Alina Dybaś co chwilę wynajduje sobie jakieś zajęcie. Odkąd pamięta, ciężko jej było usiedzieć na miejscu. Zawsze miała mnóstwo zainteresowań i chciała osiągnąć sukces zawodowy, szybko więc przestała oglądać się na cały świat. – Bo w tym świecie wszystkie kobiety mają nosić najwyżej rozmiar 38, a ja jestem kawał baby i doszło nawet do tego, że nie pasowały na mnie ubrania poniżej 48 – zwierza się Alina. – I co, może miałam z tego powodu płakać albo zamknąć się w domu?
Jeszcze w dzieciństwie obiecała sobie, że zwiedzi najdalsze regiony świata, zostanie kimś, no i będzie tak bogata, jak tylko się da. Ale żeby to zrealizować, musiała przyjąć metodę małych kroczków, co biorąc pod uwagę jej temperament jest niezwykle trudne. Ma etat w biurze podróży, a wraz z siostrą prowadzi firmę szkoleniową, gdzie uczy technik sprzedaży. Jakby tego było mało, założyła też własny biznes: jednoosobową firmę, która zajmuje się pośrednictwem w dostarczaniu łącz internetowych i dzięki której w życiu Aliny nagle wiele się zmieniło. Pewnego dnia zapukała do drzwi jednej z agencji i zaoferowała usługi swojej firmy. Kiedy podpisywała umowę z właścicielką, głośno zachwyciła się obrazem wiszącym na ścianie.
Za chwilę usłyszała propozycję: – Jeśli pani chce, to namaluję dla pani coś specjalnego, może lawendowe pole… O tak, to był jej konik – Prowansja i widok kwitnącej lawendy. – Kiedy przyjechałam odebrać obraz, między mną a Olą tak zaiskrzyło, że sama nie wiem, jak zostałam zwerbowana i zgodziłam się wziąć udział w pokazie – wspomina Alina.
Na początku bała się wyjść na scenę, nie mogła uwierzyć, że pomimo kilogramów jest atrakcyjna jak inne modelki. – Dziewczyny zajęły się moimi włosami, makijażem, wybrały stroje, które miałam prezentować na pokazie, i... zrobiły mnie na bóstwo! – opowiada Alina. – Spojrzałam w lustro i przestałam się przejmować faktem, że nie noszę rozmiaru 38.
Do wyboru, do koloru, ale... tylko dla chudych
Aleksandra Wiśniewska, właścicielka agencji Maxilook, jest dziś szczęśliwą kobietą. I przekonuje, że – bez względu na tuszę – każda z nas może taka być.
– Byłam okrągłym dzieckiem, grubą nastolatką, teraz jestem grubą kobietą – mówi. – Ten fakt kształtował mnie na równi z innymi czynnikami i dziś stanowi nierozerwalną część tego, kim jestem.
Zawsze lubiła za to ładnie się ubierać i oglądała wszystkie programy o modzie w TV. Cóż z tego, kiedy w sklepach nie było ciuchów na „większe” dziewczyny. – Wściekałam się – opowiada Ola. – Tyle ubrań do wyboru, tylko że nie dla mnie, bo ja noszę rozmiar 48/50. W końcu poczuła, że musi coś zrobić dla siebie i innych sobie podobnych. I tak się zaczęło. Z koleżanką Asią Merkur postanowiła zorganizować pokaz mody dla puszystych – jeśli tylko uda się znaleźć ubrania i namówić modelki przy tuszy, by odważyły się wystąpić.– Po pierwszym pokazie zalała nas fala pytań i pochwał od kobiet, że to nareszcie coś dla nich i kiedy znów wyjdziemy na scenę – wspomina Ola. – I tak narodziła się idea Maxilooka: jeśli jesteś gruba/gruby, też możesz wyglądać atrakcyjnie i modnie. Nie propagujemy otyłości, nie twierdzimy, że grube jest piękne – mówimy, że może być, jeśli się o to umiejętnie zadba. Ale do tego trzeba mieć ubrania, kosmetyki i wiedzę, jak je wykorzystać.
Szkoda życia na diety
– Udział w pokazach mody dał mi dużo pewności siebie – mówi Dorota Czereba. – Zawsze byłam odważna, ale nie w kwestii swojej wagi. Kiedy „wskoczyła” w rozmiar 48, rozpoczęło się szaleństwo odchudzania. – Reklamy kreują ludzi szczupłych i dziewczyny zaczynają się odchudzać, myślą, że gdy będą takie jak z reklamy, to zostaną dostrzeżone. A przecież liczy się to, jakim jesteś człowiekiem, a waga nie ma z tym nic wspólnego – podsumowuje.
Sama o sobie mówi, że jest i będzie puszysta do końca życia. Ma 38 lat i nie chce tracić czasu na diety. Dosyć udawania, że to sprawia jej przyjemność i przychodzi z łatwością. Choć... miło jest się podobać. – A mnie się to udaje, mimo 98 kilogramów – śmieje się. – I puszystość bywa sexy, wiem to z rozmów, jakie prowadziłam na Gadu-Gadu: panowie mówili, że wodzą oczami za Latynoskami, bo one mają trochę ciałka, i że lubią ciepłe, puszyste kobiety.
