• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Głód skrada się nocą
  • Stop podjadaniu przed snem
  • Kolacja bez konsekwencji
  • Menu dla nocnych obżartuchów
  • Jak dobrze wstać!
  • Klaudia Carlos: Dużo śpię, ćwiczę i stosuję dietę
  • Matematyka odchudzania
  • Sprzęt przyjazny sylwetce
  • Kawa i herbata w walce o linię
  • Zrzuciłam  ponad  60 kg, mam się czym pochwalić
  • więcej w tym wydaniu

Zrzuciłam  ponad  60 kg, mam się czym pochwalić

Superlinia, 9/2009; 26-27
  • 60kg w dół!
  • Przed, fot. zbiory prywatne
więcej zdjęć
Uczestniczyłam w spotkaniach organizowanych przez „SuperLinię” w latach 1994–1997. Wtedy we mnie zakiełkowało pragnienie zmiany wyglądu. Aby tego dokonać, musiałam przejść długą drogę wyrzeczeń, porażek, poznawania i pokonywania siebie.

Jako nastolatka byłam dobrze zbudowana. Czasem podjadałam, ale lubiłam ruch. Chętnie uczestniczyłam w obozach narciarskich, spływach kajakowych. Nadprogramowe kilogramy pojawiły się po urodzeniu dzieci i zmianie trybu życia. Błędem okazało się dojadanie po dzieciach i ograniczenie aktywności. Dopiero dolegliwości zdrowotne skłoniły mnie do zmian. Sygnał alarmowy włączył się, gdy moja waga osiągnęła 143 kg. Dłużej nie mogłam udawać, że nic się nie dzieje. Spojrzałam w lustro bez różowych okularów. Zobaczyłam prawdę.
Zdałam sobie sprawę, gdzie tkwi jedno ze źródeł moich problemów. Moja ukochana babcia, niezastąpiona przyjaciółka i powierniczka, pod jednym względem była nieprzejednana – dziecko musiało dobrze (dużo) zjeść i dobrze (pulchnie) wyglądać. Chwaliła za opróżnienie talerza, podsuwała smakołyki, którym nie można było się oprzeć. Chciała dobrze, ale właśnie wtedy ukształtowała we mnie błędne nawyki żywieniowe: najadanie się do syta, dużo słodkich przekąsek, ciast, kompotów i konfitur.

Kiedyś stosowałam diety
Najprzeróżniejsze. Wydawało mi się, że każda z nich to rodzaj czarodziejskiej różdżki, która Kopciuszka zmieni w królewnę. Zaczęłam chudnąć, gdy zrozumiałam, że dieta to zmiana odżywiania nie na 2 tygodnie czy miesiąc, ale już na zawsze. Początkowo stosowałam dietę niełączenia węglowodanów z białkami. Było to dość kłopotliwe, zwłaszcza poza domem. Podczas odchudzania miałam różne dolegliwości: ssanie w żołądku, bóle głowy i brzucha,  wymioty. Najgorszy okres trwał ok. 3 miesięcy, potem pojawiły się pierwsze sukcesy. Organizm oczyścił się, schudłam 20 kg. Chętniej zerkałam w lustro, nie musiałam kupować coraz większych ubrań! Garderobę zwęziłam u krawcowej. To dało mi siłę do dalszej walki.
Obecnie jem to, na co mam ochotę, w odpowiednich porcjach i proporcjach, pamiętając o dziennym bilansie kalorycznym. Najtrudniej było mi zrezygnować ze słodyczy i chyba do tej pory nie udało mi się to w 100 proc. Zaprzestałam pieczenia i kupowania ciast, żeby nie kusiły. Jedynie na wyraźne życzenie domowników piekę lub kupuję ciasto, ale pod warunkiem, że z góry będę wiedziała, kto je zje i kiedy, np. zaproszeni goście. Gdy zauważę, że mój apetyt na słodycze wymyka się spod kontroli, zaczynam przyjmować chrom. Staram się nasycać słodyczą owoców sezonowych, a zimą suszonych. Oczywiście, w rozsądnych ilościach.

