• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Szczupła i zdrowa co najmniej 100 lat
  • Okinawa. ryby, soja i ... święty spokój
  • Przeboje z Okinawy zaadaptowane nad Wisłą
  • Kreta - Królestwo oliwy, pomidorów i wina
  • Greckie menu na twoim stole
  • Kaukaz - Kraina kefirem płynąca
  • Dieta inspirowana kuchnią Kaukazu
  • Karol Strasburger: Nie lubię bylejakości
  • Do płaskiego brzucha w 6 ruchach
  • Odchudzający detoks
  • więcej w tym wydaniu

Niestety, jedzenie to moja pasja

Superlinia, 4/2009; 20-21
  • rys. Shutterstock
więcej zdjęć
BLASKI I CIENIE ODCHUDZANIA - konkurs rozstrzygnięty. Druga z prac finałowych. autor: Renata G. \"Cóż ja poradzę na to, że jestem miłośnikiem konsumpcji hurtowej, a nie wysublimowanym smakoszem detalicznym? Na moją zgubę jestem wszystkożerna, a ponadto oglądam programy kulinarne, żeby dowiedzieć się, czego nie jadłam, a co powinnam skonsumować.\"

Kilka słów o sobie
Stan cywilny: wolny
Wiek: 33 lata
Znaki szczególne: gabaryty znacznie przekraczające normę, a mówiąc dosadniej – gruba baba
Inne cechy charakterystyczne: •poczucie humoru, które ratuje mnie przed całkowitym załamaniem nerwowym •nowo odkryty „talent” pisarski...
Cele do zrealizowania: zmiana gabarytów z 46 na 38.
Termin realizacji: 2008/2009 r.
Możliwości i ograniczenia: No cóż... cuda się zdarzają...
Odchudzanie zaczynałam 125 razy, a może nawet 126. Nie muszę dodawać, że skutki są raczej opłakane. Nadal reprezentuję wagę ciężką, a może nawet dzięki tym próbom jeszcze cięższą.

Obecnie reprezentuję wagę ciężką, ale planuję osiągnąć wagę kogucią, ewentualnie piórkową. Jedzenie to moja największa pasja. Zdecydowanie muszę przerzucić się z konsumpcji hurtowej na produkcję detaliczną – w końcu mogę przygotować potrawę, ładnie podać, zaprosić przyjaciół i cieszyć, że im smakuje. A potem? Chyba popełnić samobójstwo, że nie miałam okazji tego spróbować.

Na dobry początek „Coś” z „Niczego”
Wieczorem po pracy wróciłam do domu wściekła i głodna. Wściekła, bo mnie buty obtarły, głodna – bo nie miałam czasu nawet pomyśleć o jedzeniu, a co dopiero poddać się rozkoszy konsumpcji. Uświadomiłam sobie też, że nie byłam na zakupach, więc mój obfity biust nadal musi zadowolić się zdezelowanym
biustonoszem, który moja przyjaciółka dobitnie określiła mianem „obciachowy namiocik”. Nie kupiłam także nic do jedzenia, co już doprowadziło mnie do prawdziwej rozpaczy. Postanowiłam, że zrobię „coś z niczego”, w końcu nie na darmo oglądam wszelkie programy kulinarne... Jak na złość, nie miałam w lodówce nawet tego „nic”, z którego miałam zrobić „coś”. Zdecydowałam więc, że będzie to wigilia mojego pierwszego dnia odchudzania, zatem dobrze mi zrobi niejedzenie kolacji. Jako profesjonalistka postanowiłam podejść do zagadnienia odchudzania metodycznie i zrobić niezbędne notatki. Najpierw – traumatyczne doświadczenie: wyciągnąć spod szafy zakurzoną wagę i dokonać pomiarów. Użyłam nowej wagi tylko raz – trzy lata temu i omal nie zakończyło się to tragedią w postaci mojego alkoholizmu. Znieczulałam się po szoku dziewięć dni, mgliście utrwalonych w pamięci długotrwałej, aż w końcu Marcin, mój były, zaniepokojony moją bełkotliwą mową przez telefon i wyznaniami dozgonnej miłości („tylko ty mnie rozumiesz... życie jest podłe... mam tylko ciebie, pa”) – odwiedził mnie i tym razem on omal nie doznał ataku serca na widok sterty puszek po piwie i widoku mojego nowo nabytego brzucha piwnego, który wziął za brzuch ciążowy (a podejrzewał, że może być jego „współautorem” – że się tak wyrażę).

Twardym trzeba być, nie miętkim...
Pamiętając tamtą historię i w celu ochrony mojego stanu emocjonalnego, wpad-łam na genialny pomysł, że nie muszę przecież pat-rzeć na wskaźnik wagi – mogę zrobić zdjęcie telefonem komórkowym,a obejrzę je dopiero, jak uzyskam pożądany rozmiar S. No cóż, moja zdolność obsługi urządzeń bardziej skomplikowanych od widelca jest równa zeru. Nie przewidziałam, że po zrobieniu zdjęcia muszę je zapisać w komórce... Znieczulona połową butelki wina czerwonego marki nieznanej uświadomiłam sobie, że „twardym trzeba być, nie miętkim”. Drżącymi rękami wzięłam zatem metr krawiecki żeby mieć wiedzę empiryczną, o ile za duże są moje: biodra, biust, brzuch i uda. Wychyliłam do dna butelczynę (za zdrowie tatusia i mamusi), dokonałam niezbędnych pomiarów i, zaryczana, położyłam się spać. Wprawdzie miałam jeszcze „ostatni zryw rozsądku”, że wypada zmyć makijaż i opłukać utrudzone dniem ciało. Z drugiej jednak strony, takie ciało nie jest warte inwestycji, przynajmniej dzisiaj. Niech cierpi w brudzie, skoro się tak rozpasało,  pomyślałam smętnie i – zostawiając na poduszce czarną od tuszu strużkę mojej rozpaczy – zasnęłam...

Wiem, wszystko wiem, I co mi z Tego?

To fragment mojej przyszłej książki (nadal w trakcie tworzenia), a właściwie luźnej autorefleksji z okresu walki o idealną wagę. Walki, która ciągle trwa. Czasem mam wątpliwość, czy rzeczywiście mam wpływ na tę sferę mojego życia. W kwestii teorii odchudzania nikt nie jest w stanie niczym mnie zaskoczyć. Wskaźniki kaloryczności potraw mam w małym paluszku, co jeść, a co zakazane – w serdecznym. Posiadam też pełną wiedzę o zaletach pieczywa razowego i dużych dawek warzyw i owoców oraz szczegółowe uzasadnienie, dlaczego słodycze to wróg publiczny numer jeden. Fakty i mity o odchudzaniu mogę recytować o 5 rano, brutalnie wybudzona nawet z cudownego snu... Cóż z tego, skoro nie jestem w stanie całej tej wiedzy wcielić w życie. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że próby w tym względzie  uskuteczniam od 33 lat. Mam poczucie totalnej klęski i świadomość, że to ciało mną, a nie ja ciałem kieruję. Wiem, że nie zajada się problemów, ale jak się pojawią, to nie ma nic lepszego niż czekolada, a niech ktoś spróbuje wtedy wyrwać mi ją z ręki... Mój organizm po tych wszystkich szaleństwach jest raczej w rozsypce, a przemiana materii zwolniona do minimum. Nie pomaga mi także fakt, że jestem „stworzeniem kanapowym”, które sport uwielbia głównie w telewizji. Jedyny przejaw aktywności własnej uskuteczniam, poszukując pilota od telewizora.

Napiszę powieść, może nawet nie jedną
Czasem zastanawiam się, czy ta autoironia to katalizator negatywnych emocji, czy też jestem w stanie zaakceptować obecny stan rzeczy. Bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu i wydaje mi się, że moje życie nie ruszy z miejsca, dopóki nie schudnę. Jakiś czas temu odkryłam pasję pisania. Liczę, że napiszę powieść, może nawet nie jedną, która rozbawi i pocieszy parę utrudzonych duszyczek. W końcu będę miała powód, żeby siebie docenić i zaakceptować, a nie ciągle dostosowywać się do oczekiwań współczesnego „slimfatycznego” świata, który z jednej strony tuczy nas sztuczną żywnością w masowych ilościach, a z drugiej domaga się, żebyśmy były „pajęczakami na obłędnie długich nogach, z wyraźnymi śladami szkieletu na grzbiecie”. Apeluję o rozwagę i akceptację nietypowości w każdym calu. Paradoksalnie, moje nietypowe gabaryty dotyczą także przeważającej części „typowych Polek”. Czy to nie daje nikomu do myślenia?

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt