• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Głód skrada się nocą
  • Stop podjadaniu przed snem
  • Kolacja bez konsekwencji
  • Menu dla nocnych obżartuchów
  • Jak dobrze wstać!
  • Klaudia Carlos: Dużo śpię, ćwiczę i stosuję dietę
  • Matematyka odchudzania
  • Sprzęt przyjazny sylwetce
  • Kawa i herbata w walce o linię
  • Zrzuciłam  ponad  60 kg, mam się czym pochwalić
  • więcej w tym wydaniu

Relacje zwyciężczyń z placu boju

Superlinia, 9/2009; 38-39
  • rys. Shutterstock
  • fot. zbiory prywatne
więcej zdjęć
BLASKI I CIENIE ODCHUDZANIA. Laureatki konkursu „Blaski i cienie odchudzania” przysłały nam swoje wrażenia z turnusu odchudzającego w ośrodku „Budowlani” w Szczawnicy. Ich relacje poruszają, dają do myślenia, a często... bawią do łez.

Dramat w IV aktach

Na początku musiałam przeżyć ważenie, ale zniosłam swój los z pokorą… Wszak za tydzień zademonstruję wszystkim niedowiarkom spektakularny spadek wagi, jakiego ten Ośrodek jeszcze nie widział!

Szczawnica przywitała mnie pięknym słońcem, widokami, które zapierają dech, i tłumem wyluzowanych ludzi, przechadzających się w zwolnionym tempie po centrum tej uroczej miejscowości. Uśmiechnięta recepcjonistka w Ośrodku Wypoczynkowym „Budowlani” pogratulowała mi wygranej, życząc miłego pobytu. Nieśmiało dodam, że liczę na niezwykłe doznania w tych miłych okolicznościach przyrody, a przede wszystkim mam nadzieję na relaks, bo ostatnio miałam dość stresujący okres w życiu...

Czy mój Volkswagen zrozumie?
Tydzień zapowiada się ekscytująco. Program  turnusu kondycyjno-odchudzającego jest dość napięty: gimnastyka, aerobik, basen, bicze wodne, lasery, rowerki, a przede wszystkim spacery, spacery i jeszcze raz spacery... Przy okazji przypomniałam sobie, że posiadam kończyny dolne, a nie tylko pupę, którą należy usadowić w wygodnym fotelu samochodowym... Musiałam podjąć jedyną słuszną decyzję, dość bolesną dla mnie: o separacji z moim „misiem”. Ale czy mój... Volkswagen to zrozumie? Nie obrazi się na amen, że potrzebuję niezależności i okresowej samotności, czy nie zechce zademonstrować swojej dezaprobaty strajkiem generalnym? No cóż, przyjdzie mi przywyknąć do przemieszczania się w sposób nieco zapomniany przez ludzkość XXI wieku... Pieszo.

Gorączka złota i wody lecznicze
Obok zmasowanego ataku na kilogramy, Ośrodek w Szczawnicy proponuje również zabiegi upiększające… Oj tak! To jest to, co tygrysy lubią najbardziej… Czuję, że mam zadatki na kobietę luksusową… W takim miejscu mogłabym spędzać kilka godzin dziennie… Mam nadzieję, że zabieg „gorączka złota”, któremu poddałam swoje nędzne, utrudzone życiem ciało, da spektakularny efekt w postaci wybitnego odmłodzenia mojego zmęczonego oblicza. Przy okazji miałam możliwość podkoloryzowania mojej facjaty na słoneczku, bo pogoda wybitnie dopisała. Mogłam też skosztować słynnych wód leczniczych… Smak dziwny, ale jak mają mnie uleczyć, to mogę je pić litrami…

O włos od zawału, o krok od wylewu
Najbardziej bałam się zajęć sportowych. Na samą myśl o aerobiku miałam stan przedzawałowy… Przemknął mi nawet przez głowę makiaweliczny plan, żeby udać kontuzję nogi czy coś podobnego, ale ostatecznie postanowiłam być dzielna i poddać się woli „guru od sportu”... tj. pani instruktor. Miała nienaganną figurę, sugerującą, że wie, co robić, żeby każdy miał szansę posiąść takową. Nieśmiało dodam, że nie mam aż takich wymagań. Wystarczy mi do szczęścia 10 kg mniej. – Dalej, dalej… Jeszcze raz! – instruktorka donośnym głosem zagrzewała nas do wysiłku. Ona chyba oszalała, za chwilę dostanę wylewu. Już czuje, że mi oko dziwnie lata… – Nie ociągać się, każdy ruch to parę gramów mniej. Wymachy nóg… W przód, w tył, w bok! Coś czuję, że moje kilogramy są dziwnie do mnie przywiązane i niechętnie będą znikać, choćbym nie wiem jak prosiła. W końcu mają u mnie jak u Pana Boga za piecem… Ciepło, dobra strawa na każde życzenie, minimum aktywności własnej… Toż to marzenie każdego kilograma. – Kochane panie, nie ociągać się, ćwiczymy… Jeszcze raz…. I jeszcze raz... Ja chcę do mamy!!! Ta kobieta mnie wykończy. Chyba mam zawał… Padnę tu trupem, i to w kwiecie wieku – użalałam się nad sobą.

Moje ciało płonie!
Pot spływa po moim ciele rwącymi strumieniami. Moje ciało jest w szoku po wieloletniej egzystencji w trybie „fotelowo-kanapowym”. Każda komórka daje mi bolesny sygnał o swojej lokalizacji i klarowny przekaz, że więcej nie zniesie. Obiektywnie rzecz biorąc, to, co właśnie przeżywam, może być odebrane jako nad wyraz dobitny ludzki dramat, jakaś bezgraniczna męka. Tymczasem, jestem dziwnie szczęśliwa i domagam się więcej katuszy! Ciekawe, czemu?  Czyżbym była masochistką?

