Dziś mam 20 lat. Ale moja historia odchudzania rozpoczęła się tak naprawdę ładnych parę lat temu, dzięki mojemu lekarzowi, wówczas pediatrze, który skierował mnie na turnus odchudzający do szpitala uzdrowiskowego dla dzieci i młodzieży.
Na początku było mi ciężko, ponieważ całkowicie uległ zmianie mój tryb życia i sposób jedzenia. Przejście ze smażonych potraw na gotowane, a do tego marszobiegi, ćwiczenia korekcyjne, basen… Jak chyba każda osoba na diecie, wpadłam w pewien dołek, ale pocieszające było to, że jednak nie byłam tam sama, tylko z kilkudziesięcioma innymi osobami mojej tuszy, mającymi takie same problemy, jak ja. Wyjazd ten zakończył się jako takim sukcesem, przyniósł jednak umiarkowany w moim odczuciu efekt: w ciągu miesiąca 10 kg w dół. Dla niektórych może się wydawać dużo i szybko, ale nie przy moich warunkach wyjściowych… I nie przy upartym jak osioł efekcie jojo.
Niestety, gdy wrociłam do domu, wróciły razem ze mną stare przyzwyczajenia i… stary jadłospis. Mimo to, starałam się jakoś w miarę ruszać – jednak i ta chęć po pewnym czasie minęła.
Głowa w piasek
Nie ważyłam się przez dłuższy czas w ogóle, ale gdy w szkole przyszedł czas na badania kontrolne (w tym mierzenie, ważenie i te sprawy), doznałam szoku! 10 kg, które straciłam na wyjeździe, przybyło z powrotem, a wraz z nimi jeszcze „dodatkowe” 5… Postanowiłam postarać się ponownie o pobyt na specjalistycznym turnusie. Udało się. Wszystko odbyło się bardzo podobnie, jak poprzednio, ale spadek wagi osiągnęłam już mniejszy – 7 czy 8 kg. A po powrocie – łatwo się domyślić, co było, prawda? Waga wracała jak bumerang, i to zawsze jeszcze z „naddatkiem”.
Babcine zaklęcia
Wiedziałam, że przytyłam, ale chowałam głowę w piasek: nie chciałam się ważyć, niby nie zauważałam swojego problemu. Dopiero gdy przyszedł czas na bycie dziewczyną, dbanie o wygląd, jakieś drobne zakupy – kiedy zauważyłam, że mam problem z dobraniem takich ciuchów, jakie chciałabym nosić, przejrzałam na oczy. Gdy stanęłam dzielnie na wadze, doznałam wielkiego szoku. I po raz kolejny postanowiłam: pora coś z tym wreszcie zrobić… Ale tak naprawdę to tylko pomyślałam… Przemknął mi przez głowę pomysł na jakąś dietę, owszem, ale zaraz przestałam o tym myśleć, zajęłam się „ważniejszymi” sprawami.
Przełomem w moim życiu był tak naprawdę jeden konkretny dzień: gdy moja mama wróciła po pracy do domu i powiedziała, że babcia… modli się za mnie, abym się odchudziła… Postanowiłam, że koniec z tym! Od jutra dieta! Nie zamierzam sama męczyć swojego organizmu, nie chcę też, żeby cierpieli przeze mnie ludzie, ktorzy się o mnie martwią i troszczą, bo mnie kochają.
I rzeczywiście, pod wpływem tych refleksji i postanowień, dosłownie z dnia na dzień przeszłam na dietę, którą zresztą sama skomponowałam. Starałam się mniej więcej zmieścić w 1000 kcal dziennie, piłam 3 litry wody, poza tym zieloną i czerwoną herbatę.
Pierwsze dni były strasznie trudne. Mimo tego, że już po 2 dniach widziałam rezultat, najgorzej było trzeciego dnia, pamiętam ten kryzys. Czułam, że sobie nie poradzę, że to bez sensu, że i tak później znowu przytyję… Myślę, że modlitwy babci tu podziałały najbardziej :-). Miałam też wielkie wsparcie ze strony rodziców, narzeczonego i przyjaciół, bez nich na pewno ciężko by mi było dać sobie radę, wytrwać.
Moja łyżka dziegciu
Mniej więcej po tygodniu od rozpoczęcia walki, gdy stanęłam na wadze, zauważyłam, że pokazuje już ponad 5 kg mniej. Była to dla mnie ogromna motywacja – ten pierwszy zrzucony balast. Za każdym razem, gdy się ważyłam i widziałam kolejny spory ubytek wagi, czułam, że już sobie poradzę.
Przez 9 miesięcy schudłam 48 kg – startowałam ze 130 kilogramów, zeszłam do 82. Uważam że to był mój największy życiowy sukces, chociaż jeszcze mam sporo do zrzucenia – zwłaszcza, że w zimie „przez nieuwagę” wróciły mi 4 kilogramy…
A tak na marginesie – taki spadek wagi nie mógł mi ujść tak całkiem na sucho, bez żadnych skutków ubocznych. Największym moim utrapieniem jest teraz obwisła skóra na ramionach i brzuchu, z którą nie mogę sobie w żaden sposób poradzić.
Na pewno oddzielnym problemem dla mnie były ćwiczenia fizyczne, których przez całą dietę tak naprawdę… nie stosowałam. Myślę, że gdybym się ruszała, zgodnie z wszelkimi zaleceniami przy odchudzaniu – nie miałabym teraz tego niezbyt powabnego efektu. Bardzo bym chciała się tego pozbyć – może masażami, kosmetykami – gdyż niedługo wychodzę za mąż i chcę być atrakcyjna. Ale
z tym problemem to już chyba sama sobie nie poradzę…
Moja rada dla wszystkich czytelniczek – najtrudniej jest przetrwać pierwsze 3 dni. Ale jeśli je wytrzymacie, potem bedzie już tylko lepiej!
Kasia




