Mieczysław Hryniewicz - Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, związany z teatrami warszawskimi (Narodowy, Studio, Ochoty, Adekwatny) oraz poznańskimi (Polski). Duży rozgłos przyniosła mu jedna z głównych ról w serialu Stanisława Barei „Zmiennicy”
z 1986 roku. Od 2003 roku występuje w serialu „Na Wspólnej”, emitowanym w TVN, jako barman Włodek Zięba.
Stosował pan różne sposoby na zrzucenie wagi. Podobno poddawał się pan nawet hipnozie, żeby się odchudzić?
Tak, to prawda. Przed tegoroczną Wielkanocą zadzwonili do mnie z „Dzień dobry TVN”. Ponieważ jestem znany z tego, że od wielu lat – a właściwie od zawsze – się odchudzam, zaproponowali mi, żebym spotkał się w hotelu z Jurijem Mokriszczewem (Jurij Mokriszczew to mieszkający w Krakowie estradowy hipnotyzer z Kijowa – przyp. red.). Miał mnie zahipnotyzować – tak, abym wreszcie zrzucił wiele kilogramów. Okazało się, że jestem dość trudnym medium. Gdy obudziłem się po seansie, wydawało się, że „kupiłem” polecenie schudnięcia. Zacząłem jeść mniej. Około dziesięciu dni później wchodzę w pociągu do „Warsu”, a tam jakiś podróżny mówi do sąsiada: „Popatrz, to ten barman z »Na Wspólnej«!” A drugi na to: „Co ty gadasz, przecież tamten jest gruby!” No i całą ideę odchudzania, która miałem w głowie, diabli wzięli. Zamówiłem dwa kotlety schabowe i przestałem się martwić swoją sylwetką.
A co pan jada na co dzień?
To, co dają albo co sam zrobię. Lubię wszystko oprócz czerniny. Nie jem koniny, bo przyjaciół się przecież nie jada. Przepadam za owocami morza. Smakuje mi kuchnia francuska. Po pierwsze dlatego, że jest wykwintna i lekka – we Francji nigdy nie wstaję od stołu objedzony. Po drugie, bo obfituje w wina, a ja je uwielbiam – czerwone, białe, różowe, wszystkie! Razem z moją żoną Ewą Strebejko, malarką i scenografką teatralną, bardzo często wyjeżdżamy do Francji. Mamy tam masę przyjaciół – m.in. w Pirenejach i Awinionie. Nawet zanim jeszcze się poznaliśmy, oboje jeździliśmy do tego kraju – tyle że oddzielnie.
Jakie są, pana zdaniem, różnice w podejściu do jedzenia Francuzów i Polaków? Bo jednak we Francji nie widzi się tylu ludzi otyłych, co u nas.
To kwestia klimatu. Wódka najlepiej pasuje do chleba ze smalcem, boczku i słoniny (śmiech). A tak poważnie, to mamy zupełnie inne nawyki żywieniowe. Oni jedzą dużo sałaty, a u nas starsi ludzie mówią: „Czy ja jestem kozą, żeby jeść zieleninę?!”. Stosujemy też inne tłuszcze. Tam wszystko robi się na oliwie, która inaczej działa na organizm niż nasz smalec. Moja wątroba nieraz przez trzy dni odczuwa skutki niektórych polskich dań. Najwspanialsze w kuchni tamtego kraju są chyba jednak sery. Gdy czasem robimy sobie w domu wieczór francuski, to aż żal tracić czas na stanie przy garach. Rozkłada się na stole parę serów, do tego bagietka, dużo zielonej sałaty, trochę czerwonego wina. A jak Ewa jeszcze zrobi krewetki, to uczta jest wprost fantastyczna.
Oj, chyba jednak puszystość pana to skutek tego, że po prostu dużo pan je.
Niestety! Ja nawet sporo się ruszam, ale zaraz rekompensuję to sobie jedzeniem. Kiedyś wystąpiłem w telewizji z Michałem Żebrowskim i Ryszardem Kaliszem. Gdy zaczęliśmy rozmawiać o odchudzaniu, zacytowałem taką „myśl nieuczesaną” Leca: „Otyli żyją krócej. Ale za to dłużej jedzą!”.
Czy sięga pan po smakołyki dla poprawy nastroju?
