Jako dziecko byłam zupełnie normalna - ani za gruba ani za chuda, w każdym razie bez nadwagi. Jako nastolatka tez nie przekraczałam norm. Przy niskim wzroście (155 cm) - przeważnie 50-54 kg. Ale jeść lubiłam zawsze. Babcia (jak chyba każda babcia) lubiła patrzeć, kiedy wnusia z apetytem pałaszuje zrobione przez nią smakołyki. Ratowało mnie to, że nie przepadałam za słodyczami. Jakieś landrynki, czasem orzeszki w czekoladzie - to było wszystko. Nie lubiłam ciast, tortów, a batonów kiedyś nie było. Prowadziłam też bardzo aktywny tryb życia - w szkole podstawowej uprawiałam sport (gimnastykę artystyczną), jeździłam na łyżwach, wrotkach, rowerze, chodziłam na basen. Wakacje spędzałam na górskich wędrówkach, a w weekendy chodziłam na piesze wycieczki.
W wieku 30 lat wyszłam za mąż i... zaczęłam tyć. Mąż po pracy na nockach, wpadał nad ranem z cieplutkimi bułeczkami prosto z piekarni. Nie potrafiłam się im oprzeć. Jako dobra żona pichciłam różne przysmaki (sama też oczywiście jadłam), a waga rosła... Niespostrzeżenie doszłam do 60-ciu kilogramów. W ciąży jadłam za siebie i dziecko, a mąż powtarzał, że „kochanego ciała nigdy nie jest za wiele", więc się nie przejmowałam. Po porodzie ważyłam 75 kilogramów i tak zostało na dłużej. Od czasu do czasu podejmowałam walkę z nadwagą - liczyłam kalorie, nie jadłam chleba, stosowałam diety z gazet. Zbijałam parę kilo, a potem znów szybko nadrabiałam to, co straciłam.
Zwłaszcza jedna z diet - „Herbalife" - była świetna. Pyszne koktajle, waga szła w dół a ja miałam mnóstwo energii. Pewnie wytrwałabym dłużej, gdyby nie to, że gotowałam dla męża i córki, którzy nie musieli się odchudzać. Trudno było odmówić sobie jedzenia z nimi. Poza tym ta dieta była jednak zbyt droga.
W drugiej ciąży, apetyt nadal mi dopisywał. Gdy szłam na porodówkę, waga przekroczyła 90 kilogramów! Czułam się jak słoń. Ale w końcu jestem w ciąży, urodzę, waga spadnie... Tak się pocieszałam. Córcia przyszła na świat, waga spadła - tylko o 5 kilogramów. Potem choć nie tyłam, to nie starałam się, żeby schudnąć. Sporadycznie na siłowni pedałowałam na rowerku stacjonarnym, chodziłam na spacery z wózkiem. Od czasu do czasu miałam zrywy, żeby zrobić coś więcej, chodziłam na aerobik, callanetics, kupiłam też własny rower stacjonarny. Próbowałam kolejnych „diet cud", chudłam na jakiś czas i....wracałam do „swoich" kilogramów.
Kiedy dr Będzińska, prowadząca w Łodzi Klinikę Bariatrii, otworzyła w Poznaniu punkt konsultacyjny, zaraz tam poszłam. Zastosowałam się do wskazówek dietetyków i rzeczywiście schudłam. Na jakiś czas. Konsultacje się skończyły i waga poszła w górę. W Centrum Zdrowia „Anna" w Poznaniu dowiedziałam się natomiast, że na stan zdrowia wpływa natura i energia pożywienia oraz właściwa kolejność doprawiania (w zależności od natury produktu). Początkowo byłam zachwycona tym sposobem odżywiania, potrawy były bardzo smaczne, waga spadała, ale... zaczęła wysiadać trzustka. Niektóre potrawy były dla mnie zbyt ostre. Również i tę dietę zarzuciłam.
