• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Odkryj swoją dietetyczną osobowość
  • Niech będzie ciepło
  • Szminka love story
  • Skóra pod ochroną
  • Zamiast liczyć kalorie
  • Prosto z pieca
  • Jak na huśtawce
  • Znów szczupła
  • W zimowy poranek
  • Joanna Bartel: Uwielbiam smacznie zjeść
  • więcej w tym wydaniu

Joanna Bartel: Uwielbiam smacznie zjeść

Superlinia, 12/2007
Ewa Rossa
  • Joanna Bartel, fot. KAPiF
więcej zdjęć
Nie liczę kalorii i nigdy się nie odchudzałam. Jeśli nawet traciłam te parę kilo, to „niechcący”. Mam zbyt słabą wolę, by utrzymać jakąkolwiek dietę. Wolę być gruba i szczęśliwa, niż chuda i przygnębiona.

Joanna Bartel - aktorka i artystka kabaretowa. Największą popularność przyniosła jej rola Andzi w serialu komediowym „Święta wojna”. W filmie „Skazany na bluesa” zagrała Krystynę Riedel, matkę Ryśka Riedla, legendarnego wokalisty zespołu Dżem. W 2005 roku na XIX Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu otrzymała nagrodę „Kryształowy Granat” w kategorii „Najśmieszniejsza aktorka”.

Jak spędzi pani tegoroczne święta?
Z mamą i tatą w Kolonii, gdzie rodzice mieszkają od lat. Od kiedy tata dostał udaru, święta straciły dawny urok. Ale w Wigilię zawsze dajemy mu do spróbowania chociaż kawałeczek karpia, żeby mógł poczuć smak świąt. Jestem Ślązaczką przywiązaną do tradycji.

Kto w pani domu przygotowuje Wigilię?
Zwykle pracuję do ostatniej chwili przed świętami i Wigilię przygotowuje mama. Smażony karp nigdzie nie smakuje tak, jak ten u niej. Ma odpowiedni kolor, smak, konsystencję. Mama piecze też wspaniałe ciasta i robi makówki – śląski suty, bogaty deser, który podaje w wazie jak zupę. To mak ugotowany z wanilią, miodem i bakaliami. Jest przepyszny!

Na świątecznym stole przeważają potrawy kuchni śląskiej czy niemieckiej?
Nigdzie te święta nie są tak piękne i tak smaczne jak w Polsce. Nie mogę pojąć, jak Niemcy mogą w Wigilię podawać do stołu gęś. Miejsce karpia w galarecie zajmuje u nich metka duszona w jarmużu. To zielone błotko z tłustą metką dla mnie jest nie do zjedzenia. W Niemczech święta niemiłosiernie się skomercjalizowały. Na początku grudnia zaczyna się wielki szał zakupów, organizowane są specjalne targi świąteczne. Zastanawiam się czasem nad tym wszystkim. W czasach komuny, gdy w sklepach były puste półki, święta ze zdobytymi  cudem słodyczami i pomarańczami miały niepowtarzalny czar. Dziś ten szał zakupów odbiera im trochę ten magiczny wymiar...

Święta to także okazja do degustacji, biesiadowania?
Pewnie wszystkich zaskoczę, ale w te dni nie jem więcej niż zwykle. Chociaż bardzo lubię jadać w towarzystwie. Kiedy jednak widzę duże ilości jedzenia, tracę apetyt. 

Lubi pani gotować, karmić innych?
Bardzo. A najbardziej wtedy, gdy ktoś wpada do mnie znienacka, a w mojej lodówce hula wiatr. Uwielbiam wymyślać wtedy „zupy na gwoździu”. Często się to zdarza, bo pobudowałam sobie dom na wyspie Wolin i do najbliższego sklepu mam cztery kilometry. Ale zawsze trzymam w spiżarce kilka rodzajów makaronu. Kiedy więc zaskoczą mnie goście, gotuję właśnie makaron, jakieś warzywa, dodaję – jeśli mam – mozarellę, zrywam trochę świeżej bazylii i wychodzi z tego pyszna zapiekanka. Do tego dodaję pomidory. Zdarza się, że podaję czarny makaron z małżami. To, jak wygląda potrawa, ma duże znaczenie.

A na co zwraca pani największą uwagę? Musi być przede wszystkim zdrowo czy raczej po prostu smacznie?
I jedno, i drugie jest dla mnie ważne. Chcę mieć spokój z cholesterolem, dlatego nie jadam tłusto. Owszem, mam trochę ciała, ale jakoś udaje mi się trzymać poziom cholesterolu pod kontrolą. Jadam sporo owoców, choć raczej tylko te słodkie, jak banany, melony, oraz sezonowe – czereśnie, truskawki. Zimą jem dużo warzyw. Surówka z białej lub kiszonej kapusty z dressingiem – pyszne! Jestem jednak smakoszem, preferuję zróżnicowaną kuchnię. Uwielbiam doprawiać potrawy, bo to wydobywa ich niezwykły smak. Staram się jednak z tym nie przesadzać, więc kiedy np. dodaję czosnek, to rezygnuję z kminku. I jeszcze jedna ważna rzecz: na gazecie nie smakuje tak jak na pięknym talerzu. Odkryłam w Katowicach sklep, gdzie sprzedają śliczną porcelanę za grosze. 

