Anna Gornostaj - Aktorka teatralna i filmowa. Ma na swoim koncie 160 ról w serialach
i teatrze TV. Zaangażowana w działalność teatru offowego w Forcie Sokolnickiego
w Warszawie. Obecnie powołuje do życia swój prywatny teatr Capitol. Inauguracja sceny teatralnej w czerwcu br., spektaklem „Ranczo”.
Odkąd zajęła się pani budową swojego teatru, żyje pani w ciągłym biegu. Da się to wytrzymać?
Stresy i pośpiech odbiły się na moim zdrowiu. I wtedy zostałam przyparta do muru. Musiałam zastosować antycholesterolową dietę, przestrzegać godzin snu, nie zapominać o codziennej gimnastyce. Taki rygor w planie dnia jest dla mnie korzystny. Cierpię na „chorobę czasową”. Jestem zdenerwowana, gdy spóźnię się choćby minutę. Dlatego muszę żyć z zegarkiem w ręku. Poczucie wolnego czasu rozleniwia mnie.
Jak wygląda pani codzienny reżim?
Wstaję o 6.15. Wczesne wstawanie uważam za normalne. Po prostu mój zegar biologiczny ustawiony jest na tę porę. Przez 15 minut uprawiam gimnastykę, aby pobudzić organizm. Potem przygotowuję śniadanie dla dzieci. Bardzo lubię tę poranną porę, wspólny posiłek, nasze szczere rozmowy. Później mam mnóstwo zajęć zawodowych. Gdy nie gram wieczorem w teatrze, kładę się spać przed północą. Na szczęście dobrze sypiam.
Wspomniała pani o diecie...
Nienawidzę diet. Przez wiele lat borykałam się z nimi. Zawsze mnie stresowały, aż w końcu powiedziałam: „nie!”. Niestety, okazało się, że mam bardzo wysoki poziom cholesterolu – to sprawa genetyczna – a do tego źle toleruję leki antylipidowe. Stosowanie diety stało się więc niezbędne. Przez pół roku przekonywałam moją lekarkę, że dam sobie sama radę. Łykałam różne paraleki – wyciągi z karczochów, miłorzębu, wszystko to, co obniża poziom cholesterolu. Niestety, nadaremnie. Stosuję się teraz ściśle do zaleceń lekarskich.
Każdemu odpowiada inna dieta. Trzeba się wsłuchać w swój organizm...
Zawsze tak robiłam. Po latach doświadczeń wiem, co jest dla mnie dobre. Uwielbiam kwaśne potrawy. Ocet mogłabym pić szklankami. Zajadam się burakami, ważnymi w diecie antycholesterelowej. Przez całe życie się odchudzałam. Przeczytałam na ten temat mnóstwo książek, porad. Nieraz postanawialiśmy z mężem wprowadzić reżim żywieniowy. Udawało się to nawet przez rok, dwa. Jedliśmy sałatki, grejpfruty, ale po pewnym czasie wszystko się załamywało. Wydaje mi się, że niezwykle ważne jest to, o jakiej porze roku rozpoczynamy dietę. Zimą spróbowałam odchudzić się w łódzkiej klinice Saba. Zabroniono mi jeść zupy. A dla mnie w porze zimowej gorąca zupa to podstawa jadłospisu. Próbowałam stosować zamienniki. Dodawałam do gorącej herbaty rozgrzewającego imbiru. Ale to nie było to. Powinniśmy wiedzieć, że żyjemy w takiej, a nie innej strefie klimatycznej. I to co jest dobre dla ludzi z południa, dla nas nie musi. Wszystkie diety trzeba stosować z dużą dozą rozsądku.
Kiedy zaczęły się pani kłopoty ze zrzuceniem zbędnych kilogramów?
Jak u większości kobiet – po urodzeniu dzieci. A wszystkiemu winne zmiany hormonalne. Zresztą, w tamtych czasach nie myślało się o figurze, ale o tym, aby dzieci były zdrowe. Teraz młode kobiety bardzo dbają o siebie podczas ciąży i po porodzie.
Co jest pani najcięższym grzechem żywieniowym?
Na przykład to, że kiedy wieczorem wracam po spektaklu wygłodniała do domu, najadam się do syta tym, co zostało przygotowane dla dzieci. A wiadomo, że my, dorośli, możemy zjeść 1/3 porcji przeznaczonej dla nastolatka Jestem również łasa na tłuste potrawy. To przyzwyczajenie z dzieciństwa. U mnie w domu jadło się schabowe, kapustę. Rodzinną spuściznę bardzo trudno wykorzenić. Ale czasami można sobie pozwolić na szaleństwo kulinarne, u nas jest to np. galantyna z kuczaka, z wątróbką, kostką masła, sześcioma jajami, rodzynkami, migdałami... Innym moim ciężkim grzechem żywieniowym jest trudność dostosowania się do pięciu skromnych posiłków dziennie, tak aby nie doprowadzać do silnego głodu. Nie potrafię przestrzegać tej cykliczności.
A słodycze?
Mogą dla mnie nie istnieć. Ale mam różne „schowki słodyczowe” dla męża i dzieci. Muszę ograniczać ich zapędy.
Który posiłek jest dla pani najważniejszy?
Obiad. Bez tego posiłku czuję się tak, jakbym nic nie jadła. Bardzo dbam, aby w soboty i niedziele cała rodzina spotykała się przy obiedzie. Jeżeli nie gotujemy w domu, to wspólnie wybieramy się do restauracji. Taka jest u nas tradycja.
Przywozi pani z wakacji oryginalne przepisy kulinarne?
Tak, bo lubimy zwiedzać wszystkie zakątki świata. W ubiegłym roku byliśmy na Bali. Bardzo smakowała mi kuchnia indonezyjska. Jest różnorodna, pyszna, zdrowa. Oparta na mleku kokosowym, chili, soi, ryżu, owocach morza, rybach. Po powrocie mąż, doskonały kucharz, zawsze eksperymentuje z powodzeniem w kuchni.
Zachowaniu ładnej sylwetki sprzyja uprawianie sportu. Jaka forma ruchu jest pani najbliższa?
Codzienna gimnastyka. Lubię też jeździć na rowerze. Mieszkamy pod Warszawą, w pobliżu Puszczy Kampinoskiej, i mamy świetne tereny do uprawiania tego sportu.
Przepis
Proste i ciekawe danie z indyka
Pierś indyczą solę, wkładam do garnka i zalewam coca-colą. Gotuję na małym gazie przez dwie godziny. Jest wyśmienita, o specyficznym smaku, zarówno na gorąco, jak i zimno.



