Po powrocie do domu ostro biorę się do roboty. Rano basen. Po południu kilka - kilkanaście kilometrów na rowerze. Wracam do swojej, wypróbowanej przez ostatnie kilka miesięcy diety.

Nie poddam się!

Aha! Nie napisałem o swoim odkryciu. Ludzie! Jak się odchudzacie, NIGDY, ale to nigdy nie chodźcie w spodniach z gumką. Nie zauważa się wtedy, kiedy przybywa w pasie. Swoje letnie krótkie spodenki spaliłem w ognisku!!!

15 lipca 2008

Powoli otrząsam się z szoku po powrocie do pracy (ha ha). Z totalnego leniuchowania trzeba znowu wejść w kierat codzienności. Nie martwię się tym specjalnie, ponieważ teraz bardzo potrzebuję znowu wejść w określone tory i rygory jasno określonych zasad.

Basen jest ciągle zamknięty. Miał być nieczynny przez ok. 2 tygodnie, a trwa to już prawie miesiąc. Podobno ma być otwarty dopiero pod koniec miesiąca.

Na razie przykręciłem sobie śrubę z jedzeniem, w czym ciągle pomaga mi ten niestrudzony balonik w żołądku, chociaż muszę obiektywnie stwierdzić, że na początku, tzn. w pierwszych miesiącach mocniej dawał znać o sobie i z tego względu, łatwiej było ograniczyć wielkość posiłków.

Jak tak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może to nie balon mniej daje znać o sobie. Tak! Mniej go odczuwam, bo mniejsze są porcje moich posiłków! Wygląda na to, że przez te kilka miesięcy wyraźnie zmienił mi się pogląd na to, co to znaczy duża lub mała porcja do zjedzenia. Jak pomyślę, ile potrafiłem zjeść na jeden raz pół roku temu, a ile teraz?

Zrobiłem sobie nawet taki mały eksperyment. Poukładałem przed sobą mniej więcej taką ilość różnych smakołyków, które zjadałem pół roku temu w trakcie jednego posiłku (co było trudne bo niejako „przy okazji" stwierdziłem, że wtedy nie miałem posiłków, tylko ciągle jadłem, a to to, a to tamto) i osłupiałem.
Teraz śmiało wystarczyłoby to wszystko na cały dzień (i pewnie jeszcze by coś zostało dla krasnoludków).

18 lipca 2008

Znowu zacząłem :-) chudnąć!

25 lipca 2008

Wstąpił we mnie nowy duch walki! Dzisiaj po południu jest otwarcie basenu i znowu od poniedziałku będę mógł pływać ten „swój" kilometr plus inne „atrakcje" wodne.

Cieszy mnie to ogromnie, ponieważ kończy się okres implantacji mojego balona żołądkowego.

Jest to niewątpliwie czas rozliczeń i dalszych planów na przyszłość.
Codziennie myślę o tym, co się udało, a co nie?

Przyznam szczerze - myślałem, że uda mi się więcej schudnąć. Po oszałamiającym wręcz sukcesie pierwszego miesiąca nadzieje miałem duże.

Nie wziąłem pod uwagę, że z wiekiem coraz trudniej jest schudnąć. Można walczyć długo o pół kilograma, po czym odzyskać go z powrotem jest bardzo łatwo. Jak miałem 20 lat, zrzucić parę kilogramów, w porównaniu do dzisiaj, było bardzo łatwo.
Poza tym, wieloletnich nawyków żywieniowych nie jest tak łatwo się pozbyć. Codzienna walka nie tylko z ciałem, ale także z własną psychiką - jak sobie poradzić z uczuciem ciągłego pragnienia, żeby „coś" jeść?

Mimo wszystko z ogólnego efektu jestem bardzo zadowolony!
W ostatnich dniach udało mi się „zgubić" to, co „zyskałem" nad morzem.

Półroczny okres kończę utratą wagi 18 kg.

Jest to dla mnie ogromny sukces, ponieważ w tym wszystkim nie tylko chodziło o schudnięcie, jako takie, czyli o utratę kilogramów.

Ostatnie pół roku mojego życia kończę z zupełnie inną świadomością.
To tak, jak bym, w pewnym sensie, na nowo się urodził.

Z zasiedziałego, zgnuśniałego, otyłego czterdziestolatka zmieniłem się w smuklejszego (he he), aktywnego człowieka, który oprócz pracy zawodowej uprawia sporty, więcej czasu spędza z rodziną i innymi ludźmi (nie muszę się ukrywać w domu ze swoją grubotą), i który potrafi lepiej, z większą świadomością odżywiać się, tak aby żyć, a nie żyje po to, aby jeść!

Rozstaję się z niebieskim balonikiem, którego przez ostatnie pół roku nazywałem w myślach moim przyjacielem, ale pozostaję z nowym stylem życia.

I pomimo, że teraz zostaję sam - ciągle będę chudł!

ZOBACZYCIE!!!

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt