– Jak w lewo? W lewo się nie da.
– Oj, Dzidka. W lewo znaczy w prawo.
Rasowa kobieta często myli kierunki, co w praktyce oznacza zakłopotanego instruktora Wieśka, który uwielbia nas pasjami, ale doprawdy nie może zaliczyć nam tego egzaminu i zaprasza za dwa tygodnie.*– Okej, teraz dobrze. Zaznaczamy.
Robimy kropkę na murze. Kropkę, pod którą za chwilę zamieszka kołek rozporowy dziesiątka.
A wszystko dlatego, że Dzidka miała sen proroczy. Około 6.30 błogosławioną ciszę przeszyła „lekka kawaleria” w wykonaniu Nokii 72.
– Czekałam, proszę ciebie, bite dwie godziny. Nie mogłam przecież w środku nocy zadzwonić!
– Dzidka, dzwonisz w środku nocy.
– Wstałaś lewą nogą?
– Sęk w tym, że w ogóle nie wstałam, zostałam brutalnie wyciągnięta z ciepłej pościeli.
– Nie przeżywaj jak mrówka okres. Miałam sen, mówię ci. Byłam jak ta Afrodyta, wynurzająca się z morskiej piany, wokół szalały żywioły, a ja z wiertarką w dłoni szłam naprzeciw memu przeznaczeniu.
– Dzidka, czy to jakaś przenośnia, czy co?
– Nie, nie, skąd! Fale obmywały moje prawie smukłe ciało, a ja czułam na sobie wzrok mężczyzny moich marzeń. Był taki, taki, taki…
– Jest 6.31. Zmiłuj się! Nic z tego nie rozumiem!
– Sądzę, że dziś go spotkam. Mojego Aresa.
– I potrzebna ci do tego wiertarka?
– W rzeczy samej. Przeczytałam, że dziś jest Święto Flagi. Przyjadę więc do ciebie i ją zawieszę.
– Dzidka, po cholerę mi flaga?
– Po pierwsze, jak będę wierciła dziurę, spotkam Aresa, po drugie, do obowiązków właściciela posesji należy wywieszenie flagi w święto narodowe.
– Aaa. I rzeczywiście chcesz odpalić wiertarkę? Może jakoś tę flagę przymocujemy inaczej?
– Żadnych półśrodków. Przymocujemy byle jak, a ja zamiast Aresa dostanę Kermita.
I tak oto Dzidka stoi na ostatnim szczeblu metalowej drabiny i przeraźliwie fałszuje: „Ojczyznę trzeba kochać i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło.”
– Dobrze – konstatuje z zadowoleniem, rozglądając się wokół w poszukiwaniu swojego boga. – Podaj wiertarkę.
– Ale Dzidka, czy ty wiesz aby, co robisz?
– Cholera, mogę zrobić kampanię za grube miliony, a nie poradzę sobie z głupim gwoździem? Pamiętasz tę reklamę biszkoptu w proszku?
– Którą?
– No tę, w której babka podała facetowi całkiem udane ciasto, ale tak ją te hormony ogłupiły, że z wrażenia włożyła pantofle nie do pary? Mi taka skucha z pewnością się nie przydarzy, bo panuję nad wszystkim. Również nad wiertarką.
– Nie wątpię. Tyle że to ryzykowne. Proszę cię, zejdź z drabinki.
– Nie. Podaj wiertarkę.
Rezygnuję i podaję. Na wszelki wypadek wystukuję na klawiaturze numer pogotowia, będzie jak znalazł, jeśli dzisiejsza przygoda okaże się czymś w rodzaju teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Dzidka odpala maszynę i sprawnie wkręca się w cegłę klinkierową słupa nośnego. W głowie mam projekcję w 3D – Rzymianie rozgromieni pod Adrianopolem. Dzidka w zakrwawionej kolczudze. Otwieram oczy, moja przyjaciółka niczym pomnik Nike, z uniesioną, dymiącą wiertarką, wpatruje się w płot. Za płotem ciemna czupryna, ciemny wąsik i szelmowski uśmieszek. A ten tu skąd?
Dzidka uwija się na drabince, przykręca uchwyt i zatyka maszt, gestem sowieckiego zdobywcy. Wąsik cmoka za płotem.
– Ależ pani dzielna!
Konwersacja rozwija się w najlepsze. By nie zakłócać tej miłosnej uwertury, wycofuję się dyskretnie.
Mija godzina, może dwie. Rozbawiona Dzidka wkracza do salonu, rozkłada się na kanapie i wzdycha. Chwilę potem słyszę klakson przed bramą (wciąż nie mam dzwonka).
– Dzień dobry. Widzę, że wzięła sobie pani do serca mój apel o oznakowanie domu. Jest tabliczka z nazwą ulicy, numerkiem, bardzo ładnie. Niestety, muszę pani dać mandacik.
– Za co, panie władzo?!
– Bo flagę narodową powiesiła pani do góry nogami.
* Sprawiedliwie będzie nadmienić, że problem z odróżnieniem prawej od lewej dotyczy również i panów – dość zacytować Kabaret Moralnego Niepokoju, który w prześmiesznym skeczu „Drzwi” tak sprawę objaśnia: „Prawa ręka to jest ta, jak się śpi na brzuchu, to od ściany”, „A prawa noga, jak jest duży palec z lewej strony”.



