Zajrzałam Dzidce przez ramię. Rzeczywiście, nasza koleżanka na tle pustynnych krajobrazów pozuje z rudym kangurem, który (bidulka) jest ranny. Pod zdjęciem spora opowieść, skąd ten kangur i w ogóle. Zosia niepodobna do siebie. Krótko ostrzyżona, w szortach, T-shircie, opalona, szczuplutka, wersja upgrade’owana. Przeglądamy albumy: ranczo, zachody słońca, jakaś rodzinna uroczystość, Zosia na tle opery w Sydney, dzieciaki – w basenie, na huśtawkach, na garden party. Czuć szczęście.
– Popatrz, jak to ludzi po świecie nosi. Kto by się spodziewał.
– Strasznie schudła.
– No. Zupełnie nie przypomina Zosi sprzed lat. Nie była królową balu. Pamiętam, jaki cyrk urządziła kiedyś u pielęgniarki, gdy wchodziłyśmy tam po trzy, żeby zostać zważone i zmierzone. Za nic w świecie nie chciała, żeby się wydało, ile waży. Ale i tak się wydało, bo durna Izunia podglądnęła i puściła farbę. 89 kilogramów! Potem mówili: „te, 89, ruszaj się powoli, bo ci zawieszenie pójdzie” albo „te, 89, jak będziesz miała 89 lat to wciąż będziesz dziewicą”.
Długo nie miała chłopaka. Miała za to piękny głos – jednak nikt o tym nie wiedział. Dopiero potem się okazało – gdy zaśpiewała na akademii szkolnej. Wszystkim szczęki opadły. Zdobyła coś na kształt szacunku. A gdy awansowała do finału jednego z pierwszych telewizyjnych konkursów talentów, została szkolną gwiazdą. Zdałyśmy maturę, nasze drogi się rozeszły, czytałyśmy o niej w gazetach, ale coraz rzadziej. Rozbłysła jak supernowa i znikła. My skończyłyśmy studia, pięłyśmy się po szczeblach karier, a o niej słyszałyśmy tylko plotki. A to, że przeszła załamanie nerwowe, że podpisała jakiś bardzo niefortunny kontrakt i nie mogła się uwolnić ze szponów krwiożerczej wytwórni, a to, że nie miała nosa do repertuaru, była chimeryczna i nie do wytrzymania, no i bywało, że przychodziła zalana w trupa na wywiady. Byli też mężczyźni. Oczywiście, zawsze wybierała takich, którzy ją źle traktowali. Za jednego wyszła nawet za mąż, on ją zdradzał, bił, ona nałykała się tabletek, no wiecie... Spodziewałyśmy się, że źle skończy. Aż tu nagle śmieje się do nas z Antypodów.
Dzidka przegląda profil, znajduje link do bloga. Zosia opowiada o najtrudniejszym momencie swojego życia – zdiagnozowanej depresji. – No nie ma się co dziwić, że nikt o tym nie wiedział. Pisała to już w Australii. I to po angielsku. To miał być blog o jej nowym życiu skierowany do nowych ludzi, nie tych stąd. Zresztą teraz to i tak nikogo by nie zelektryzowało – no wiesz, u nas gwiazdy są jak owoce – sezonowe.
„Chodziłam po mieście. Pamiętam ten tłum. Musielibyście zobaczyć tłum w Europie. On jest zupełnie inny niż tutaj. Miasto żyło. Powietrze pulsowało. Światła Pałacu Kultury (wklejam link) ślizgały się po witrynach. Zobaczyłam całującą się parę i pomyślałam, że nie dam rady dłużej. Stał tam taki gość z kasetami i akurat puszczał numer jednego polskiego rockmena. „Aborygen, Aborygen, niech tańczy na niebie” (świetny, posłuchajcie). Czułam się zmęczona. Chciałam położyć się na chodniku i umrzeć, ale chodniki były zimne, nieprzytulne, więc znalazłam jakąś ławkę. Siedziała na niej bezdomna. Wyciągnęłam z torby flaszkę (nigdy nie szłam w miasto bez flaszki). Spojrzałam na ten przygarbiony cień błagający o „łyka”. Podałam jej butelkę, choć trochę się brzydziłam. Mogła mieć AIDS albo coś. Wtedy mnie olśniło: może ja wcale nie chcę umierać? Spojrzałam w górę na ostatnie piętra wieżowca Marriott. Były opasane neonowym hasłem „Get changed!”*. To było do mnie! Anioły zesłały mi te słowa. Następnego dnia postanowiłam zostawić wszystko i zacząć jeszcze raz. I pomyśleć, że wybrałam mój nowy dom z powodu piosenki”.
– Piękna historia. Czasami też myślę, żeby tak uciec. Ale w sumie nie wiem, dokąd miałabym...
– To trzeba mieć odwagę. A z drugiej strony, wiesz, jak jest. Jak człowiek ucieka przed sobą, to i tak sam siebie dopadnie. Można zmienić miejsce, przenieść się na drugą półkulę, a nawet polecieć na orbitę okołoziemską statkiem Sojuz i zabrać w skafandrze wszystkie nierozwiązane problemy.
– Cóż, rozwiązywanie problemów w stanie nieważkości może być ciut skomplikowane. Roześmiałyśmy się. Rozlałam do kieliszków nalewkę wiśniową, która leżakowała półtora roku w piwniczce i wzniosłyśmy toast: za zmianę! Oby nam się! A potem zaczęłyśmy pisać długi list do Zosi.
* Zmień się. Jeśli potrafisz. A jeśli nie, poczekaj, aż będziesz potrafił.
Patrycja Kosiarkiewicz – kompozytorka, autorka tekstów, wokalistka, stała felietonistka „SuperLinii”, niedawno ukazała się jej nowa płyta – „Ogród niespodzianek”.



