– Ja – odrzekłyśmy z Dzidką synchronicznie, wlepiając wzrok w ekran, po którym przesuwała się z lewa na prawo ładna panienka z wyraźnym ADHD, podskakując i machając rękami.
Czarnobiały telewizor rzęził znad lady sklepiku Żan – nazwa świadczyła o wielkim poczuciu humoru jego ajenta pana Mietka. Pan Mietek, niegdyś pracownik pewnej francuskiej sieci supermarketów, postanowił zrzucić jarzmo i pójść na swoje. Oczywiście, co bardziej wyrafinowani konsumenci miejsca takie jak Żan omijaliby szerokim łukiem, ale gdy się ma dom na handlowej pustyni, wśród łanów zbóż, względnie buraków, nawet tak siermiężny obiekt zdaje się być Harrodsem.
– No dalej, łapcie za słuchawki, mam dla was tysiąc złotych. – Panienka ze szklanego okienka nie dawała za wygraną. – Patrzcie, tylko w naszej stacji jedyna, niepowtarzalna okazja, możecie sobie kupić nowe ciuchy za free! Dzwońcie teraz!
– Patrzę i oczom nie wierzę! – zdenerwowała się Dzidka. – Przecież firmuje to coś całkiem poważna telewizja! Toż to jakieś horrendum. Panienka upowszechnia głupie stereotypy! Że niby same nie zarabiamy, tylko prosimy mężów o pieniążki. Ja protestuję!
– Dzidka, przecież ty nie masz męża.
– Ja nie mam, ale mogę mieć. Kiedyś. A poza tym, co to za gadanie?!
Dzidka od czasu celującego przed laty zaliczenia zajęć „Psychologia płci” stała się wyjątkowo wrażliwa na wszelkie przejawy seksizmu. Z rozrzewnieniem wspominam, jak podczas jednej z tych gorących studenckich dyskusji na temat imperatywów ewolucyjnych, wypaliła: „Z tobą, Zenek, to ja porozmawiam o równouprawnieniu, jak dostaniesz okres.”
– Panie sobie życzą? – małżonka pana Mietka, która na zajęcia nie chodziła i wrażliwa na te kwestie nie była, uznała za właściwe wtrącić się i poznać cel naszej wizyty.
– Kajzerki cztery poproszę.
– Dzidka, jakie kajzerki, zapomniałaś? Grahamki – wysyczałam do ucha przyjaciółki, a potem już całkiem głośno dodałam: – Grahamki. Cztery.
– Jestem ciemiężona. Społeczeństwo próbuje mnie upchnąć w jedynie słuszny rozmiar 34, ale ja nie zamierzam się temu bezkrytycznie poddawać. Kajzerki, proszę pani!
– Dzidka, zmiłuj się. Co ma do tego społeczeństwo? Przecież dopiero co sama przyznałaś rację panu Adrianowi, że czas przerzucić się na grahamki. Bo są zdrowsze.
Rzeczywiście. Dwie godziny wcześniej pędziłyśmy na łeb, na szyję na rowerkach treningowych technogym, a właściwie ja pędziłam, a Dzidka próbowała mnie dogonić, jęcząc przy tym niemiłosiernie. Można jej to wybaczyć. To był jej pierwszy raz, nie licząc nieudanej próby sprzed czterech miesięcy. Moja przyjaciółka nabyła wtedy kijki do nordic walking, ponieważ nowy i bardzo przystojny księgowy opowiedział jej o licznych zaletach tejże dyscypliny. Później Dzidka poznała jego śliczną narzeczoną i dostała traumy. Ostatnio jeden z kijków podpierał przerośniętego fikusa, drugi zaś leżał porzucony jak przymała sukienka, którą kupujemy w nadziei, że już za miesiąc będzie akurat. Po tym wszystkim szanse na integrację w fitness klubie spadły niemal do zera.
Toteż kiedy w poprzednią sobotę Dzidka sama z siebie nieśmiało zaproponowała, że poszłaby ze mną na trening – tak tylko, żeby zobaczyć i żebym sobie Bóg wie czego nie wyobrażała – ucieszyłam się bardzo. Początki były trudne, a moja cierpliwość wystawiona na próbę. Na szczęście po jakiś pięciu kilometrach pojawił się pan Adrian, trener z ciałem kulturysty i buzią braci Mroczków, a moja przyjaciółka, singielka i niestrudzona poszukiwaczka WNM (Wielkiej Nieskończonej Miłości), zaraz zapaliła się do ćwiczeń i prawie mnie prześcignęła. Potem, by przeciągnąć w czasie miłe spotkanie, pogawędka zeszła na temat diet – bo i na jaki może zejść w fitness klubie – i stąd wzięły się nieszczęsne grahamki, przywołane dwie godziny później w sklepiku Żan.
– Żądam kajzerek!
Dobrze, weźmy kajzerki – powiedziałam zrezygnowana. Mina Dzidki zapowiadała długi i emocjonalny wywód na temat tłamszenia jej prawa do osobistej ekspresji. Dzidka zawsze była nieco egzaltowana, a poza tym uwielbiała wielopiętrowe uogólnienia, co jej „eks” określał jako: robienie z igły wideł.
Zapłaciłam grzecznie za kajzerki i pociągnęłam ją w stronę drzwi. Już miałyśmy wyjść, ale w telewizorze Halina z Bolesławca, na pytanie, jak nazywają się buty z gumy, wypaliła „crocsy”. Dzidka znów się rozgorączkowała: – Kalosze, kobieto, kalosze! Widzisz, widzisz, co się porobiło? Nasza tożsamość jest zagrożona! Ależ się zdenerwowałam, muszę się uspokoić.
Rozejrzała się i zatrzymała wzrok na lodówce upchanej w kąt sklepu. Zanurkowała w niej na dłuższą chwilę. – Kochanieńka – rzuciła do ekspedientki – wezmę jeszcze to. Westchnęłam. Dzidka pakowała do torby wielkie pudło lodów czekoladowych.



