Pani Małgorzata ma dziś 42 lata. Mieszka w Bielsku-Białej. Pracuje jako monter silników, z wykształcenia jest tokarzem. W liście do redakcji napisała, że jako góralka z krwi i kości już w dzieciństwie umiała sobie radzić z rówieśnikami, którzy jej dokuczali. A – jak twierdzi – mieli powody... – Byłam jedną z siedmiorga rodzeństwa. Wiadomo, taka gromada pałaszuje, aż się uszy trzęsą, więc mama w kółko piekła, gotowała.A ja sobie jadłam, jadłam w nieskończoność. Zawsze lubiłam słodycze, po rodzicach miałam też skłonności do tycia. Byłam najgrubsza z rodzeństwa – wspomina. W podstawówce ważyła 80 kg. Inne dzieci z tego powodu nieustannie ją dręczyły. – Ale niespecjalnie mnie to stresowało. Już ja potrafiłam usadzać kolegów! Nie miałam kompleksów. Nie lubiła tylko przeglądać się w lustrze ani stawać na wadze. Poza tym, kiedy skończyła podstawówkę, skończyły się i docinki. W szkole średniej wszyscy lubili Małgosię, zawsze uśmiechniętą, radosną, pełną werwy i ciężką. Śmieje się, że budziła respekt – przy 162 cm wzrotu ważyła 90 kg. Z upływem czasu – dzięki ukochanym słodyczom – systematycznie ich przybywało.
Źródło niełatwej decyzji
W 1990 roku pani Małgorzata urodziła córkę, Celinę. W ciąży ważyła 130 kg, po porodzie schudła tylko 10 kg. Ale nadal się tym nie przejmowała. Cieszyła się córeczką, była zadowolona z pracy, miała wokół siebie wielu wspaniałych, życzliwych znajomych. – Co w moim przypadku wpłynęło na decyzję o rozpoczęciu odchudzania? Mąż akceptował moją tuszę. Nasze małżeństwo, co prawda, zakończyło się rozwodem, ale z zupełnie innych powodów. Odchudzania nie sugerowali też znajomi czy rodzina, bo jeśli nawet mieli mi za złe mój nieposkromiony apetyt i fałdy sadła, to nie dawali po sobie tego poznać. Decyzji tej nie podjęłam również w trosce o zdrowie, bo nic mi specjalnie nie dolegało… Postanowiłam schudnąć dla dziecka, z miłości do córki – wyjawia pani Małgorzata.
Impulsem było pierwsze spotkanie rodziców z wychowawczynią klasy, kiedy Celinka poszła do szkoły. Pani Małgorzata przekroczyła próg budynku i oniemiała z wrażenia: wszędzie eleganckie, cudownie szczupłe inne mamy! Nie wszystkie miały figury modelek, ale pani Małgorzata w ówczesnym wcieleniu (znów około 130 kg) wpadła w histerię, postrzegając siebie jako hipopotama toczącego się między dziesiątkami klonów Claudii Schiffer.
– To było straszne. Dotarło do mnie, że moja Celinka ma najgrubszą mamę w całej szkole. Powiedziałam sobie, że jej mama musi szczupło i ładnie wyglądać! Kiedy sama była mała, śmiano się z niej, że jest gruba. Teraz mogą kpić z córki z powodu wyglądu matki. Postanowiła do tego nie dopuścić. Wzięła się za odchudzanie. Zrzuciła 5 kg. Zaczęły się jednak problemy małżeńskie, pojawił się stres, który zagłuszała jedzeniem. W styczniu 2000 roku pani Małgorzata, ważąc nadal 130 kg i uważając, że nigdy nie uda jej się schudnąć, odprowadziła córkę na dworzec, bo mała wyjeżdżała na ferie zimowe. Słabo już pamiętała o swoim niedawnym postanowieniu. Nagle, na peronie, usłyszała drwiący szept jednej z dziewczynek: „Zobaczcie, jaką Celina ma grubą mamę!”. Koszmar odżył. I to był ten decydujący impuls. – Córka pojechała, a ja natychmiast, jeszcze na dworcu, kupiłam czasopisma o odchudzaniu, m.in. „Super Linię”, i wróciłam do domu powtarzając ze zgrozą: „Gośka, zrób coś ze sobą”.
Siła woli
10 stycznia 2000 roku pani Małgorzata wybrała się do Katowic na konsultację do patofizjologa w Zakładzie Promocji Zdrowia i Leczenia Otyłości Śląskiej Akademii Medycznej. – Przepisano mi dietę 1000 kalorii. Musiałam notować, co jem, co piję. Bardzo chciałam mieć się czym pochwalić przy następnej wizycie. Okazało się, że jest czym. 15 lutego wskazówka wagi stanęła na 117 kg. Byłam przeszczęśliwa. Córka też mnie dopingowała i cieszyła się z efektów mojej ciężkiej pracy. Pani Małgorzata zapisała się na aerobik, kupiła sprzęt do ćwiczeń w domu. Basen omijała z daleka, ponieważ nadal wstydziła się pokazać w kostiumie. Pod koniec pierwszego roku odchudzania ważyła już 84 kg. Po trzech latach walki – 76 kg. Wynik ten utrzymuje do dziś. Niewiele brakowało, by jeszcze w 2004 roku cały wysiłek poszedł na marne. Pani Małgorzata przeżyła załamanie, bo pojawiły się kłopoty ze zdrowiem, a wraz z nimi kolejny stres, który domagał się jedzenia. Przytyła 15 kg. Wystraszona, że straci wszystko, co osiągnęła z takim trudem, znów pojechała do Katowic. Nowa dieta, nowe zestawy ćwiczeń... Wskazówka wagi zaczęła spadać.
Życie po tyciu
W zawodzie pani Małgorzaty pracuje się w odzieży roboczej, pod którą nie widać dokładnie sylwetki. W związku z tym w pracy nikt nie zauważył zmian. Aż do dnia, w którym już wyszczuplona pani Małgorzata, zamiast w obszernym fartuchu, stanęła przy maszynie w spodniach. Ależ wszystkich zaskoczyła! Widząc podziw, poczuła jeszcze silniejszą motywację. Na szczęście z upływem czasu coraz lepiej znosi się dietetyczny reżim. W pracy nasza bohaterka nigdy nie podjadała, bo podczas montażu silnika nie ma takiej możliwości. Ale śniadania w czasie przerwy były solidne: pięć bułek (!), dwa, trzy pączki i jeszcze coś na deser. Dziś jest zupełnie inaczej: dwie kromki czarnego chleba z chudą wędliną albo kefir z muesli, albo odtłuszczony serek z warzywami. – Pracuję na trzy zmiany, mam więc czas na przygotowanie odpowiednich posiłków. Czasem nawet sama piekę chleb. Robię pasztety z gotowanego mięsa i warzyw. Córka je to samo, co ja. Sama nas utrzymuję, mam więc dosyć skromny budżet, ale nie wydaję na jedzenie więcej niż dawniej. Słodycze zastąpiłam owocami i warzywami. Córka pomaga mi w kuchni. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie wiedziała, jak żywić swoją przyszłą rodzinę, aby w jej domu nie było grubasów – mówi pani Małgorzata.
Rodzina wie już, że pani Małgosia nie jada zup i nie łączy węglowodanów z białkiem, więc kiedy wpada na obiad, dostaje mięso z surówką, warzywa gotowane na parze… Choć nie jest łatwo siedzieć przy suto zastawionym stole, wytrzymuje te próby charakteru. Czasami pozwala sobie na kawałek domowego ciasta. Gdy sama przyjmuje gości, podaje zarówno potrawy, które dawno wykreśliła ze swojego jadłospisu, jak i dietetyczne smakołyki. O dziwo, te ostatnie zawsze cieszą się ogromnym powodzeniem: pieczony w folii pasztet z warzyw i gotowanego mięsa, tymbaliki drobiowe, sałatki warzywne z jogurtem, gotowana ryba z pomarańczą. Przez lata odchudzania pani Małgorzata garderobę zmieniała z pięć razy. Za duże rzeczy wyrzucała, rozdawała albo zanosiła siostrze, która – będąc krawcową – przerabiała je na mniejsze. W szafie zostały tylko jedne wielkie spodnie, w które czasami wchodzi… razem z córką.
Drugą pozostałością po tuszy jest, niestety, spory zapas skóry na ciele. Mimo gimnastyki, kupowanych nawet za ostatnie pieniądze balsamów ujędrniających, brzuch, uda i ramiona natrętnie przypominają: tak było! Toteż marzeniem pani Małgorzaty nie są wakacje w Egipcie czy Tunezji, tylko zdobycie pieniędzy na zabieg plastyczny. Celina, dziś 17-letnia uczennica Technikum Ochrony Środowiska w Bielsku-Białej, jest dumna ze swojej odmłodzonej mamy i z siły ich miłości.




