W mojej długiej drodze do samoakceptacji najważniejszy był spokój, praca, cierpliwość… Pozwolenie sobie na błędy, słabości, nagradzanie za sukcesy, ale także świadomość konsekwencji podejmowanych decyzji.
Mając 16 lat zachorowałam na anoreksję. Przy 162 cm wzrostu i 40 kg wagi wyglądałam jak szkielet obciągnięty skórą, ale w lustrze widziałam fałdki tłuszczyku. W 1996 roku o anoreksji i bulimii zaczynało się dopiero mówić.
Mało kto wiedział, jak ją leczyć. Po dwóch miesiącach wróciłam do szkoły i… zostałam ze swoim – ledwo podleczonym problemem sama. Z psychologiem widziałam się może 4 razy. Pani doktor nie zwracała uwagi na to, co się ze mną dzieje. Popadłam w kolejne zaburzenia odżywiania – bulimię, a potem kompulsywne jedzenie.
Moi bliscy nie widzieli problemu, cieszyli się, że wreszcie jem. Tak minęły kolejne lata. Była pierwsza „wielka miłość” i pierwsze „wielkie rozczarowanie”. Przed maturą załamała się moja słaba wola. Musiałam brać leki antydepresyjne, po których nie byłam w stanie myśleć i maturę oblałam. Zaczęłam życie na własny rachunek.
Zapragnęłam być kobietą… Nabrałam trochę ciała, jednak widmo choroby ciągnęło się za mną. Mój chłopak powtarzał, że nasz związek to trójkąt – ja, on i moja choroba. Ale pomagał mi jak umiał i mógł. Próbował za wszelką cenę namówić mnie na leczenie, w końcu nie wytrzymał i odszedł. Ale o dziwo, tym razem się nie załamałam. Sama zgłosiłam się do lekarza, usłyszałam: „jest źle, jest bardzo źle, ale ja ci nie mogę pomóc, póki sama nie spróbujesz sobie pomóc”. Zrozumiałam, że wszystko jest w moich rękach.
Tak naprawdę uratowała mnie… ciąża. Lekarze mówili, że o dziecku mogę zapomnieć, a ja dzień przed Wigilią urodziłam syna. To właśnie on dał mi siłę do walki. I choć nie raz było mi ciężko, wiedziałam, że nie mogę usiąść i płakać. Nie jest tak, że teraz jestem już zupełnie zdrowa. Z anoreksji i bulimii, jak z każdego uzależnienia – nie uda się wyleczyć do końca. Jem normalnie. Wypracowałam sobie nowe nawyki żywieniowe i ich się trzymam. Dbam o swoje ciało. Spróbujcie – to naprawdę działa! Aby zaakceptować siebie trzeba się dopieszczać. Nie sprawi to oczywiście, że fałdki znikną, ale będą za to dużo ładniejsze. Mam świadomość swoich niedoskonałości, ale nie koncentruję się na tym, czego nie mogę zmienić, lecz na tym, co mogę.
Beata z Łodzi (nazwisko i adres do wiadomości redakcji)