Tak jak życiowy partner Doroty, który jest miłośnikiem rubensowskich kształtów i sam wystąpił na pokazie mody. Mariusz przy wzroście 188 cm waży 130 kilogramów. Kiedyś też się ciągle odchudzał. Dziś dobrze czuje się we własnym ciele i nawet zrobił sobie sesję zdjęciową jak zawodowy model.
W błyskach fleszy
– Teraz kilka kilo mniej czy więcej nie robi mi różnicy – mówi Alina. – Choć nie lubię o tym mówić, bo gdzieś ciągle siedzi ten „wujek kompleks dużego brzucha”.
Ale nie przeszkadza to jej w realizacji pasji. Jeździ na nartach, tańczy, szaleje na motocyklu i zwycięsko wychodzi z zakrętów życiowych. Otrząsnęła się po nieudanym małżeństwie. Ma dopiero 30 lat, a już odnosi sukcesy w biznesie, i to w kilku branżach. I wciąż chce więcej! – Nawet jeżeli nie uda mi się zrealizować marzeń o pokaźnym koncie w banku, to na stare lata będę mogła się uczciwie przyznać przed lustrem, że robiłam wszystko, aby żyć jak najgodniej i jak najlepiej – mówi z powagą Alina.
Uwielbia flesze, kamery i bycie w centrum uwagi. Kompletnie nie krępuje jej chodzenie po wybiegu. W zeszłym roku po raz pierwszy nie uczestniczyła w pokazie, bo zrzuciła kilka kilogramów i była po prostu... za chuda.– Na szczęście nadrobiłam to przez ostatnie miesiące i mam nadzieję, że już wkrótce znów przejdę się po scenie w bikini jakiejś znanej marki zaprojektowanej właśnie dla takich kobiet jak ja! – mówi. – Nie jestem osobą wstydliwą, ale dopiero bycie modelką pozwoliło mi uwierzyć w siebie i przestać patrzeć krytycznie na swoją wagę. Teraz, kiedy publicznie coś konsumuję, bez trudu znoszę krzywe uśmieszki i spojrzenia, które mówią: taka gruba, a je...
Bez ukrywania rozmiaru
Ostatni pokaz zorganizowany przez Aleksandrę Wiśniewską zgromadził na widowni ponad 400 osób. – Kilka strojów przygotowano specjalnie dla nas i te zyskały największe brawa – mówi Ola.
Dzięki pokazom Maxilooka widać, że „pluszaki” są klientkami, dla których warto tworzyć nowe kolekcje. – Kiedy wreszcie wezmą się za to osoby, które nie będą brały pod uwagę tego, co nie przystoi nosić xxl-om, to bluzki i suknie w formie worków pokutnych odejdą do lamusa. Ola z wykształcenia jest plastykiem, ale zawodowo płynie trochę pod prąd, bo pracuje w dziale handlowym wydawnictwa prawniczego. – Chyba jednak z tego zrezygnuję, bo chcę się w 100 procentach zająć Maxilookiem i razem ze wspólniczką Asią stworzyć firmę, która upiększy puszystym świat – podsumowuje.
Już się nie chowam!
Dorota skończyła zawodówkę krawiecką i choć marzy o własnej kwiaciarni, w której będzie można kupić też ręcznie haftowane serwetki, gobeliny, ceramikę i obrazy, to na razie pracuje w sklepie odzieżowym z ubraniami w „normalnych” rozmiarach. – Od kiedy utyłam, musiałam udowadniać całemu światu, że jestem równie sumiennym pracownikiem, jak ten chudy – skarży się. – I jeszcze nasłuchać się kąśliwych uwag, np. gdy w sklepie z bielizną chciałam coś kupić dla kogoś lub tylko zobaczyć, a było to w mniejszym rozmiarze. „Pani w to nie wejdzie, jest pani za gruba”. Jakbym ja sama tego nie wiedziała...
Kiedyś w takiej sytuacji Dorota spuszczała głowę i wychodziła, dziś jest odważniejsza, woła kierownika sklepu i prosi, aby przywołał do porządku swojego pracownika. – Dzięki Bogu, czasy się zmieniają i gruba osoba nie musi chować głowy w piasek – mówi. Jej pasją jest poznawanie świata i ludzi przez internet. Tam właśnie „spotkała” Olę. – Poznałam ją na Gadu-Gadu przez przypadek i tak jakoś się okazało, że mamy podobny punkt widzenia na temat puszystych kobiet w Polsce – opowiada Dorota. – Do wejścia na wybieg był już tylko krok.Jak dotąd, mój największy sukces to to, że odważyłam się uczestniczyć w pokazach i nie zjadła mnie trema, a mój 13-letni syn jest ze mnie dumny.



