• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Żegnaj, efekcie jojo!
  • Trać bez powrotu!
  • Justyna Sieńczyłło: Za lody czekoladowe dam się pokrajać!
  • South Beach – menu plaż południowych
  • Bądź smukła w każdym wieku
  • Walcz z nadwagą na pedałach
  • Schudłam i odzyskałam siebie
  • Pewna siebie i zadbana = piękna
  • Piękne ciało w każdym rozmiarze
  • Superlinia myślenia
  • więcej w tym wydaniu

Odchudzanie? To nic trudnego, robiłam to wiele razy!

Superlinia, 5/2009; 50-51
  • fot. Shutterstock
więcej zdjęć
BLASKI I CIENIE ODCHUDZANIA - Konkurs rozstrzygnięty. Trzecia z prac finałowych:

W odchudzaniu jestem specjalistką, weteranką, można rzec: fachowcem. Wszak mam dziś 40 lat, a nadmiar kilogramów ujawnił się już w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

Szczuplutką i wiotką nigdy nie byłabym i nie będę, a to z przyczyn ode mnie niezależnych. Geny odziedziczyłam po  tacie, w którego rodzinie wszyscy byli i są ludźmi dużymi, wysokimi, masywnymi. Choć zbyt wiele ważę i jestem duża, to charakteryzuje mnie ruchliwość, energia, impulsywność. Jestem typem choleryka, któremu zawsze się spieszy, sprawy załatwia na długo przed upływem ostatecznego terminu, no i szybko wpada w furię, która mija po kilku minutach. Mam optymistyczny stosunek do świata, cieszy mnie poranne słoneczko lub deszczyk na moje kwiaty i warzywa. Lubię, gdy ktoś mi składa wizytę, chętnie ofiarowuję i cieszę się, gdy mnie obdarowują. Nie jestem „jak kamień” w sytuacjach kłopotliwych, niepomyślnych, trudnych, które wszystkich nas mogą w jakiś sposób dotknąć. A sytuacja, której najbardziej się obawiam, jest choroba. Ona czyha..., bo to ja sama od lat przygotowuję jej doskonałe warunki do rozwoju, według powiedzenia: kopię sobie łyżką grób.

Kliniczne diety

Jako dziecko nie miałam świadomości tego, co dzieje się ze mną, a byłam nad miarę wyrośniętą dziewczynką. To szkolna higienistka zwróciła uwagę na moje nadmierne kilogramy. Po konsultacji z lekarzem i rodzicami zostałam skierowana do Kliniki Endokrynologii w Katowicach- Ligocie. Pobyt w tej placówce miał pomóc lekarzom w określeniu, czy moja otyłość to prosta zależność między małą aktywnością a zbyt obfitymi posiłkami, czy może jakieś problemy natury medycznej, np. zachwianie równowagi hormonalnej. To było moje pierwsze zetknięcie się z prawdziwą dietą i intensywnymi ćwiczeniami fizycznymi. Dietą! Prawdziwą, ścisłą, skuteczną. Ćwiczeniami! Regularnymi, intensywnymi, długotrwałymi. 14 dni w klinice skutkowały spadkiem wagi o 9 kg. Były to trudne momenty dla 10-letniego dziecka, narażonego na stres głodowo-treningowy, z dala od domu i maminej kuchni. Diety, którą stosowałam w klinice (600 kcal), nigdy nie udało mi się utrzymać w warunkach domowych. No bo jak? Rodzice nie zwracali uwagi, a ja jako dziecko nie mogłam mieć pełnej świadomości i kontroli nad własnym postępowaniem. W lodówce było zawsze „coś” dobrego, a nie była ona przecież zamknięta na klucz. Po kilku latach znów znalazłam się „na odchudzaniu” w rzeczonej klinice, z jeszcze większą nadwagą, ale już dojrzalszą świadomością tego, z czym walczę. Spadek wagi także i tym razem okazał się imponujący: blisko 9 kg w 14 dni. Po wyjściu z kliniki powzięłam mocne postanowienie: chcę utrzymać wagę i będę dalej pracować nad tym, żeby ją jeszcze zredukować.Właściwie nie pamiętam, abym stosowała dietę, lecz tylko ograniczenia. Wstępowałam wtedy w okres dojrzewania, więc myślę, że zmiany następujące piorunująco w młodym organizmie pozwoliły dość długo utrzymać wagę uzyskaną w klinice. Spektakularnego spadku wagi nie pamiętam, ale mam przed oczyma sytuacje, gdy w porywach kulinarnych sama pichciłam dla siebie zupki, sałatki, mięsa i ryby, stopniowo okraszając je... masełkiem, śmietanką, zasmażając. W końcu to ja przejęłam ster w kuchni i gotowałam dla domowników według ich gustów, a nie moich potrzeb. A moja waga wahała się w granicach 90 kg.

Najtrudniejszy pierwszy krok

Miewałam kilkakrotnie zrywy dietetyczno-gimnastyczne, które skutkowały nieznacznym, acz budującym spadkiem wagi, ale z czasem umierały śmiercią naturalną z powodu braku wytrwałości, konsekwencji, systematyczności. Zawsze wtedy, oglądając się wstecz, miałam wyrzuty sumienia, że zaprzepaściłam wszystko, do czego tak mozolnie dążyłam. I tak dobrnęłam do  moich 32. urodzin. Był to dla mnie „znaczący dzień” (takie dni dla chcących odchudzać się to: od jutra, od poniedziałku, na wiosnę, jeszcze tylko ten ostatni batonik itp). W tym czasie też straciłam pracę.

Zrobiłam wtedy postanowienie, że teraz na pewno schudnę, bo czas, siły, pieniądze przeznaczę na odchudzanie. Moja waga wówczas dochodziła do 112 kg. Jestem świetnym teoretykiem, znam podstawowe zasady zdrowego odchudzania,  kaloryczność produktów, umiem obliczać BMI, znam ćwiczenia odchudzające poszczególne partie ciała, zasady doboru odpowiednich strojów, ale...  Najtrudniejsze jest praktyczne zastosowanie wiedzy teoretycznej. Jako konsultanta obrałam sobie „Super Linię”, którą czytam od początku jej istnienia. Na jej łamach znalazłam informację o klubie puszystych działającym w pobliskim Chrzanowie. Rozpoczęłam, wraz ze stosowaniem diety, ćwiczenia w gronie pań takich jak ja. Najtrudniejsze było pierwszych 5 dni. Pół godziny po posiłku znów czułam głód. „Coś” za mną „chodziło”. Otwierałam szafki, lodówkę w poszukiwaniu tego „czegoś”. Piłam hektolitry płynów, by oszukać żołądek, który wysyłał do wszystkich części mojego ciała sygnał tak mocny i częsty, że aż nie do zniesienia: „WYPEŁNIJ MNIE! JESTEM PUSTY, A NIGDY TAK NIE BYŁO!”. Rozum na szczęście wziął górę. Nie dałam się sprowokować, jadłam systematycznie 5 posiłków dziennie, prawidłowo zbilansowanych, dobranych jakościowo i ograniczonych ilościowo. Ćwiczyłam w klubie i w ogrodzie, w lesie, pieszo i na rowerze, w słońcu i na mrozie. Ruch trzymał mnie z dala od kuchni i stołu. Czas niesprzyjającej pogody spędzałam nad tym, co mnie całkowicie pochłania, co odbiera mi poczucie miejsca i czasu, tzn. nad robótkami ręcznymi – haftowaniem i wyszywaniem na kanwie. Tymi sposobami „zabijałam” natrętne myśli o głodzie. Kolejne dni też były trudne, zwłaszcza fizycznie – było mi zimno, byłam słaba i senna. Wtedy (nawet w ciągu dnia) robiłam sobie regenerujące, krótkie drzemki. Na wagę nie wchodziłam, bałam się jej. Ale nie bałam się twarzy, którą co rano widziałam w lustrze – wyglądała co prawda mizerniej, jak „łyżeczka”, ale właśnie w związku z tym uśmiechała się do mnie. Powoli chudłam... Nikt z domowników tego nie zauważał, bo widzieli mnie na co dzień, ale spotkane przypadkiem na ulicy dawno niewidziane koleżanki, wygłaszały nade mną „ochy” i „achy” i tak dodawały mi skrzydeł. Po 3 miesiącach było mnie mniej o 16 kg. Byłam wniebowzięta, czułam się lepiej, wyglądałam korzystniej... przez całe lato! Uznałam, że 16 kilogramów spadku wagi to sukces, poprzednia waga nie wróci i... spoczęłam na laurach.

Znów spróbuję...

Powoli i niepostrzeżenie wróciłam do dawnych zwyczajów żywieniowych a wraz z nimi powrócił zbędny balast, z którym tak mozolnie walczyłam – w dosłownym słowa znaczeniu – w pocie czoła. Szkoda.

Mam świadomość tego, że jestem skazana na ciągłą kontrolę tego, co, ile i kiedy jem. Ale już nie spędza mi to snu z powiek. Wiem, że mogę, że podołam, że jestem w stanie schudnąć, bo przełamałam się już raz z pozytywnym skutkiem. Tylko nie umiałam tego dopilnować, kontrolować, opanować i nad tym powinnam jeszcze popracować. Od tamtej pory moja waga waha się w granicach 105–110 kg i wciąż mam świadomość, że bardzo niekorzystnie wpływa na moje zdrowie.
Teraz znów przygotowuję się do pracy nad sobą – nad moim ciałem i duszą. Kolejny raz przystąpię do walki z pokusami, łakomstwem, lenistwem, nie umiarkowaniem w jedzeniu. Tym razem odchudzanie przypadnie w okresie zimowo-
-wiosennym, więc dobrana dieta i oczywiście ruch. Może przyjmę metodę kija i marchewki, coś za coś, osiągnięcie zamierzonego skromnego celu będzie się równać np. nowej torebce, modnej czapeczce (wg sugestii „Super Linii”). Byłoby pięknie, gdybym dopięła swego. I będzie. Muszę tylko być wytrwała i konsekwentna. Już wiem, że taka potrafię być, doświadczyłam tego, chudnąc 16 kg. Odchudzanie? To nic trudnego, robiłam to wiele razy! I znów spróbuję!

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt