Moja historia zaczęła się od smutnego, wręcz tragicznego wydarzenia, które na lata zmieniło mój stosunek do świata i ludzi. Do siebie samej też. Miałam 18 lat i ktoś bardzo, bardzo mnie skrzywdził… Nic nie wiedziałam o życiu, byłam naiwna, zbyt ufna po prostu, spotkałam na swej drodze nie tę osobę, co trzeba… Nie chcę tu podawać bolesnych szczegółów, bo cały świat by się ode mnie odwrócił, a tego nie chcę.
Nigdy zresztą nie mogłam z nikim na ten temat szczerze porozmawiać, nawet moja najbliższa wtedy przyjaciółka stwierdziła, że stało się to, co się stało, ponieważ ja tego chciałam!
Od normalności do patologii…
W tamtych czasach jeszcze jadłam normalnie i ważyłam około 58 kilo… Ale wtedy, po tym strasznym zdarzeniu, załamałam się i zaczęła się moja „przygoda” z tyciem. Chłopaków najpierw unikałam, nie dopuszczałam do siebie. Jedzenie było dla mnie lekarstwem na wszystko: na złość, na samotność, na poczucie krzywdy. Zastępowało mi szczęście, związki, seks, całą treść życia. Jadłam, kochani, po prostu jadłam! I tak w ciągu zaledwie 2 lat, z wagi 58 skoczyłam na 89… Stawałam się pączkiem, miśkiem, czy jak to tam nazwiecie. Nie mieściłam się w swoje ciuchy, a w sklepach nie było ubrań pasujących na mnie.
„Dobre” strony złego…
Nie dość, że cierpiałam, to jeszcze byłam wyśmiewana, poniżana, wyzywana od grubasów, tłustych świń… Ale tak naprawdę było mi dobrze z tym jedzeniem i z tą tuszą, przynajmniej nie musiałam w ogóle myśleć… Nikt mnie specjalnie nie tuczył, nie zmuszał, nie namawiał. Nie miałam rodziców tego typu, którzy napychaliby mi talerze, ani natrętnych babć przychodzących z cukierkami i słodkościami różnego rodzaju…
Chęć życia zwycięża…
Nie miał mnie niestety kto wesprzeć przez te „puszyste” lata, zmagałam się z tym wszystkim sama… Rodzice byli jakby nieobecni. Mama zaczynała akurat swoją pracę we Włoszech, tata nie był świadomy mojej sytuacji. Uciekałam z domu w Polskę, w świat, szukałam ciepła, pocieszenia i radości gdzie indziej, na próżno. Byłam nawet krótko z chłopakiem, któremu pasowało, że jestem taka właśnie. Ale nie mnie… Pomimo początkowego zamknięcia się w sobie, zaczęłam szukać miłości. Miałam pięć zwiazków, z czego do tej pory praktycznie udał się jeden: z moim obecnym narzeczonym Krzysiem, którego bardzo kocham, planujemy ślub i dzidzię (choć i z nim nie obeszło się bez krzywd i wzajemnego wybaczania). Tak naprawdę, dopiero kiedy go poznałam (byłam już nieco szczuplejsza niż w najgorszych czasach), zapragnęłam żyć. Nieświadomie zmieniałam sposób myślenia, ubierania się…
Pierwsze zmiany na lepsze
Powoli zaczęłam działać. Wyrywać się z tego koszmaru złych wspomnień, szukać pomocy… Tata zabrał mnie do lekarza. Nikt nie znał prawdy o mojej przeszłości, więc leczono mnie na całkiem inną chorobę, ale to był początek czegoś. Pozytywnych zmian.
Powiem wam, że nie miałam jakiejś specjalnej diety. Po prostu wsłuchałam się w swój organizm, zaczęłam siebie obserwować: na czym najbardziej tyję, a od czego chudnę. Zaczęłam też ćwiczyć. Babcia – wtedy jeszcze zdrowsza – kupiła mi rowerek treningowy… Rower, spacery, taniec – to najbardziej teraz kocham.
W trakcie odchudzania spotykałam osoby, które mijały mnie i… nie poznawały! A te, które poznawały, wychwalały pod niebiosa, jak pięknie wyglądam… Wystarczało mi to za wszystko, wynagradzało wszelkie cierpienia i poniżenia z dawnych lat.
Dziś mam 31 lat. Łącznie schudłam 23 kilo w ciągu półtora roku. Zmieniłam wygląd, założyłam po raz pierwszy krótką spódniczkę. Jestem osobą pewną siebie, wierzę w dobro ludzi, pomimo tego, co mnie spotkało z ich strony. Było mi bardzo ciężko, ale dałam radę! Jestem teraz kobietą sukcesu, bo odniosłam sukces: wygrałam sama ze sobą.
Wielkie plany
To jeszcze nie koniec mojej drogi. Chciałabym naprawdę wyćwiczyć swoje ciało, a moim największym marzeniem jest to, aby zatańczyć do ułożonej przez siebie choreografii z profesjonalnym tancerzem, przed całą Polską…
Chcę też pomagać innym puszystym. Piszcie mi o swoich zmartwieniach. Kocham was, grubasy całego świata, wierzcie w siebie!!!
Renata