Odwaga szczerości

Najważniejszym elementem taktyki odchudzania było dla mnie dokładne poznanie siebie. Przestałam się oszukiwać, że mało jem, a tyję, bo mam taką przemianę materii, obciążenia genetyczne, sytuację życiową itp. Szczerze odpowiedziałam sobie: „Dlaczego jem za dużo? Dlaczego przestało mi zależeć na sobie (dobrym samopoczuciu, zdrowiu, wyglądzie)?”. Po uporaniu się z diagnozą można zaplanować dalsze postępowanie. W moim wypadku było to racjonalne rozłożenie posiłków, dostarczenie organizmowi wszystkich potrzebnych składników, unikanie głodu i wilczego apetytu i ruch, ruch i jeszcze raz ruch. Systematycznie wykonywałam podstawowe badania, korzystałam z konsultacji dietetyczki, omawiałam wątpliwości z lekarzem. Bardzo mi to pomogło i utwierdziło w przekonaniu, że dobrze postępuję.

W zdrowym ciele zdrowy duch
Myślałam kiedyś, że „skórka pomarańczowa” jest nie do pokonania. Okazało się, że racjonalne odżywianie, ruch i stymulowanie skóry (bicze wodne, jacuzzi, piling) mogą zdziałać cuda. Gimnastykę odkryłam stosunkowo niedawno. Poważne dolegliwości kręgosłupa i nóg, zadyszka przy wchodzeniu po schodach, bóle podczas dłuższego stania zniechęciły mnie do sportu. Długo trwało, nim zrozumiałam, że ruch przy odchudzaniu jest konieczny. Początkowo były to wolne i krótkie spacery – tyle tylko dawałam radę. Później szybki marsz, rowerek, basen, bicze wodne, jacuzzi. Obecnie ćwiczę przy kasecie Cindy Crawford. W zdrowym ciele, zdrowy duch. Już niewielki, ale systematyczny wysiłek powoduje wyrównanie oddechu, lepsze dotlenienie organizmu, działa relaksująco. Pokonanie stresu nie musi wiązać się z opróżnianiem lodówki. Ten sam efekt daje spacer czy taniec.

Nie tylko wnętrze
Mrzonką i pobożnym życzeniem jest twierdzenie, że liczy się tylko wnętrze człowieka. Tak naprawdę ludzie postrzegają nas i oceniają na podstawie wyglądu. Przed podjęciem decyzji o radykalnej zmianie żywienia (a więc zmianie życia) zastanawiałam się, czy nie wpłynie to też na zmianę mojego charakteru, osobowości, trochę według stereotypu: puszysta – ciepła, szczupła – zgryźliwa. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło i po zrzuceniu 60 kg pozostałam sobą, ale stosunek innych do mnie się zmienił. Przyjaciele i znajomi gratulowali mi wytrwałości i pracy nad sobą. Ludzie, których poznałam już po schudnięciu, chętniej nawiązywali ze mną znajomość, zaprzyjaźniali się i obdarzali zaufaniem. Łatwiej jest mi teraz załatwiać codzienne sprawy. Częściej spotykam się z życzliwością i sympatią. Myślę, że osoby puszyste postrzegane są (niesłusznie) jako zaniedbane i nieciekawe.

Trik ze zdjęciem był skuteczny
Figura modelki przez wiele lat była moim marzeniem. Postanowiłam nie poddawać się i wykorzystać wizualizację. Choć sceptycznie podchodzę do tego typu technik, pomyślałam: „A co mi szkodzi?” Wstawiłam zdjęcie swojej twarzy w ciało zgrabnej modelki reklamującej bieliznę i umieściłam w ozdobnej ramce przy łóżku, aby tuż przed zaśnięciem przyglądać się „swojej” zgrabnej sylwetce. Teraz mam taką figurę. No, prawie taką.

Bez płaszczyka sadła
Ze swojej świadomości i słownika usunęłam zwroty: nie mogę, nie dam rady, trzeba akceptować siebie, jakim się jest, i zastąpiłam je nowymi: mogę, dam radę, to ważne, trzeba pracować nad sobą, życie jest tylko jedno – warto przeżyć je zdrowo, zadbać o jego jakość. Nie niszczyć niczym, nawet czekoladką. Wyobraziłam sobie moje otłuszczone narządy wewnętrzne. Serce i wątroba otulone ciasno zapiętym płaszczem sadła nie mogą się ruszać ani swobodnie pracować. Układ oddechowy ledwo zipie, małe pęcherzyki płucne na wykończeniu, przecież dochodzi do nich tylko część tlenu (płytki oddech, zadyszka). Okropność! Nadciśnienie, cukrzyca, żylaki... Kręgosłup dźwiga nadprogramowe kilogramy. Biedaczysko, bardzo mi go żal, a właściwie siebie mi żal. Brrr... Koszmar. Nigdy więcej! Joanna

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt