• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Znajdź czas na jedzenie będziesz szczuplejsza
  • Menu kobiety zapracowanej
  • Strategia przegryzania
  • Paolo Cozza: Bez makaronu wytrzymuję trzy dni
  • Pokochaj fitball!
  • Ćwicz ze swoim psem!
  • Talerz malucha
  • Chiński sposób na problemy z tuszą
  • Smukła sylwetka po 4 tygodniach
  • Chirurgiczne leczenie otyłości
  • więcej w tym wydaniu

Zawsze czułam się gorsza

Superlinia, 4/2008; 22-25
  • Przed, fot. zbiory prywatne
  • Marynarka, Marks & Spencer, 209 zł; spodnie, Marks & Spencer, 135 zł; koszula, Marks & Spencer, 135 zł
więcej zdjęć
Już jako mała dziewczynka marzyłam, aby pewnego dnia założyć minispódniczkę i wyglądać tak ładnie jak niektóre koleżanki. Dziś mam 31 lat. Udało mi się zrzucić ponad 30 kilogramów, ale wciąż ważę prawie 80. Marzenie o minispódniczce się nie spełniło. Jestem jednak optymistką i walczę dalej.

zdjęcia: SGM, stylizacja i makijaż: Katarzyna Misiak, fryzura: Beata Potoczna, Salon Corte del Sole

modelka:Lidia, wiek:31lat, wzrost:170cm, waga:78kg, biust:104cm, talia:90cm, biodra:106cm

Odkąd pamiętam, miałam problemy z nadwagą. Samo wejście na wagę było dla mnie traumatycznym przeżyciem. Gdy biorę do ręki Kartę Zdrowia Ucznia i czytam notatkę lekarza – nadwaga – moje wspomnienia odżywają. I nikt mi nie powie, że bycie grubym dzieckiem to coś miłego. Mimo wszystkich świadectw z czerwonym paskiem w szkole podstawowej i średniej zawsze czułam się gorsza.

Skąd wzięła się moja nadwaga? Podejrzewam, że jej źródłem są uwarunkowania genetyczne, ale też złe odżywianie się w dzieciństwie. Jedną z moich ulubionych przekąsek był chleb maczany w tłuszczyku, który pozostawał po smażeniu kotletów. Zupy zazwyczaj wylewałam przez okno, gdy tylko rodzice nie patrzyli, a z lodówki wyciągałam to, na co miałam ochotę. Zajadałam się ciepłym chlebem posmarowanym smalczykiem, teraz od lat nie ma smalcu w mojej lodówce. Na samą myśl, że pochłaniałam chleb ze słoninką, przechodzą mnie dreszcze. Do dziś wstydzę się wspomnienia, że gdy dostawałam słodycze, potrafiłam je zjeść za jednym przysiadem. I jakby tego było mało, sięgałam po łakocie brata. Dopiero jako dorosła kobieta doceniłam smakowe i zdrowotne walory zup, owoców i warzyw. I gdy teraz odwiedzam rodziców, marzy mi się jedzenie pysznej, zdrowej zupy, jaką gotuje mama, a nie bochna chleba z czymś tłustym. Przekonałam się do picia niegazowanej wody mineralnej, której kiedyś nie uznawałam. Uważałam, że im więcej  jej piję, tym jestem cięższa. Teraz wiem, że woda znakomicie reguluje funkcjonowanie mojego organizmu. Ponieważ pochodzę z małej wioski, nie miałam dostępu do grupowych zajęć ruchowych, które postaram się zapewnić mojej córce.
Już jako mała dziewczynka marzyłam, aby pewnego dnia założyć minispódniczkę i wyglądać tak ładnie jak niektóre koleżanki.


Odchudzałam się już mnóstwo razy
Mam 31 lat, 170 wzrostu, ważę 80 kg i marzenie o minispódniczce niestety się nie spełniło. Ale jestem optymistką i walczę dalej. Mam tylko nadzieje, że tę mini założę wcześniej niż jako osiemdziesięcioletnia babcia. Należę chyba do rekordzistek, jeżeli chodzi o wzloty i upadki w walce z nadwagą. Już kilka razy ważyłam ponad 100 kg i kilka razy udało mi się schudnąć do 75 kg. Wiem, że te skoki odbijają się niekorzystnie na moim zdrowiu, już obecnie odczuwam pewne dolegliwości wątroby, skóra też nieładnie wygląda. Byłam zbyt głupia, żeby słuchać wskazówek mojej mamy.

Pamiętam kilka niemiłych sytuacji, które skłoniły mnie do podjęcia walki z nadwagą. Pierwsza z nich zdarzyła się wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat. Jechałam tramwajem i starszy pan, spojrzawszy na mój brzuch, ustąpił mi miejsca, sądząc, że jestem w ciąży. Nie byłam w ciąży, tylko otyła. Możecie sobie wyobrazić moje zażenowanie.

Innym znów razem, gdy wysiadałam z autobusu, nieznajoma kobieta, która wcześniej mnie obserwowała, powiedziała: „dziecko, masz taką ładną buzię, musisz tylko schudnąć, bo z taką wagą to i nieładnie, i niezdrowo”. Mówiła po cichu, miłym, ciepłym głosem. Na pewno nie chciała mi zrobić przykrości. A jednak nie zapomnę tych słów do końca życia, a miałam wtedy 25 lat. Kiedyś znów na rodzinnym spotkaniu wywiązała się dyskusja o jedzeniu i piciu. Większość członków rodziny stawała na wadze, ale mnie nie wystarczyło odwagi. Wiedziałam, że ważę 112 kg, a mój brat i mąż, którzy mają po 190 cm, ważyli po 104 kg. Wstyd mi było, że ważę więcej od nich. I ostatnia sytuacja, która mnie niemal dobiła, miała miejsce w sklepie. Chciałam sobie kupić firmowe dżinsy, a usłyszałam, że taki rozmiar dostanę tylko w męskim dziale i że jeszcze będę musiała skrócić nogawki. I to przelało szalę goryczy. Wzięłam się za siebie.