Grzechy podniebienia Joanny Bartel to...
To, że jadam wieczorami. W ciągu dnia mam tyle pracy, że zapominam o głodzie. Ale wieczorem... Kiedy mam czas dla siebie, wtedy sobie dogadzam. Nachodzi mnie ochota np. na tatara albo kawałek boczku wędzonego...
 
Słodycze?
Ze słodyczy tylko lody. Pocieszam się, że dzięki temu nie mam osteoporozy, jak wykazały ostatnie badania. Stanowczo wolę potrawy pikantne. Do ulubionych należą ozorki w galarecie, galaretka z kurczaka, tatar i śledzie pod każdą postacią! Wiem, że tuczą wcale nie mniej...

Liczy pani kalorie? Kiedykolwiek się pani odchudzała?
Nie liczę kalorii i nigdy się nie odchudzałam. Jeśli nawet traciłam te parę kilo, to „niechcący”. Mam zbyt słabą wolę, by utrzymać jakąkolwiek dietę. Wolę być gruba i szczęśliwa, niż chuda i przygnębiona. Diety w ogóle uważam za idiotyzm. Moje koleżanki pochudły na dietach po pięć kilo, a dwa miesiące potem przybyło im dziesięć, więc po co się tak mordować? Wiele kobiet ma problem z zaakceptowaniem swoich bujnych kształtów. Pani to nie przeszkadza? Staram się z tym żyć. Najważniejsze, żeby kobieta była zadbana – miała zadbane dłonie, stopy, lśniące włosy, gładką cerę, była dobrze ubrana. Wtedy nie ma znaczenia, czy waży 70 kilo czy, jak ja teraz, 104.

Od dziecka była pani taka przy kości?
Ależ ja byłam chudzielcem! I na dodatek uprawiałam pływanie. W  VII klasie przeszłam szkarlatynę. Byłam cieniem człowieka. Chude, krzywe nogi, wory pod oczami – wyglądałam okropnie! Potem na studiach w Akademii Sztuk Pięknych wyglądałam apetycznie: duży biust, konkretne pośladki. Ale chciałam być trendy, a wówczas panowała moda na chudą modelkę Twiggy. Wtedy mój profesor powiedział: ja sobie pani w ogóle nie wyobrażam chudej, z wystającymi kośćmi. Cała pani uroda w tych krągłościach. Ja mu uwierzyłam i przestałam się tym przejmować.

Co się stało, że pani tak znacznie przytyła?
To wina Polski! Kiedy osiem lat temu wróciłam tu z Niemiec, ważyłam około 80 kilo. Też niemało, ale tak się jakoś równomiernie rozłożyło po ciele, że nie było tego widać. Zachwyciło mnie polskie jedzenie, to był taki powrót do moich  dawnych ulubionych smaków. W Polsce mamy wspaniałe wędliny, jajka, mięso, pieczywo. Mało w nich chemii, bo jeszcze się na niej tak dobrze nie znamy. I jak tu nie jeść? Przez te osiem lat w Polsce przekroczyłam stówę.

Bujne kształty dodają kobiecie wdzięku?
Nie wiem. Jasne, że wolałabym być szczuplejsza, bo łatwiej dobrać ciuchy i lżej, bo tych kilogramów na sobie nie trzeba nosić. Ale nie myślę o tym. Kiedy oglądam w telewizji panie, które operacyjnie pozbywają się tłuszczu, pukam się w czoło. Będę narażała się na ból i cierpienie po to, by mieć dwa centymetry mniej w talii?! W życiu! Wydaje mi się, że ludzie, którzy mają więcej ciała, są łagodniejsi, życzliwiej nastawieniu do innych. Mało znam złośliwych grubasów. Dlatego nie podzielę losu tych kobiet, które w ramach noworocznych postanowień zamierzają przejść na dietę!

Przepis

Karp po Żydowsku
Karp • cebula (tyle, ile waży karp, pokrojona w plastry) • marchew • pietruszka • seler • migdały • rodzynki (garstka) • liść laurowy • pieprz, sól.

• Po oprawieniu i pokrojeniu w dzwonka rybę solę i odstawiam na 2–3 godz. do lodówki.
• Głowę karpia, płetwy, jarzyny, cebulę, pieprz, liście laurowe zalewam wodą i gotuję na wolnym ogniu ok. 1 godz. i 15 min.
• Osobno gotuję migdały i rodzynki w małej ilości wody.
• Potem wyjmuję głowę, płetwy, jarzyny, a cebulę przecedzam przez sito. W wywarze gotuję dzwonka karpia, migdały, rodzynki (ok. 25 minut). Pod koniec dodaję cebulę.
• Układam dzwonka w salaterkach, zalewam wywarem, ozdabiam plasterkami marchewki, pietruszki i cytryny, i wstawiam do lodówki aż galaretka stężeje (nigdy nie dodaję żelatyny).

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt