– 82. Gorąco jak w piekle.
– Zatem czas na afirmację: moje ciało pozbywa się toksyn, a ja staję się leciutka jak piórko.
– Musi pani koniecznie wziąć lodowaty prysznic, wtedy odchudzanie jest skuteczniejsze. – Szczupła, by nie powiedzieć wysuszona jak mumia Tutenchamona babka, na oko dobrze po czterdziestce, udziela mi „życzliwej” rady – w ogóle dobrze jest okręcić się folią spożywczą, to świetnie spala tłuszcz.
Mózg sobie okręć folią – myślę. Jednak, będąc zakładniczką konwenansów, ujmuję rzecz inaczej:
– Naprawdę? Fajny patent. Muszę spróbować.
–Tak, ja też muszę spróbować. Właściwie, to i pani by mogła – to nie tylko tłuszcz spala, ale i biust ujędrnia. Przydało by się. – Dzidka konwenansów nie uznaje. I za to ją kocham.
–Ty za uprzejma jesteś. Silnym trzeba być, nie miętkim – poucza mnie chwilę potem w szatni. Wiśta wio, łatwo powiedzieć. 1)Nie zliczę tych wszystkich żenujących epizodów z przeszłości, gdy zamiast spuścić solidne manto różnym kretynom, uśmiechałam się gładko i grzecznie potakiwałam. Gdy tak myślę nad tą moją ułomnością, przychodzi mi do głowy pewne zdarzenie sprzed lat. W II klasie podstawówki pewna Zuzia (działając w silnym afekcie, przyznaję) melodramatycznie wyrzuciła ze swojego tornistra całą zawartość, po czym chwyciła w dłoń dwa kawałki kredy, podbiegła do mnie i odcisnęła mi na bluzce, w miejscach gdzie dziewczynki mają sutki, dwie kropki. Powód tej gorszącej sceny – Jasio, którego Zuzia darzyła płomiennym uczuciem, a który mnie wolał ciągnąć za warkocze, nie Zuzię – ryknął śmiechem, ja natomiast otrzymałam nowe przezwisko: „cycki”. Gdyby zdarzyło się to, powiedzmy, osiem lat później, może i byłabym dumna, ale wtedy…
Po południu idziemy z Dzidką do Baptiste’a. Baptiste urodził się w Marsylii, jest znanym projektantem, a ostatnio rzuciła go dziewczyna. Poznaliśmy się na moście Świętokrzyskim, mniejsza o szczegóły, i obaliliśmy butelkę Pastisa – co było dużym poświęceniem, bo trunek to obrzydliwy, czegóż się jednak nie robi, by podnieść na duchu bliźnich. Baptiste bardzo nas polubił i nalegał, byśmy go odwiedziły. Tak więc idziemy dziś do jego butiku. Butik jest bardzo elegancki. Na wystawie wisi śliczna sukienka, cudeńko. Wchodzimy do środka. Pani o tali osy, w tipsach z różyczkami, wychodzi zza lady i mierzy nas wzrokiem.
– Chcemy ją przymierzyć. – Dzidka wskazuje manekin.
– Mamy tylko małą czterdziestkę.
– Poprosimy, jeśli łaska. – Nie traci rezonu i ciągnie mnie w stronę przymierzalni. Chowam się za kotarą, gdzie szlag mnie trafia, jak nie przymierzając Jonasza w brzuchu wieloryba. Dzidka siada na podłodze i karze mi się zamknąć. Zamykam się, biorę wdech, wciągam brzuch, jakimś cudem zapinam suwak i staję przed lustrem (które złośliwie umieszczone jest na zewnątrz kabiny).
Dzidka podnosi się, ogląda mnie to z przodu, to z tyłu, po czym uroczyście oznajmia:
– Ślicznie. Naprawdę. 3 kilo i będzie akurat.
Dzidka jest najlepszą przyjaciółką pod słońcem. Rzeczywiście wyglądam ślicznie, mimo ogólnego naburmuszenia. Ta sukienka jest czarodziejska. Ekspedientka patrzy niechętnie.
–I co? Są panie zainteresowane? Sukienka będzie dość droga niestety. Na zamówienie. Trzeba będzie na nią poczekać, ta jest dla jakiejś piosenkarki, pozwoliłam paniom przymierzyć tylko tak – triumfuje.
–O, a jaka będzie przewidywana cena? – Nie kryję rozczarowania.
–Nie wiem, szef zaraz się zjawi, to zapytam.
Szef zjawia się pięć minut później. Rzucamy się sobie w objęcia.
– Bon Dieu!2)Dziewszyny! Quelle surprise!3), Miło was widzieć. Mam prezent, ma belle4). Na ten recital za dwa tygodnie. Będziesz najpiękniejsza, vraiment sublime 5). Ohh la la!
– Pani Maria, gdzie jest moje bébé6)?
Ekspedientka wychodzi z przymierzalni z sukienką na wieszaku.
– Tutaj. Pozwoliłam paniom przymierzyć.
– Super, super. To właśnie dla cette mademoiselle7) – wskazuje na mnie, paradnie się kłaniając – jest mon bébé.
Powiem tyle: zobaczyć minę osy – bezcenne.
1) Wybaczcie, oglądam właśnie powtórki serialu „Dom” na Kino Polska.
2) Dobry Boże!
3) Ale niespodzianka!
4) moja śliczna
5) wspaniale, cudownie
6) cudeńko
7) tej pani