Nowe reguły gry
Po latach stosowania głodówek, najróżniejszych diet i borykania się z efektem jo-jo w końcu zmądrzałam i już wiem, że odchudzanie to nie jest bieg przez płotki, który się zaraz kończy: to spokojny, przemyślany marsz przez całe życie! Taki marsz zaczęłam, gdy moja waga wskazywała 112 kg. Oto mój nowy plan, którego postanowiłam się trzymać:

• zmniejszyłam porcje spożywanych posiłków
• jem mniej, ale 5 razy dziennie, z przewagą owoców i warzyw
• ostatni posiłek jadam o godzinie osiemnastej
• większość dań gotuję na parze
• zrezygnowałam ze słodyczy i białego pieczywa
• nie używam cukru, ograniczyłam sól
• piję przynajmniej 1,5 litra wody niegazowanej dziennie
• dużo spaceruję, codziennie przez 30 minut jeżdżę na rowerze stacjonarnym
• zażywam Bio-CLA z zieloną herbatą

Łatwo nie jest
Nie mogłabym przysiąc, że tak ściśle przestrzegam tych reguł. Już kilkanaście razy miałam ataki wilczego głodu i zjadłam dwa pęta kiełbasy na gorąco, trzy sadzone jajka na tłuszczyku i tabliczkę czekolady. Wytłumaczyłam sobie, że to nie przestępstwo i po takim obżarstwie szybko wracam do zdrowej diety. Dawniej, gdy tak zrobiłam, miałam wyrzuty sumienia i brnęłam dalej, bo uważałam, że jednym takim posunięciem wszystko zaprzepaściłam. Po czekoladzie były więc jeszcze ciastka, cukierki, budyń itp.

Przychodzą jednak dni, kiedy nie daję rady. Na tydzień przed okresem mam takie ataki głodu, że zjadłabym konia z kopytami. Wtedy przeglądam szafki i lodówkę w poszukiwaniu łakomego kąska. Do schowka, w którym trzymam słodycze, potrafię zajrzeć bezwiednie dwadzieścia razy. Na wszelki wypadek usunęłam słodycze z domu, ale okazuje się, że to również nie stanowi problemu – sięgam po słodką, pyszną kaszkę dziecka. Jem, ale mi wstyd. Mam do siebie żal, że czasami tak biegam w poszukiwaniu jedzenia. I to wszystko obserwuje moja córeczka. To także dla niej tak walczę, bo nie chciałabym, aby miała takie wzorce, a potem borykała się z kilogramami. Jednak czasami ciężko się pohamować. Jestem teraz na urlopie wychowawczym i więcej czasu spędzam w domu. Gdy pracowałam, było mi łatwiej, bo pochłaniała mnie praca i nie myślałam bez przerwy o jedzeniu. Od lipca do chwili obecnej przytyłam i ważę prawie 80 kg. Ale pocieszam się, że zaczynałam od 112 kilogramów. Myślę, że zbyt dużo schudłam w ciągu roku i dlatego teraz się męczę. Walczę z efektem jo-jo i się nie poddam. Znowu popełniłam błąd, bo marsz zmieniłam w bieg. Muszę zwolnić! Zadaję też sobie pytanie, jakiej wielkości jest mój żołądek. Jem, jem i nie czuję sytości. Dlatego to odchudzanie jest dla mnie taką męką. Po prostu kocham jeść. Ale chyba już znalazłam sposób na pohamowanie apetytu: na widoku wieszam ulubione dżinsy, które kojarzą mi się ze wspaniałymi wakacjami, szczuplejsza pupą, rozwianymi blond włosami i iskierką zachwytu w oczach męża. Często kładę się wygodnie, zamykam oczy i wspominam, jak dobrze czułam się w lipcu z wagą 75 kg. Mogłam ładnie i modnie się ubierać, czułam się młodsza o jakieś 10 lat. Tryskałam energią, zachowywałam się tak, jakby mi ktoś sprezentował skrzydła. W takich chwilach obiecywałam sobie, że już nigdy nie przytyję. Obietnicę złamałam.
Zaobserwowałam duże plusy mojego odchudzania. Zauważyłam, że zmienił się na przykład styl życia całej mojej rodziny. Naprawdę jemy zdrowo, a moja 1,5-roczna córeczka bardzo lubi taką kuchnię. Najbardziej zajada się grejpfrutami. Zamiast ciężkich sosów z ziemniakami, jemy pyszne zupy. Dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu.

Przez cały rok się starałam i dbałam o ciało: robiłam pilingi, wklepywałam różnego rodzaju kremy na rozstępy i cellulit, ale gdy staję przed lustrem, to sumienie mnie dręczy, że może jeszcze za mało włożyłam w to wysiłku. Moim marzeniem jest całkowite zrzucenie nadwagi. Wiem, że są ludzie, którzy mają gorsze problemy, trapią ich choroby, brak stabilności finansowej. A moim życiem zawładnęła nadwaga, jest jak kula u nogi i potrafię godzinami, niemal obsesyjnie, mówić o odchudzaniu. Myślę, że ten problem siedzi w mojej głowie. Postanowiłam więc, że zmienię stosunek do siebie. Bo to, że jestem puszysta, nie zmienia faktu, że w głębi duszy jestem szczęśliwą, tryskającą radością, spełnioną kobietą! Nie poddam się! Walczę!

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt