W ciągu dwóch lat schudł blisko 40 kg i od trzech lat udaje mu się utrzymać wagę na stałym poziomie. Dziś ma 35 lat, waży 86 kg i jest szczupłym, zdrowym mężczyzną. Do odchudzania i zadbania o kondycję nie skłoniła go wcale np. chęć podobania się płci przeciwnej.
– Miałem świadomość tego, że jestem gruby. Za gruby. Ale nawet kiedy słyszałem jakieś nieprzyjemne komentarze pod swoim adresem, w ogóle się tym nie przejmowałem. Nie miałem motywacji, żeby schudnąć, z otyłością było mi wręcz dobrze – opowiada Krzysztof Skiba. Mieszka w Jeleniej Górze, jest inżynierem sanitarnym. – Większość dnia spędzałem przed komputerem, bardzo mało się ruszałem, za to jadłem dużo i tłusto. Zupełnie ignorowałem fakt, że z powodu otyłości mam fatalną kondycję fizyczną, że z trudem wdrapuję się po schodach na drugie piętro, a jak już mi się uda, to jestem tak wyczerpany, że nie mogę oddychać. Kiedy dziś o tym myślę, wiem, że to cud, że mi wtedy serce nie wysiadło. Balansowałem na granicy zawału.
Co zatem skłoniło Krzysztofa do zatroszczenia się o swoje ciało? Pewnie nadal siedziałby przed komputerem i jadł frytki na przemian ze smalcem, gdyby nie pewien drobiazg, który wywołał lawinę dalszych działań i silne postanowienie. Znajoma wypatrzyła na szyi Krzysztofa niewielki guzek. Niby nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Lekarze nie mieli wątpliwości: guz na prawym płacie tarczycy. Trzeba wyciąć. Zabieg został poprzedzony serią badań i to właśnie ich wyniki przeraziły Krzysztofa. – Okazało się, że mam potwornie wysoki poziom cholesterolu i cukru we krwi. Byłem wrakiem – mówi Krzysztof. – W szpitalu powiedziano mi, że naprawdę nie jest dobrze. Po guzku na tarczycy nie został ślad, ale mój organizm jest w takim stanie, że grożą mi poważne kłopoty, jeśli się szybko za siebie nie wezmę. Przestraszyłem się. To mnie zmobilizowało – dodaje. Zaczął chodzić na siłownię, ale go to nużyło. Martwił się również brakiem postępów w gubieniu wagi. Czuł, że coś jest nie tak.
Sekret w diecie
– Sprawa okazała się banalnie prosta. Nie miałem pojęcia o odchudzaniu, o sposobie odżywiania, stąd ten brak rezultatów. Zacząłem wszystko jeszcze raz, tym razem zadbałem o odpowiednie przygotowanie teoretyczne. Wiedziałem też, że nie wrócę na siłownię, bo to nie dla mnie – wyjaśnia Krzysztof Skiba. Najtrudniej było ze zmianą diety, przełamaniem silnych i pysznych przyzwyczajeń. – Pierwszym ważnym krokiem było całkowite odstawienie słodyczy i piwa. Zrezygnowałem ze smażonych potraw, wprowadziłem do jadłospisu wyłącznie chude mięso. Przeszedłem po prostu na dietę lekko strawną: makaron, ryż, warzywa, owoce, razowe pieczywo. Ostatni posiłek jadam najpóźniej o godz. 18, bo potem organizm już nie spala dostarczonej mu wraz z pożywieniem energii, tylko ją magazynuje. I najważniejsze: zacząłem jeździć na rowerze. Chociaż początki też nie były udane, bo szedłem na rower tuż po posiłku, cóż z tego, że lekko strawnym, i potem strasznie bolał mnie żołądek. Wkrótce odkryłem, że żeby to wszystko miało sens, posiłek należy jeść na minimum 1,5 godziny przed wysiłkiem. Zacząłem też czytać o tym, jak odżywiają się sportowcy, metodą prób i błędów doszedłem do tego, co jest dla mnie najkorzystniejsze.
Rower to jest to
Bez codziennej jazdy na rowerze Krzysztof – jak sam przyznaje – nie umiałby już żyć. Jest uzależniony od tej formy aktywności. Dzień w dzień przejeżdża około 80 km bez względu na pogodę. Jedynie zimą przesiada się na rower stacjonarny. – Mój organizm sam domaga się ruchu, potrzebuje swojej stałej dawki. Jeśli z jakiegoś powodu nie mogę pojechać, fizycznie źle się czuję, boli mnie głowa, jestem podenerwowany i ogólnie jakiś nieswój. Staram się jednak nie dopuszczać do takiej sytuacji. Rower to żelazny punkt programu dnia, o określonej porze rzucam wszystko i jadę – mówi Krzysztof. Inspiracją była dla niego książka słynnego amerykańskiego kolarza Lance’a Armstronga, siedmiokrotnego zwycięzcy Tour de France, który jednocześnie zmagał się z chorobą nowotworową. – To Armstrong zachęcił mnie do roweru. Im więcej miał przeszkód do pokonania, tym zacieklej dążył do celu. Tym mi imponował – wyjaśnia Krzysztof. Uważa, że powodzenie w walce o szczupłą sylwetkę i dobrą kondycję fizyczną jest możliwe tylko wówczas, gdy robi się to dla siebie, kiedy motywację do działania znajduje się w sobie.