Kilka lat temu pojawiła się kolejna szansa. Przystąpiłam do konkursu „Chudnij z nami" ogłoszonego w „Super Linii", korespondowałam z dietetyczką, zgodnie z jej wskazówkami ograniczyłam jedzenie, liczyłam kalorie i... zrzuciłam chyba z 13 kilogramów. Ależ byłam z siebie dumna! Niestety, konkurs się skończył. A ja dość szybko wróciłam do swoich „osiemdziesiątek". W następnym roku - następny konkurs i znowu 10 kilogramów mniej. A potem znowu powrót do dawnej wagi... I tak hodowałam moje sadełko, od czasu do czasu chudnąc i tyjąc.
W styczniu 2007 roku waga wskazała 95 kilogramów. Obmierzyłam się dokładnie. Wyniki były dramatyczne. Biust - 127 cm, talia - 114 cm (czy to jeszcze jest talia?!), biodra - 125 cm, udo - 59 cm, łydka - 42 cm, ramię - 35 cm. Moje BMI wynosiło prawie 40!
Podsumowałam swoje dokonania i osiągnięcia: ból kręgosłupa, bóle nóg, trudności z chodzeniem, zadyszka, wysokie ciśnienie, wysoki poziom cukru (podejrzewano cukrzycę), problemy z wejściem na niezbyt wysokie góry w czasie wakacji. Wstyd było pokazać się na basenie czy nad wodą, bo w kostiumie kąpielowym wyglądałam jak hipopotam. Chodziłam tylko w spodniach, w spódnicy obcierałam sobie wewnętrzne strony ud.
Powiedziałam sobie: dość!!! Masz pięćdziesiąt lat i tragiczną otyłość. Jak nie zaczniesz z tym walczyć skutecznie, za parę lat nie będziesz mogła się ruszać.
W internecie znalazłam stronę gdzie zarejestrowałam się i zaczęłam prowadzić dzienniczek kalorii zjedzonych i wydatkowanych. I wtedy doszłam do szokującego odkrycia. Choć wydawało mi się, że jem prawidłowo, jadłam stanowczo zbyt dużo.
Kiedy to wszystko razem dotarło do mnie, nastąpił przełom. Postanowiłam gruntownie zmienić mój sposób żywienia. Doszłam do wniosku, że dieta pozwala co prawda schudnąć, ale po jej zakończeniu i tak nadrabiam stracone kilogramy. Postanowiłam całkowicie zmienić nawyki żywieniowe i to już na zawsze. Metoda, którą zdecydowałam się stosować od tej pory to „JPIDR" czyli „Jedz Połowę I Dużo Ruchu".
Zainwestowałam w garnki z powierzchnią pokrytą nano-biotanem. Można w nich gotować i smażyć bez tłuszczu. Wyeliminowałam w ten sposób choć część niepotrzebnych kalorii. Nawet jajecznicę smażę bez tłuszczu i rodzinka stwierdziła, że nawet jest lepsza!
Przeprosiłam rowerek, który leżał bezużyteczny. Ustawiłam go sobie „z widokiem na telewizor". Oglądając program jeździłam od pół do półtorej godziny dziennie. W ten sposób pokonywałam nawet kilkaset kilometrów miesięcznie. W internecie prowadziłam dzienniczek. Starałam się jeść ok. 1300 kcal dziennie, przy wydatku energetycznym ok. 3000 kcal. Bilans był więc nienajgorszy. Unikałam tzw. bomb kalorycznych, jadłam dużo warzyw i owoców, wyeliminowałam tłuste mięsa, zastępując je drobiem i to gotowanym. Skreśliłam z jadłospisu koltety i ryby panierowane, odkryłam smak ryb gotowanych, czasem na parze, razem z warzywami. Chleb w dni powszednie zastąpiłam pieczywem chrupkim (na ten „prawdziwy" chleb i bułki pozwalałam sobie tylko w niedziele albo w soboty). Na pierwsze śniadania jadłam przeważnie dwie kromki pieczywa chrupkiego z białym serem, chudą wędliną albo z niskosłodzonym dżemem. Na drugie śniadania - jogurt z otrębami, owoc. Obiady: 10 dag ziemniaków, 10 dag mięsa i 20-30 dag warzyw. Deser: kisiel lub budyń, a na kolację znów chleb chrupki z (chudym!) okładem. Piłam sporo wody mineralnej, dużo herbaty, (bez niej nie potrafię żyć), kawę zbożową, bo naturalnej nie lubię. Od czasu do czasu jadałam coś słodkiego - czekoladkę, ciasteczko, ale zawsze liczyłam kalorie i uważałam, żeby nie przekroczyć narzuconego sobie limitu. A kiedy zdarzyło mi się go przekroczyć, nie wpadałam w panikę tylko po prostu dłużej jeździłam na moim rowerze przed telewizorem.
Bałam się, że przy szybkiej utracie wagi zwiotczeją mi mięśnie. Odkryłam wtedy masaż limfatyczny ROLLEN. Kto nie korzystał jeszcze z tego typu masażu nie wie, ile stracił. Nieprawdopodobnie regeneruje organizm, aż mnie samej trudno było uwierzyć. Chciałam tylko ujędrnić skórę, a przy okazji pozbyłam się uporczywych bólów głowy, nerwobólu w ręce (choć walczyłam z nim bezskutecznie kilka lat). Skóra stała się elastyczna, rozstępy poporodowe przestały być widoczne, zapomniałam nawet co to cellulit. Nie wiem czy teraz jest specjalna różnica między skórą moją i mojej niespełna 20-letniej córki! Oprócz tego zawarłam nowe znajomości. Zaprzyjaźniłam się z właścicielką studia masażu. Atmosfera tam jest wspaniała, więc poza masażem jest to po prostu świetny relaks psychiczny. Jeszcze jeden plus studia ROLLEN: znajduje się ok. 3 km od mojego domu, więc dojeżdżając rowerem mogłam spalić dodatkową porcję tłuszczyku!
A co na wadze? W pierwszym miesiącu straciłam 6 kg, w drugim 4. W porównaniu ze styczniem, pod koniec kwietnia ważyłam już ponad 10 kilogramów mniej! Wymiary: biust - 115 cm, talia - 104 cm, biodra - 115 cm, udo - 55 cm, łydka - 39,5 cm, ramię - 32 cm. Koleżanki mnie dopingowały. Znajomi na mój widok otwierali usta ze zdziwienia. To było bardzo miłe, ale walczyłam dalej. Wymieniłam prawie całą garderobę. W tej sprzed roku wyglądałam jak nieszczęście. Nowe spodnie, nowe bluzki. Odkryłam lumpeksy. Kupowanie nowych rzeczy co 4-5 tygodni jest możliwe tylko tam. Z jaką radością pakowałam i wynosiłam z domu moje stare ciuchy! Czułam się coraz lepiej psychicznie i fizycznie. Pozbyłam się wielu dolegliwości. Ustąpiły bóle kręgosłupa i nóg, unormowało się ciśnienie i poziom cukru. A kiedy dobiegam do tramwaju czy autobusu, nie dyszę już jak parowóz!
Doszłam do wniosku, że wyglądam w miarę przyzwoicie w kostiumie kąpielowym. Zaczęłam więc regularnie raz w tygodniu chodzić na basen. Obiecałam mężowi, że kiedy schudnę do 75 kg, to w wakacje zacznę jeździć konno. Cała rodzinka uprawia amatorsko jeździectwo, tylko ja się wyłamywałam, ze strachu, że koń nie utrzyma moich 90-ciu kilogramów. Co by się stało gdyby mnie zwalił!?.
Twardo walczyłam z sobą. Nie poddałam się nawet, gdy nadszedł pierwszy zastój wagi. Wiedziałam, że nastąpi, ale i tak było mi ciężko. I wtedy zaciskałam zęby i powtarzałam sobie: to normalne, muszę przetrzymać! Skoro tyle już osiągnęłam, to trzeba walczyć. I udało się! Po jakimś czasie waga znów ruszyła w dół. Nie tak szybko, jak na początku, ale chudłam! Wyjeżdżając na wakacje w lipcu ważyłam 73 kilogramy!!! Byłam szczęśliwa! Dotrzymałam słowa i rozpoczęłam na wakacjach naukę jazdy konnej. Sprawiło mi to wiele radości, tak samo jak chodzenie po górach, wprawdzie niezbyt wysokich - Górach Sowich. Tym razem nie miałam żadnych problemów z podejściami.
