Wybór laureatek był trudny, bo dostałyśmy dużo ciekawych historii dotyczących Waszych skomplikowanych relacji ze sportem. Co nas cieszy – większość opowieści dotyczyła sposobu przełamywania lenistwa, traumy lekcji WF, wstydu i niemocy, a także wielu pozytywów, które wysiłek fizyczny wniósł do Waszego życia.
Chce więcej i więcej!
Odkryłam, że kolejne ćwiczenia rozbudzają moją potrzebę ruchu, są samonapędzającym się motorem: tylko trzeba go odpalić! Ruch przypomina mi jazdę na motorze właśnie, najpierw człowiek boi się na niego wsiąść, a jak już wsiądzie, ma ochotę jeździć coraz więcej i coraz szybciej.
Nie wyssałam miłości do ruchu z mlekiem matki. Zawsze byłam lepiej zbudowana i bardziej zaokrąglona niż moi rówieśnicy. W szkole nigdy nie lubiłam lekcji WF, a skoki wzwyż i przez kozła wspominam jako traumatyczne przeżycia. Te lekcje kojarzą mi się raczej z poczuciem niższości, wstydu i złości na wszystkich innych (tych sprawniejszych) i na samą siebie.
Dziecko mobilizuje
Dopiero jako młoda mama odkryłam formę ruchu, która bardzo mi odpowiadała: codzienna jazda na rowerze z dzieckiem w foteliku. Był to świetny pomysł na zagospodarowanie letnich przedpołudni.
A jednocześnie starałam się, aby każda wyprawa miała jakiś cel. Były więc wycieczki na odległy plac zabaw, na kładkę nad torami w sąsiednim mieście, rajd przez pobliskie wsie w celu oglądania zwierząt. Te wspólne wyprawy były dla mnie wielką radością i do dziś rower pozostał najprzyjemniejszą formą ruchu, bo działa na mnie relaksacyjnie. Kiedy podjęłam decyzję o zmianie stylu życia i nawyków żywieniowych, zaczęłam szukać odpowiedniej dla siebie aktywności fizycznej. Nie bardzo wiedziałam, od czego zacząć, bo najmilszą dla mnie aktywnością było leżenia na kanapie i czytanie książek.
Siła w koleżankach
Zaczęłam wypytywać koleżanki, czy mogą mi polecić jakąś formę ruchu, i szybko okazało się, że kilka z nich chętnie by się poruszało. Efekt jest taki, że z jedną chodzę na aerobik, z drugą na kijki, z trzecią na basen, a z czwartą jeżdżę rowerem. Dzwonimy do siebie i próbujemy znaleźć wspólny czas tak, aby każdego dnia posilać się porcją ruchu. Nie zawsze mi się to udaje, ale czasem, jak nie mam wewnętrznej motywacji, dzwoni któraś z nich i za krótką chwilę już jesteśmy umówione, a w parze zawsze raźniej!
Kolejne ćwiczenia rozbudzają moją potrzebę ruchu, choć na początku myślałam, że to nie dla mnie i się do tego nie nadaję, ale potem zaczęły mi sprawiać radość, wzmocniły motywację do działania, wyzwoliły pozytywną energię i teraz przynoszą satysfakcję. Dlatego bardzo ważne jest znalezienia takiej formy ruchu, która nam odpowiada, a kiedy zaczyna się człowiek ruszać systematycznie, sam nie wie, dlaczego ma ochotę na więcej i więcej. Sądzę, że jest wprost proporcjonalne – im więcej i częściej się ruszam, tym mam w sobie większą potrzebę ruchu.
Moje rady:
1. Nie mów, że to nie dla ciebie, po prostu zacznij od dziś: od spaceru lub jazdy na rowerze.
2. Popytaj znajomych, czy nie mają ochoty na jakąś formę ruchu; szybko może się okazać, że w parze znacznie łatwiej się zmobilizować do wysiłku.
3. Szukaj nowych wyzwań: spróbuj rzeczy, których wcześniej nie robiłaś (idź na basen, chodź z kijkami, pójdź na rolki, rób brzuszki, zapisz się na aerobik lub taniec brzucha). Nie wszystko musi ci odpowiadać, ale wszystkiego warto spróbować, aby wybrać dla siebie to, co sprawi ci najwięcej radości.
4. Wpisz wybraną formę ruchu w swój stały grafik i nie odpuszczaj sobie, nawet gdy masz dobre wytłumaczenie, bo przecież robisz to dla siebie! Jeśli będziesz się ruszać każdego dnia, wkrótce okaże się, że dzień bez ruchu to dzień stracony!
Agnieszka
Jestem typem kanapowca
Ze spowolnionym metabolizmem, któremu zawsze coś stanie na drodze ku aktywności fizycznej. A to kiepskie samopoczucie, a to zła pogoda. W tej lub w odwrotnej kolejności.
Na pewno znacie ten typ, co to odchudza się, bierze się za siebie, stawia na zdrowy styl życia, regularnie uprawia sport od... jutra..., od poniedziałku..., od początku miesiąca..., od nowego roku. Rozumiecie, że to nie jest takie proste.
I tu, w zależności od okoliczności, trzeba kupić:
– dres (nie będę przecież paradować w siłowni w starych portkach),
– kostium kąpielowy (stary jest kompletnie nietwarzowy, zdecydowanie za grubo w nim wyglądam),
– kijki do nordic walking (w końcu chcę się za siebie wziąć profesjonalnie),
– karnet na zajęcia grupowe (przecież muszę ćwiczyć regularnie!),
– rower (sport na powietrzu jest przecież najzdrowszy).
A w ogóle, to przy tak sporej nadwadze jak moja, wysiłek fizyczny trzeba dozować. Umiar jest ze wszech miar wskazany, by nie przesilić serca, stawów i nie nabawić się broń Boże jakiejś przykrej kontuzji. Nie jestem przecież wyczynowcem. Do wszystkiego trzeba podchodzić z głową i dobrze to przemyśleć. Tak, jak ja to robię. Ooo, jakie chmury za oknem, dobrze że nigdzie się nie wybrałam. Zmokłabym jak kura. W końcu ma się ten zdrowy rozsądek.
Duża Aśka



