Dorota Zawadzka – gospodyni programu TVN „Superniania”, pedagog i psycholog rozwojowy, wykładowca uniwersytecki, autorka książki „I Ty możesz mieć superdziecko”.
Na oficjalnym blogu programu „Superniania” można przeczytać, że niektórzy rodzice straszą teraz swoje pociechy nie Babą Jagą, tylko Supernianią...
Zdarzają się takie wypadki, ale znacznie częściej spotykam się z ciepłym przyjęciem. Nie mówię o opiniach na forach internetowych, bo kiedy jest się anonimowym, można napisać wszystko. Na co dzień jednak ludzie uśmiechają się do mnie na ulicy, dziękują, proszą o rady, piszą mnóstwo listów. A dzieci machają mi z okien samochodów. Raz nawet usłyszałam od kilkulatka, że jest moim fanem, bo go szanuję.
W pani programach ten szacunek do dziecka jest bardzo widoczny. Uczy pani: dziecka nie wolno uderzyć, dziecko płacze, gryzie i kopie, bo chce zwrócić naszą uwagę...
To prawda, trzeba tylko cierpliwości i czasu, by rodzice to zrozumieli i zaakceptowali. Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko było zdrowe, wesołe, grzeczne, dobrze jadło. Tworzy sobie w głowie obraz swojej pociechy, a potem chce, by spełniała jego oczekiwania. Tymczasem dziecko ma własną osobowość, jest po prostu człowiekiem.
To znaczy, że można mu pozwalać na kaprysy przy jedzeniu?
O jedzeniu dzieci, szczególnie tych małych, oraz o podejściu rodziców do tego tematu, można by napisać tomy. Z moich obserwacji wynika, że dla wielu dorosłych jedzenie stało się złotym cielcem. Babcie i mamy za wszelką cenę starają się doprowadzić do tego, by dzieci jadły kilka razy dziennie, właściwie non stop. Krążą przy maluchach, wpychając im jedzenie niemal w biegu. Kiedyś mówiło się: „łyżeczka za mamusię, druga za tatusia”, ale teraz to już jest miseczka za mamusię i miseczka za tatusia. Dorośli odmawiają dzieciom prawa do niejedzenia, nie zgadzają się na to, by mogły nie lubić jakiejś potrawy. A one są wzrokowcami, kierują się zapachami, pracuje im wyobraźnia. Ich dania muszą estetycznie wyglądać, dobrze pachnieć, ładnie się nazywać. Sama nie jem flaków ze względu na nazwę, podobnie móżdżku czy nóżek. Mogą być fantastyczne w smaku, ale nie tknę ich, bo wyobraźnia mi nie pozwala. Jedzenie ma przecież sprawiać przyjemność, a nie rozwiązywać problemy dorosłych czy dzieci.
Dorośli jednak często zajadają stres.
Jest to postawa, którą wynosimy z domu, a uczymy się jej w dzieciństwie. Kiedy dziecko płacze, czuje się nieszczęśliwe, dajemy mu coś słodkiego na pociechę. A przecież cukierek nie zastąpią przytulenia, rozmowy, wspólnej zabawy. Oczywiście, pomoże, i dobrze wiemy, dlaczego, ale nie zastąpi bliskości, nie rozwieje wątpliwości. Sama, kiedy jest mi smutno, potrafię zjeść pół opakowania ptasiego mleczka, ale wiem, dlaczego to robię. Dziecko nie wie – zjada, bo mu smakuje.
Rodzina to źródło naszych postaw?
Tak. I warto przypominać sobie o tym raz na jakiś czas. Proszę zauważyć, często wymagamy od dziecka czego innego niż je uczymy. Na przykład wpychamy mu jedzenie, kiedy ogląda telewizję, odrabia lekcje albo kiedy się bawi, podczas gdy powinno jadać przy stole. Nieważne jak je, ważne, by zjadło – myślimy. A potem chcemy, żeby u babci na imieninach siedziało prosto, posługiwało się nożem i widelcem, dziękowało za posiłek i jeszcze grzecznie odpowiadało na pytania. Tego trzeba go uczyć na co dzień, dawać przykład. Zanim skrytykujemy nasze dziecko, przyjrzyjmy się sobie: jak jemy, o czym dyskutujemy przy obiedzie, a odpowiedź nasunie się sama. Dla malucha jesteśmy przecież największym wzorem.
W takim razie do jakiego wieku mamy wpływ na dzieci?
Moim zdaniem, zawsze go mamy, pod warunkiem że wcześniej to wypracujemy. Mój starszy syn ma dziś 19 lat, nie mieszka ze mną, ale uważam, że nadal mam udział w jego życiu i rozwoju. Paweł ma do mnie zaufanie. Wie, że nie będę mu narzucać swojego zdania. Nie jestem matką, która mówi: „Masz tak zrobić, bo tak chcę”. Potrafimy rozmawiać i słuchać siebie nawzajem. Wielu dorosłych tego nie umie. Mówią do dzieci, ale ich nie słuchają, nie ustalają z nimi zasad. I ja też popełniałam takie błędy. Paweł miał chyba 13 lat. Wpadałam do jego pokoju jak burza i zapowiadałam, że nigdzie dziś nie wyjdzie, dopóki nie posprząta. Nie dawałam mu dojść do słowa, taka byłam groźna. Wygłaszałam komunikat i wychodziłam. Kiedyś, właśnie po takiej akcji, Paweł stanął w przedpokoju i spokojnie zaczął się ubierać. „Posprzątałeś?” – pytam. „Nie” – on na to. „To dlaczego wychodzisz, przecież ustaliliśmy?”. „Nie, mamo, to ty ustaliłaś” – usłyszałam i, niestety, chłopak miał rację. Rozmawiajmy więc z naszymi dziećmi jak najwięcej i jak najszczerzej, słuchajmy ich, nie wstydźmy się przyznawać do błędów i okazywać im uczuć, a będziemy uczestniczyć w ich nastoletnim i dorosłym życiu.
Nigdy nie uderzyła pani dziecka?
Raz, bo syn przebiegł przez ulicę tuż przed samochodem. Nie trzymałam go za rękę, zdenerwowałam się. Zawiniłam, a on oberwał. Jednak dzieci bić nie wolno. Zabrania tego nasza Konstytucja i Konwencja praw dziecka. Bicie upokarza i trafia do ciała, nie do serca. Jest też dowodem, że zgadzamy się na bicie słabszych. Niczego w ten sposób nie osiągniemy. Agresja rodzi agresję. Lepiej wytłumaczyć lub wyznaczyć karę.
Wróćmy jeszcze do tematu jedzenia. Dla niektórych rodziców to poważny problem, bo ich dzieci są niejadkami. Co robić w takich sytuacjach?
Kiedyś specjaliści uważali, że dzieci powinny być codziennie dokładnie rozliczane z tego, co zjadły, ich dietę należy skrupulatnie kontrolować. Teraz coraz częściej twierdzą, że taki sprawdzian powinno się stosować raz na tydzień. Przecież sok, który wypija na spacerze, to już porcja warzyw albo owoców, prawda? Moja siostra mieszka w Nowej Zelandii. Jej córka ma teraz 10 lat i uznaje tylko jeden rodzaj puszkowanego makaronu, jeden rodzaj mleka, jeden rodzaj batonika, sok pomarańczowy, od czasu do czasu zje banana. A jednak jest zdrowa i świetnie się rozwija. Kiedy lekarz rozpisał, co jest w każdym z tych produktów, okazało się, że mała dostarcza sobie wszelkich niezbędnych składników. Znam jednak mamę, której dziecko jadło tylko chleb i piło wodę. Radziłam jej, by z chleba kroiła kółeczka, kwadraty, wodę nalewała do kolorowych szklanek. Sama siadała naprzeciwko dziecka i jadła coś innego, apetycznego, ale absolutnie nie dla niego. Po jakimś czasie mały otworzył się na inne potrawy. Dzieci mają swoje fazy na jedzenie – potrafią wciąż mieć ochotę na kanapeczkę z szyneczką. Mają do tego prawo, trzeba im jednak te posiłki stopniowo urozmaicać. Nie na siłę, bez histerii, ale metodycznie.
A kiedy powinna nam się zapalić czerwona lampka?
Kiedy pediatra podczas kontroli stwierdzi, że dziecko gorzej się rozwija albo, kiedy sami zauważymy, że jest apatyczne, skarży się na ból żołądka, traci odporność. Wtedy o pomoc powinniśmy prosić i pediatrę, i dietetyka.
Z drugiej strony lekarze alarmują, że jest coraz więcej otyłych dzieci…
I właśnie rodzice powinni zdać sobie sprawę, jak wielki mają w tym udział. Wmawianie sobie, że nasze dzieci wyrosną z otyłości, to wielki błąd, bo to po prostu nieprawda. Nie wyrosną z otyłości, więc nie rozpychajmy im żołądków. Komórki tłuszczowe tworzą się raz i na zawsze. Kilka lat temu prowadziłam trzytygodniowy obóz dla dzieci z nadwagą. Wchodzę kiedyś do pokoju chłopców, a tam straszliwy smród. Trudno, robię przegląd walizek. W jednej znalazłam 21 kotletów schabowych. Mama usmażyła synowi, żeby nie był głodny. Po co w takim razie wysyłała go na obóz, na którym włożył mnóstwo pracy, by zrzucić zbędne kilogramy? Rodzice, bądźcie konsekwentni w działaniu! Bez tego nie ma mowy o sukcesie wychowawczym.
Co jeszcze powinno się znaleźć na recepcie dla superrodzica?
Miłość! Okazujmy ją na co dzień, nie wstydźmy się jej. Zapewniajmy o niej nasze dzieci, całujmy je na dobranoc, przytulajmy, miejmy dla nich czas. Niech ta miłość rośnie wraz z naszym dzieckiem.