Niektórzy jedzą więcej, gdy jest im smutno, ale ja nie. Bardzo pięknie schudłem, gdy kilka lat temu dopadła mnie choroba i operacja, ale nie byłem z siebie zadowolony. Z musu schudłem i to było bardzo przykre. Nie utrzymałem jednak tej wagi i szybko nadrobiłem „zaległości”. A poza tym, mówiąc pół żartem, pół serio, w kontrakcie z producentem serialu „Na Wspólnej” mam zapisane, że nie mogę sobie zafundować żadnych zabiegów upiększających! Pilnuje tego nasza charakteryzatorka. Ona nawet zwraca mi uwagę, gdy jestem za bardzo opalony. A ja chodzę po budowie, to się opalam – bo pod Poznaniem budujemy z Ewą duży dom rodzinny.
No to rzeczywiście nie tak łatwo panu dbać o sylwetkę. Pamiętam jednak, że w „Zmiennikach” był pan stosunkowo szczupły.
Chyba nie ma nic bardziej zgubnego niż pamięć ludzka! Wiele osób pamięta mnie ze „Zmienników”, ze szkoły teatralnej... Jak dawno to było! Prawdę mówiąc, jestem pulchny od samego początku, bo w chwili narodzin ważyłem pięć i pół kilograma! I właściwie całe moje życie było jedną wielką walką z tuszą. A ponieważ komórki tłuszczowe są właściwie niezniszczalne, więc nadwagę niełatwo zwalczyć... Gdy postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej w Warszawie – uznałem, że chudsi mają więcej szans i bardzo, bardzo dużo ćwiczyłem, żeby zrzucić sporo kilogramów. Udało się. A potem, już jako student, straciłem jeszcze trochę i dość przyzwoicie wyglądałem. Mieliśmy wtedy sporo zajęć ruchowych – m.in. taniec i szermierkę. Poza tym dużo pracowałem, żeby zarobić na utrzymanie w Warszawie. Dwa razy w tygodniu pokonywałem spory kawałek drogi, aby u jubilera pakować budziki radzieckie. Pracowałem w Plastusiu, spółdzielni studenckiej. Trenowałem konie na Służewcu. Jeździłem konno, biegałem. Byłem nawet dość wychudzony, jak na dzisiejsze moje standardy (śmiech)! Potem, w Teatrze Narodowym, też miałem dużo ruchu. Później, gdy przez pewien czas grałem w teatrze Studio (właśnie wtedy wyjechałem po raz pierwszy do Francji), odpuściłem sobie codzienne bieganie. Potem byli „Zmiennicy”... Zrobiłem wszystko, by dostać tam rolę! A później znowu sobie odpuściłem. W czerwcu 1991 roku dostałem propozycję wyjazdu na Teneryfę od profesora tamtejszego uniwersytetu, Eduardo Camacho. Przygotowywaliśmy tam ze studentami spektakl w hołdzie Józefowi Szajnie. Zajęcia miały się zacząć w październiku. Scenariusz przewidywał, że trzeba będzie rozebrać się do połowy – a ja ważyłem wtedy 85 kg. Spędzałem urlop na Mazurach i postanowiłem schudnąć. Ale nie intensywnie, tylko powolutku. Byłem aktywny. „Zjechałem” poniżej 80 kg. Po powrocie ostro przez dwa tygodnie ćwiczyłem ze studentami. Gdy przed wyjazdem z Teneryfy wszedłem w aptece na wagę, zdumiony zobaczyłem: 69 kilo! Tyle ważyłem w dżinsach, ale bez butów. To była moja ostatnia świadoma próba odchudzenia się.
Na co dzień stale pan żartuje. Czy uważa pan, że poczucie humoru pomaga człowiekowi w życiu?
Oczywiście! Tak jak myślenie o samobójstwie pomaga przetrwać do rana, tak samo z poczuciem humoru łatwiej przeżyć życie, a zwłaszcza przetrwać czas burzy i naporu. Brak poczucia humoru wynika, moim zdaniem, głównie z kompleksów. Powinniśmy się tego wreszcie pozbyć.
Czy to znaczy, że mamy akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy?
Oczywiście! Trochę za późno – ale jednak przed sześćdziesiątką! – doszedłem do tego mądrego wniosku. Zrozumiałem, że od siebie się nie ucieknie. I gdy czasem prowadzę zajęcia aktorskie z młodymi ludźmi, to ciągle im powtarzam, że nie powinni wstydzić się swojego ciała, lecz je pokochać.
Przepis
Krewetki w cieście
Z mąki ryżowej lub pszennej, jajka i wody wyrób ciasto. Osuszone krewetki nurzaj w cieście i smaż w głębokim tłuszczu. Odsączaj na bibule i maczaj w ulubionym sosie – słodko-kwaśnym, chili lub sojowym. Do tego podaj warzywa na sposób chiński: pokrojone w słupki, podsmaż krótko na oleju sezamowym. Powinny być twardawe.



