Nazywam się Jola i jestem pielęgniarką. Mam za sobą już kilka prób walki z nadwagą. Nadmiar ciała nie zawsze był moim problemem: byłam szczupłym dzieckiem. Gdy zaczęłam dojrzewać, rozrosłam się w biodrach i udach. Te mankamenty sylwetki starałam się ukrywać: nie nosiłam krótkich spódniczek, nie chodziłam ani na basen, ani nad jezioro, choć nie raz miałam na to ochotę. Przy wzroście 160 cm ciężar ciała utrzymywał się w granicach 56–58 kg. Wtedy nie byłam zadowolona ze swojej sylwetki, a gdy teraz to piszę, myślę, że chciałabym znów tyle ważyć.
Runda pierwsza: łatwe zwycięstwo
W wieku 29 lat, kiedy zaszłam w ciążę, ważyłam 62 kg. W ciąży przytyłam aż 24 kg! Ale już rok po porodzie zbiłam wagę do 64 kg. Byłam z siebie bardzo dumna. Dziecko karmiłam piersią, a więc moja pierwsza walka z nadwagą nie była zbyt trudna. Mój synek miał skazę białkową. Żeby nie zaszkodzić dziecku, nie mogłam jeść przetworów mlecznych. Wybierałam to, co było niezbędne dla malucha: drób, chude wędliny. Prawie całkowicie zrezygnowałam z wieprzowiny. Jadłam sporo ryb, owoców i warzyw.Wróciłam do pracy. Przez następne trzy lata stopniowo przybywało mi tłuszczyku. Poszłam na studia zaoczne, zaczęłam podjadać w czasie nauki. Zgubne były (i są nadal) nocne dyżury, podczas których non stop przegryzałam słone paluszki, chipsy, orzeszki, pestki słonecznika i suszone owoce. Kiedy karmiłam synka, często pojawiała się ochota na coś słodkiego. Myślałam, że gdy odstawię go od piersi, pozbędę się nałogu. Myliłam się. Najgorzej było na nocnym dyżurze. Nie mogłam się powstrzymać. W domu zazwyczaj nie było nic słodkiego poza cukrem. Zdarzało się jednak, że po powrocie z pracy nie pogardziłam nawet i łyżeczką cukru. Po takim dosłodzeniu czułam się znacznie lepiej. Walkę z nadwagą odkładałam na później.
Runda druga: ciężka praca
W wieku 33 lat ważyłam 78 kg. Postanowiłam zacząć się odchudzać, kiedy spostrzegłam, że nie mam co założyć na egzamin: wszystkie wyjściowe ubrania były za małe. Wtedy podjęłam drugą próbę zrzucenia zbędnych kilogramów. Do pracy zaczęłam dojeżdżać rowerem (ok. 5 km w jedną stronę). Przestałam jeść ziemniaki i białe pieczywo. Jednak nadal najwięcej energii pochłaniała walka z apetytem na słodycze. Czasami mu ulegałam i rzucałam się na czekoladę. Dochodziło nawet do tego, że siedziałam z cukierkiem w zaciśniętej dłoni i płakałam z bezsilności, że nie mogę się powstrzymać, żeby go nie zjeść. Po ośmiu miesiącach udało mi się schudnąć 6 kg. Cieszyłam się! Coraz więcej osób zauważało, że jestem szczuplejsza. Jednak długo nie wytrzymałam, znów przytyłam. Było mi wstyd, że tak łatwo odpuściłam. Czułam się okropnie. Unikałam dużego lustra w domu. Chodziłam w luźnych bluzach i swetrach męża, aby nie widzieć swoich bioder, brzucha i ud.
Runda trzecia: nowa nadzieja
W grudniu 2005 roku kupiłam po raz pierwszy „Super Linię”. Coś drgnęło, gdy czytałam wspomnienia kobiet, które pozbyły się nadwagi o wiele większej niż moja. Zapisałam się na gimnastykę, jeździłam na rowerze, ograniczyłam jedzenie. Jednak wciąż miałam problem ze słodyczami. Jest kwiecień 2007 roku. Ważę 70 kg. Od kilku miesięcy wskazówka wagi ani drgnie. Wiem, że problem tkwi w słodyczach. Tracę nadzieję, że mogę ważyć trochę mniej. Nadwaga nie przeszkadza mi w kontaktach z ludźmi, nie ogranicza sprawności fizycznej, ale sama dla siebie chciałabym wyglądać lepiej. Czasami mam wrażenie, że ludzie są przerażeni moimi rozmiarami. Mam nadzieję, że podpowiecie mi, jak wyjść z nałogu.
Jola



