Hanna Bakuła - Absolwentka wydziału malarstwa warszawskiej PWST, autorka 12 książek, felietonistka, kostiumolog, scenograf. Namalowała portrety wielu znanych ludzi, m.in. Yehudi Menuhina, Liv Ullmann, Daniela Olbrychskiego, Agnieszki Osieckiej, Jolanty Kwaśniewskiej. Założycielka Fundacji Hanny Bakuły, zajmującej się pomocą wychowankom domów dziecka. Co roku organizuje Festiwal Muzyki Franciszka Schuberta w Warszawie.
Pani książki o Hani Bani, dziewczynce, która ciągle jadła, czyta się jednym tchem. Ile z tej bohaterki jest w Hannie Bakule?
Aż 90 procent! Te pozostałe 10 to koloryzowanie. Byłam grubasem, ale jednocześnie dzieckiem bardzo wesołym. Tak przynajmniej twierdzi rodzina. Choć z kilku starych zdjęć patrzy na mnie strasznie gruba, smutna dziewczynka w kucykach z kokardami, zwiędłymi jak trzydniowa sałata z dressingiem… Akcja rozgrywa się w połowie lat 60. W pierwszej książce Hania jest małą dziewczynką, w drugiej już rośnie jej biust, bohaterka raz po raz się zakochuje, zaczyna być kobietą. Nie jakimś tam kobiecym pączkiem, ale ogromnym pąkiem! Bo gdy ma 9 lat i jest ważona na koloniach, wskazówka wagi zatrzymuje się na 54 kilogramach! Niedawno na wieczorze autorskim w Busku jakaś dziewczynka mnie pocieszała: „Niech się pani, pani Haniu, nie martwi! U mnie w klasie jest koleżanka, która też ma 9 lat, a waży 60 kg!”.
Które przeżycia z dzieciństwa były dla pani najbardziej traumatyczne?
Najgorzej wspominam rozbieranie się na plaży… Wielka trauma pojawiła się w momencie, gdy Hania Bania, niekwestionowana królowa Zielonki, przeniosła się z rodzicami do Warszawy. Nagle z najlepszej uczennicy w starej szkole w Zielonce stała się najgorszą w klasie. Z dziewczynki o prawie normalnej tuszy przemienia się w istnego słonia, groteskowego grubasa. Poza tym, natyka się na dziwne zjawiska, np. tatuś koleżanki jest pisarzem, tatuś kolegi – dyrygentem w filharmonii, podczas gdy jej rodzice chodzą do „normalnej” pracy. Dla wrażliwej dziewczynki to był wielki szok!
Na szczęście Hania Bania ma czarodziejską broń: umie pięknie rysować! I te rysunki robią tak duże wrażenie na nauczycielach, że prawie każdy z nich chce je dostać. Nigdy w życiu nie rysowałam jak dziecko, tylko od razu jak dorosły człowiek. Mama mi opowiadała, że gdy miałam ze trzy lata, naszkicowałam psa, który zaginął. Rysunek był bardzo realistyczny, nie żadne tam krzywe krechy. Inne traumy? Bałam się wracać do domu po ciemku, bo nieraz byłam goniona przez zboczeńców, nie znosiłam też jazdy zatłoczonymi pociągami. Ogólnie jednak wspaniale wspominam z dzieciństwo. Poza tym, że nie lubiłam ojca, ale on bardzo ciężko na to pracował.
Czy dlatego, że nie akceptował pani pulchnego wyglądu?
Przeciwnie! Brak akceptacji to właśnie jedyna rzecz, którą mu wybaczam. Gdy widzę swoje dawne zdjęcia i uświadamiam sobie, jaka byłam gruba, a do tego zachowywałam się jak nienasycona szarańcza – cokolwiek zostawiło się na stole, było zeżarte! – to stwierdzam, że ojciec był świętym człowiekiem! Miał przeciwko sobie moją mamę, babcię i swoją szwagierkę. Wszystkie mnie uwielbiały i uważały, że nie jestem za gruba! Gdy przy stole zasiadał dziadek, przedwojenny inżynier, który utrzymywał całą rodzinę, ojciec, matka, babcia i ja – najpierw nakładano potrawy mnie! Pierwszej nalewano mi z wazy zupę, a potem wybierano dla mnie najokazalszy, najgrubszy i najładniejszy kotlet. Ojca czasem doprowadzało to do wściekłości i pytał: „Czy możecie mi wyjawić powód, dla którego ona pierwsza dostaje jedzenie?!”.
No właśnie, dlaczego tak się działo?
Z miłości, tylko jakiejś obłąkanej. Zawsze byłam silna jak tur i zdrowa jak byk, ale babcia ustępowała mi miejsca w pociągu. A pod siatkę okalającą moją szkołę w Zielonce przychodziła nasza gosposia z zawiniętym w koc garnkiem pyz, wołała mnie i wtykała w rękę widelec. I ja, przez dziurki w siatce, musiałam pożerać te kluchy ze skwarkami! I jak ja mogłam być chuda?! W moim domu strasznie tłusto się jadało. Wszystko było smażone. Potrafiłam zjeść za jednym zamachem niemal dwukilowy świeżo upieczony schab albo 50 pierogów. Kilogramami pochłaniałam uwielbiane krówki. Kompot czy herbatę słodziłam wieloma łyżeczkami cukru! Teraz ludzie mają o wiele większą świadomość dietetyczną, wiedzą, przynajmniej z grubsza, co jest zdrowe, a co nie. Wtedy obowiązywała zasada, że piękne dziecko to pulchne dziecko. Byłam bardzo gruba, mimo że trenowałam koszykówkę i siatkówkę, jeździłam na rowerze i biegałam.
Jak zgubiła pani nadwagę?
Miałam 18 lat, gdy w „Szpilkach” ukazał się tekst o dietach. Utrzymany w szyderczym tonie „jak to kapitaliści głodzą ludzi”. Znalazłam tam jadłospis kosmonautów amerykańskich. Jest to dieta punktowa. Dziennie można „zjeść” 40 punktów. Białko, czyli sery, mięso, masło, mleko, jajka mają po punkcie, ale np. pomidor aż 16, a piwo 80. Punktów nie dostały cykoria i sałata, które do dzisiaj zjadam w dużych ilościach, za to jabłku i gruszce naliczono ich po ponad 30. Jeśli więc ktoś ma wątrobę ze stali, to może zjeść i 40 jajek dziennie, a nie będzie tył. Nauczyłam się jeść według tych zasad. Żywiłam się kabanosami, jajkami, sałatą, ogórkami małosolnymi, które mają po punkcie. I ku swojemu osłupieniu – po dwóch tygodniach zrzuciłam kilka kilogramów, a po pół roku straciłam ich aż 22! I to sporo jedząc, pijąc wino i mocniejsze trunki. Odtąd aż do 40. roku życia nie przekroczyłam 56 kg.
Niewiarygodne...
O tej i innych kuracjach odchudzających można przeczytać np. w książce „Alfabet diet”. Opisana jest tam też dieta Montignaca, którą często stosuję, gdy chcę ładnie wyglądać i szybko schudnąć. Na co dzień nie mieszam skrobi i białka. To męczące, zwłaszcza na przyjęciach, ale radzę sobie. Od bardzo dawna unikam kartofli, makaronów, pieczywa, słodyczy, bo mam duże skłonności do tycia. Lubię jeść, ale można np. żywić się sushi i nie przybierać na wadze!
Czy to, że była pani pulchną dziewczynką, wpływało na pani samoocenę?
Nigdy nie miałam najmniejszych problemów z zaakceptowaniem siebie – z nikim się nie porównywałam. Oczywiście, teraz czasami muszę porównać się z modelkami mającymi 185 cm wzrostu, 20 lat i ważącymi 50 kg. Gdy mnie kiedyś zapytano, dlaczego nie chodzę na różne promocje bardzo drogich samochodów czy na gale do „Playboya” – a od 16 lat piszę do tego miesięcznika felietony – to odpowiedziałam, że przecież nie mogę dobrowolnie pojawiać się tam, gdzie wszyscy są ode mnie dwa razy młodsi, dwa razy chudsi i dwa razy wyżsi.