Po powrocie z wakacji postanowiłam przez zimę utrzymać wagę, a na wiosnę rozpocząć drugą turę walki o wymarzone 62-65 kg. Nadal jadłam przede wszystkim potrawy gotowane, unikałam produktów tłustych, chodziłam na basen, na masaż ROLLEN, raz lub dwa razy w miesiącu jeździłam konno. Na początku grudnia dopadło mnie ostre zapalenie trzustki. Szpital, operacja woreczka żółciowego, dwa tygodnie na kroplówkach. Na myśl o jedzeniu po prostu mnie odrzucało. Wróciłam do domu na święta Bożego Narodzenia. Przez te dwa tygodnie straciłam 5 kg! Czułam się jednak fatalnie - było mi ciągle zimno, skóra zrobiła się sucha, pomarszczona, jak u starej babinki. Po prostu odwodniłam się. Postanowiłam wrócić do wagi 72-73 kg, a odchudzanie zacząć tak, jak planowałam, od lutego. Stopniowo odzyskałam apetyt, oczywiście nie przesadzałam z jedzeniem (moje menu wigilijne: barszczyk bez uszek, karp gotowany, szpinak i marchewka), ale miałam dużo mniej ruchu. Osiągnęłam 72 kg, bo po operacji musiałam stosować dietę i np. zamiast pieczywa chrupkiego mogłam jeść tylko pszenne - a ono ma dużo więcej kalorii. Poprawił mi się wygląd skóry. Stosuję trochę kosmetyków ujędrniających i nawilżających. Powoli wracam do „mojego" jedzenia, włączam chrupki, eliminuję białe pieczywo, ograniczam kalorie, by od lutego zacząć znów „pełną parą", łącznie z prowadzeniem dzienniczka internetowego. Przede mną kolejny ważny etap walki. Wiem, że do wakacji zrzucę 10 kg, bo naprawdę zmieniłam tryb życia i odżywiania. Zdaję sobie sprawę, że to nie koniec zmagań. Właściwie to początek nowego życia. Najważniejsze jest teraz unikanie dawnych błędów, kontrola i utrwalenie osiągniętego celu.
Mam wrażenie, że ludzie, którzy kochają jeść, są jak alkoholicy. Choćby schudli, to i tak muszą stale uważać, żeby znowu nie wpaść w nałóg. Na szczęście jest pomoc w prasie („Super Linia" jest naprawdę cudownym czasopismem. Mam wszystkie numery od kilku lat) i w internecie (polecam dzienniczek kalorii). Przydaje się też oparcie w bliskich. Mąż, który twierdził kiedyś, że „kochanego ciała nigdy za wiele", jest ze mnie dumny, bo nie siedzę z boku czytając książkę, kiedy on z córkami „bawią się w western" na koniach.
Wiem, że nie zawsze będzie łatwo i na pewno od czasu do czasu dopadną mnie „zachciewajki". Ale wiem też, że od czasu do czasu zjem coś niedozwolonego. Inaczej będzie mnie to prześladować. Przypomnienie sobie smaku ulubionej potrawy, starczy mi na jakiś czas. I wiem, jak ważny jest ruch. Regularne uprawianie jakiejś formy ruchu reguluje przemianę materii i pozwala spalić niepotrzebne kalorie. Cieszę się, że udało mi się schudnąć. Wierzę, że już nigdy nie doprowadzę siebie do poprzedniego wyglądu. Teraz czuję się wspaniale fizycznie i psychicznie. Mam wrażenie, że osiągnęłam życiowy sukces w zmaganiu się z ciałem, słabościami, nawykami. Może nie będzie łatwo, ale na pewno się nie poddam!
Najserdeczniej pozdrawiam Redakcję, życzę wielu wiernych czytelników i dziękuję, że wspieracie nas w walce, pomagacie w trudnych chwilach, pokazujecie, że sukces można osiągnąć kiedy się go bardzo chce. Dzięki Wam mamy możliwość podratowania zdrowia. Na własnej skórze przekonałam się, że dwadzieścia kilogramów mniej, to lepsza ogólna kondycja i o wiele mniej chorób.
Danuta




