Nigdy nie należałam do najszczuplejszych osób, ale ważyłam w granicach normy, aż do momentu, kiedy skończyłam 13 lat. Właśnie wtedy miałam wypadek samochodowy. Przez następny rok leżałam w szpitalu. Tam właśnie zaczęły się moje problemy z tuszą. Kochane ciocie, babcie i wszyscy znajomi przynosili mi słodycze, soczki, dokarmiali jak mogli, żeby tylko umilić mi smutny czas leżenia w szpitalu. Byłam wtedy bardzo młoda i nie zdawałam sobie sprawy, że nadmiar słodyczy gwarantuje szybki przyrost wagi, który zrobi ze mnie „kuleczkę”. Po wyjściu ze szpitala i powrocie do normalnego trybu życia, moja waga nadal rosła, choć już nie tak dramatycznie jak wcześniej. Pewnie dlatego, że pozostał mi duży apetyt na słodycze.
Wyglądałam jak baleron
Rodzina cały czas powtarzała, że jestem już nastolatką, powinnam zadbać o siebie i troszkę się odchudzić. Chciałam, ale to było dla mnie i ciężkie, i nudne. Poza tym myślałam, że jak ktoś będzie miał mnie pokochać, to pokocha mnie za to, kim jestem, a nie za to, jak wyglądam. Dziś jestem dziewczyną, która ma dopiero 20 lat i na swoim koncie kilkanaście nieudanych prób odchudzania, zakończonych efektem jo-jo. Nie jestem wysoka, bo mam 160 cm, a moja waga pewnego dnia sięgneła 78 kg. To było straszne! W końcu zrozumiałam, że muszę coś ze sobą zrobić. Nie mogłam sobie kupić tego, co mi się podobało, bo albo nie było na mnie rozmiaru, albo jak już wbiłam się w jakiś ciuch, to wyglądałam jak przepasany nitką baleron.
Spróbowałam jeszcze raz
Jadłam wtedy wszystko, na co miałam ochotę. Mieszkam z siostrą. Nie chciało nam się gotować obiadów, bo łatwiej i szybciej było zamówić pyszną pizzę i popić ją coca-colą. Na śniadanie robiłyśmy tosty. To było łatwiejsze, niż przygotowanie kanapki z chudą szynką. Tak było wygodniej... do dnia, kiedy weszłam na wagę i zamiast 75 czy 76 kilogramów, pojawiło się 78. Nie wiem dlaczego, ale ta ósemka strasznie mnie przeraziła. Postanowiłam więc skończyć z ciągłym przybieraniem na wadze! Wiedziałam, że to nie będzie łatwe, tym bardziej, że nieraz w swoim życiu chciałam już schudnąć. Postanowiłam jednak, że muszę po raz kolejny spróbować. Otyłość wiąże się z różnymi komplikacjami dotyczącymi zdrowia. Studiuję kosmetologię na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi, więc zdawałam sobie sprawę z tego faktu.
Zaczęłam jeść połowę tego, co przedtem
Odchudzanie zaczęłam od schowania tostera stojącego na blacie w mojej kuchni, a potem od zaplanowania jadłospisu. Nie oszukujmy się: osoba, która je kilka razy dziennie i najczęściej wieczorem, nie pożyje długo na samej wodzie, dlatego ja postanowiłam zacząć inaczej. Na początku oprócz wyniesienia tostera, postanowiłam zmiejszyć swoją porcję jedzenia dokładnie o połowę. Zamiast całej bułki na drugie śniadanie, jadłam pół. Tak samo zrobiłam z innymi posiłkami. Przez pierwsze 2 tygodnie nie odmawiałam sobie niczego, bo stwierdziłam, że to nie ma sensu. Jak miałam ochotę na wafelka, to go jadłam, tylko nie całego, a połówkę. W ciągu dwóch pierwszych tygodni schudłam ok. 1,5 kg. Potem zaczęłam eliminować ze swojego jadłospisu niektóre produkty. Najpierw wyrzuciłam ziemniaki. Czasami skuszę się u babci, która nie wyobraża sobie bez nich obiadu. Ja wolę zastąpić je ryżem. Piję też dużo wody mineralnej, staram się jeść regularnie, co pomaga mi czuć się lepiej. Jeśli chodzi o słodycze, mam na nie czasem ochotę, ale staram się panować nad apetytem. Jak zjem wafelka, to rezygnuję z kanapki: coś za coś. Dodatkowo zaczęłam ćwiczyć. Nie chodzę na siłownię, bo nie mam na to czasu, ale codziennie w domu robię brzuszki, wzmacniam też inne mięśnie. Zamówiłam rowerek stacjonarny. Jak już będę go miała w domu, dostarczy mi dodatkowej motywacji do ćwiczeń i walki o szczupłą sylwetkę.
Motywują mnie pochwały chłopaka i znajomych
Dziś mija już 5 miesięcy od czasu, gdy zaczęłam się odchudzać. Wskazówka wagi nie pokazuje 78, a 64 kg. Jestem z siebie dumna. Wchodzę w sklepie we wszystkie ciuchy, które mi sie podobają. Znajomi są zaskoczeni, gdy mnie widzą po dłuższej przerwie. Owszem, mam jeszcze kilka kilogramów do zgubienia, ale teraz droga do sukcesu jest łatwiejsza, bo pochwały i podziw innych bardzo mnie motywują. Wiem również, że nie mogę powrócić do starego nawyku i stosować krótkoterminowych cudownych diet, bo na dłuższą metę one nic nie dają. Najlepsza dieta odchudzająca to MZ, czyli mniej zjeść. A co najważniejsze – mam przy swoim boku wspaniałego chłopaka (który mnie pokochał 2 lata temu, jeszcze jako kuleczkę) i dziś jest ze mnie dumny. Wsparcia udziela mi też siostra, która, mimo że jest szczuplutka, przeze mnie musiała zrezygnować z tostów, które uwielbiała. Wszystkim osobom zmagającym się z nadwagą życzę powodzenia.
Kasia
Dodaj komentarz
Komentarze
-

A mnie w tym wszystkim zastanawia złośliwość losu wynikająca z tego, że niektórzy jak Twoja siostra mogą jeść pizze, tosty a są chude podczas gdy inni muszą się pilnować...
~Jacek 2011-08-25 14:50:29




