– Muszę się zakotwiczyć w tym, co powiedział Guru. Pamiętasz, kazał nam znaleźć jakiś przedmiot i zakląć w nim lekcje, jakie od niego otrzymujemy.
– A jak chcesz zakląć?
– No, tak po prostu. Usiądę, zapalę świeczkę, pogapię się i zaklnę.
Przyjechałyśmy na warsztaty jogi. O świcie asany, potem wegańskie śniadanie: bułeczki orkiszowe, pasta z tofu, kawa zbożowa, konfitura, następnie wykłady, kąpiele słoneczne, lekki obiad gotowany zgodnie z zasadami 5 przemian (obowiązkowe curry, kasza jaglana oraz ciasto marchewkowe), sjesta z zieloną herbatą i ponownie asany.
Noc przy wtórze robaczków świętojańskich* w sennej ciszy lasu otaczającego małe drewniane domki kempingowe postawione za towarzysza Gierka przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.
Niektóre z uczestniczek wymykają się cichaczem tuż po nastaniu ciszy nocnej, by zakosztować zakazanych uciech w nadmorskich barach, ale nie my. My z Dzidką kładziemy się grzecznie do łóżeczek, czytając przed zaśnięciem mądre książki w rodzaju: „Punkt G czy trzecie oko?”, „Ty i tylko ty”, „Potęga Pra–Matki”. Nagle słyszymy skrzypienie za oknem – nasze sąsiadki właśnie „idą w tango”.
– Ty, popatrz. No jak tak można? – Dzidka ubolewa nad tym skandalicznym brakiem samodyscypliny. – Przecież Guru kazał robić ćwiczenia oddechowe i tłumaczył, jak ważny jest regularny ośmiogodzinny sen.
– No.
– A te nic, tylko alkohol i faceci.
– No.
Naszą pogawędkę przerywa skrobanie w ramę okienną i teatralny szept.
– Dziewczyny, chodźcie z nami. Jeszcze parę dni, a zakwitną nam aureole.
Już miałam powiedzieć, że komu jak komu, ale naszym nocnym gościom to aureole na pewno nie zakwitną, gdy zamiast tego musiałam przetrzeć oczy ze zdumienia, bo oto Dzidka wyskoczyła entuzjastycznie z łóżka, wbiła się z gracją w obcisłe dżinsy (co oczywiście miało pewien związek z kilkudniową dietą wegańską oraz asanami) i zaczęła przekopywać walizkę w poszukiwaniu pomadki o nazwie „You Never Know”.
– Zbieraj się, na co czekasz?
Poczułam się jak bohaterka powieści Stephena Kinga stojąca naprzeciw demonicznego kosiarza umysłów, który jakimś cudem zawładnął kolejną niewinną istotą.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z Dzidką?
– Przestań się wygłupiać. – Głos kosiarza przypominał do złudzenia głos Dzidki, tak więc zrozumiałam, że moja przyjaciółka, jak to kobieta, zmieniła zdanie. Gdy chwilę potem oświadczyła śpiewnym falsetem, że „ma ochotę na chwileczkę zapomnienia”, pomna tego, co ostatnim razem wynikło z takiej deklaracji, posłusznie ruszyłam na nocną wycieczkę. Niczym anioł stróż.
Pierwszym punktem programu była wizyta w wesołym miasteczku „24 H”. A konkretnie na „samochodzikach”.
– To ja, wielki zderzacz hadronów. Uciekajcie! – Dzidka uderzyła z impetem w bok auta z trzema młodzieńcami na pokładzie. Okazało się, że młodzieńcy są studentami Politechniki, więc żart załapali i dołączyli do naszej paczki. I tak spacerowaliśmy razem rozświetloną promenadą, jedząc gofry z bitą śmietaną i śpiewając w niezbyt strojącym dwugłosie „Chałupy welcome to”. W końcu wstąpiliśmy do baru na parę kolejek Martini. Poza tym wszystkim, nie wydarzyło się niestety nic nieprzyzwoitego, co mogłabym tu w pikantnych szczegółach opisać. Przykro mi.
Następnego dnia Guru wygłosił piękny traktat o istocie służby. O dobroczynnym wpływie pracy fizycznej na psyche człowieka. O poczuciu obowiązku i życiu wstrzemięźliwym. Po czym, mrużąc oczy, spojrzał po sali i zatrzymał badawczy wzrok na czterech ziewających jak smoki paniach. I wysłał je na zmywak. Myłyśmy, cholera, te gary do końca turnusu.
*Á propos robaczków: czy wiecie, że ich samice zwabiają fluorescencyjnym światłem samce spokrewnionych gatunków, po czym je pożerają? W przyrodzie to jednak jest harmonia…