Wypowiedziałam wojnę mojej naturze leniwca-kanapowca i planuję ewoluować w tryb sportowo-aktywny, z elementami szaleństwa!!! W końcu życie zaczyna się po trzydziestce. Dziękuję Ci „SuperLinio”, że pozwoliłaś mi przeżyć taką wspaniałą przygodę… Trzymaj za mnie kciuki, żeby udało mi się zrealizować moje postanowienia! Na pewno dam znać, czy mi się powiodło… „Nowa” Renata        

Gorzko-słodka Szczawnica

Chcę podzielić się wrażeniami z pobytu w Szczawnicy i sukcesami, jakie udało mi się osiągnąć.

Przygotowania do wyjazdu zaczęłam od internetowego zapoznania się z ofertą ośrodka „Budowlani”, następnie od zakupów stosownych ubrań (ćwiczenia, wycieczki, basen) oraz przewodnika po Pieninach i mapy – myśląc, że miło i atrakcyjnie sama zorganizuję sobie czas. W Szczawnicy przywitała mnie wspaniała pogoda, cudowne górskie widoki oraz miła obsługa w ośrodku. Pani recepcjonistka wręczyła mi plan zajęć dla turnusu. Jakież było moje zdziwienie, gdy w rozkładzie dnia nie znalazłam miejsca na planowane przeze mnie wycieczki! Cały dzień był zajęty ćwiczeniami gimnastycznymi „na sucho” i w basenie, zabiegami leczniczymi, spacerami, wyjazdami.

Bolesny wstęp do ćwiczeń
Aby nieco leniwy i „zastany” grubas zechciał korzystać z takich atrakcji, musi być osoba, która go zmusi/zachęci do ruchu. Była to pani Ula – „instruktor ruchu wszelakiego”, bezpośrednia, sympatyczna, wesoła, a co najważniejsze – wymagająca i konsekwentna, znana w całej Szczawnicy i okolicach. Pod jej wodzą każdego dnia o 7.30 rozpoczynałyśmy  gimnastykę i aerobik w dwóch półgodzinnych dawkach. Gimnastyka była łagodnym przejściem z fazy rozkosznego snu do rozbudzenia, aerobik intensywnym, energetycznym wstępem do reszty dnia. To nie koniec ćwiczeń – następne odbywały się w basenie i nieco relaksowały obolałe mięśnie, prężone, rozciągane, napinane podczas zajęć porannych.
I to jeszcze nie koniec! Po południu zespołowo ruszałyśmy na dłuższe lub dalsze wycieczki (piesze lub rowerowe, trwały 3–4 godziny, a ich tempo, zapewniam, nie było spacerowe). Spłynęliśmy nawet Dunajcem, ale nie tak jak większość turystów, korzystając z usług flisaków, ale samodzielnie – wiosłując w gumowym pontonie i doświadczając w ten sposób raftingu.

Zaskakująco sycąca dieta
Taka dawka ruchu wymagała odpowiedniej ilości energii. Choć wiem, że dieta wymaga ograniczeń, serwowane posiłki syciły na tyle, by czuć się lekko, rześko i by mieć energię, były pięknie podane i zawsze ich wartość kaloryczna wahała się w granicach 1000. Zdarzyło mi się wprawdzie nieco dokupić i dojeść, gdy długi marsz odebrał mi siły – sięgałam po gorzką czekoladę, wafelka w czekoladzie bądź regionalnego oscypka. A wody mineralnej wypiłam chyba morze…

Idylla i błogostan

Oprócz męczącej części pobytu muszę opisać tę znacznie przyjemniejszą, bo wprowadzającą w błogostan, gdy moje ciało było poddawane rozmaitym zabiegom usprawniającym i upiększającym w gabinetach: fizykoterapii i hydromasażu, oraz w salonie spa. Dużą przyjemność miałam podczas masażu wodnego wykonywanego urządzeniem Hydro-Jet: na łóżku wodnym dwa mocne strumienie wody masowały mięśnie od karku do łydek. Cudooowne odczucie… Inny zabieg: masaż wirowy rąk, był jak zanurzanie rąk w pralce Frania. I wreszcie seans na fotelu masującym, który przypominał masaż manualny, ale wykonywała go maszyna, ugniatając, wałkując, ostukując moje plecy. Natomiast w salonie spa zajęły się mną nie maszyny, lecz panie. Algi, kremy, pilingi, parafiny działały cuda, a ja słuchałam sączącej się z głośnika muzyczki– po prostu idylla...

Raz kozie śmierć!
Na koniec zostawiłam najmilszą informację – zaledwie tygodniowy pobyt na turnusie skutkuje spadkiem mojej wagi o 5 kg. Jestem z siebie bardzo zadowolona, choć nie osiągnęłabym tego bez nagrody w konkursie. Myślę, że rozpocznie ona działanie na zasadzie kuli śniegowej. Jak napisałam w mojej pracy konkursowej „Znów spróbuję…”. Raz kozie śmierć – idę za ciosem! Wysłałam kupon zgłoszeniowy do kolejnej edycji konkursu „Chudnij z nami”. Serdecznie pozdrawiam całą Redakcję, dziękuję za ufundowanie wspaniałego wypoczynku. Elżbieta          

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt