Moje nadmierne kilogramy pojawiły się, jak u wielu kobiet, wraz z ciążą. Chociaż zawsze miałam poważne problemy ze wzrokiem, po porodzie straciłam go prawie zupełnie. Lekarz za wcześnie kazał mi wstać z łóżka po operacji. Wysiłek spowodował krwotok i zniszczył siatkówkę.
Raz, dwa, trzy, alarm!
Ponieważ pracowałam jako masażystka i codziennie wkładałam w tę pracę spory wysiłek, więc nie tyłam szybko. Jednak na kilka lat przerwałam pracę. Kilogramy pojawiły się niepostrzeżenie, ale nie zwracałam uwagi na to, że tyję. Problemy osobiste znieczulałam objadaniem się. Nie musiałam widzieć siebie w lustrze, żeby widzieć swoją coraz większą otyłość. Powoli w mojej głowie zaczęły zapalać się żółta, pomarańczowa i wreszcie czerwona lampka. Waga nieubłaganie rosła i osiągnęła stan powyżej 75 kilogramów. Przy wzroście 156 cm i w wieku 48 lat to bardzo dużo.
Nie trzeba lustra, żeby zobaczyć
Kiedy robiłam zakupy z moją 18-letnią córką, czułam, że coraz mniej ubrań pasuje na mnie. Uświadomiłam sobie, że coś trzeba robić, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że sama nie dam rady. Owszem, mogłam zacząć dietę, ale to nie wszystko. Wiedziałam, że potrzebny jest ruch, ale mam 98 proc. niedowidzenia, więc raczej nie rokowało to dobrze. I wtedy trafiłam na Klub Puszystych prowadzony przez panią Marzenę Kwiatkowską w hotelu w naszej miejscowości. Bałam się, że na dzień dobry usłyszę: nie da rady, skoro pani nie widzi... Pani Marzena jednak nie zrezygnowała. Postanowiła mi pomóc. Okazało się, że mogę wykonywać ćwiczenia nie tylko na sali, ale nawet aquaaerobik w basenie. Najpierw musiałam bardzo uważać, żeby prawidłowo wykonywać polecenia pani Marzeny. Opierałam się tylko na jej ustnych wskazówkach, nie widziałam, jak demonstruje ćwiczenia. Na początku było mi trudno, tym bardziej, że inne panie podczas ćwiczeń żartowały, rozmawiały, bo po prostu nie zdawały sobie sprawy z tego, że nie widząc instruktorki, potrzebuję ciszy. Pani Marzena wciąż dodawała mi otuchy. Po jakimś czasie nauczyłam się wykonywać wiele ćwiczeń z pamięci, a panie, z którymi ćwiczyłam, też dostosowały się do mnie i starały się zachować ciszę.
Niby nic, a tyle zmian
Chodząc dwa razy w tygodniu na zajęcia – na basen i ćwiczenia na sali – stopniowo odzyskałam moją kondycję i dobre samopoczucie, miałam coraz więcej energii do odchudzania. W ciągu roku schudłam 15 kilogramów, nie stosując właściwie żadnej konkretnej diety. Po prostu zrezygnowałam z białego, puszystego pieczywa. Zaczęłam jeść ciemny pełnoziarnisty chleb. Na moim talerzu nie ma miejsca na frytki, kluski, ziemniaki z sosem, boczek czy inne tłustości, które kiedyś uwielbiałam (np. smalec!). Słodyczami od czasu do czasu częstuję się, ale nie objadam. I zwykle nie jem po 18 wieczorem.
Nie jestem wyjątkiem
Na początku, gdy waga wskazywała jako pierwszą cyfrę 7, marzyłam o 6. Teraz ważę 60 kilo i już wyobrażam sobie, jak będzie najpierw 5. Mogę teraz swobodnie kupić ubrania, mam więcej siły, wróciłam do pracy. Czuję się bardziej atrakcyjna, a przede wszystkim zadbałam o zdrowie! Cieszę się, że mi się to udało, i chciałabym, by moja historia dodała otuchy innym niewidomym. Wielu z nich siedzi w domach – nie pracują, żyją ze skromnych rent i tyją… Bardzo chciałabym im pomóc, choć jeszcze nie wiem, jak. Krystyna




