Justyna Sieńczyłło - Urodziła się w Białymstoku, w 1992 roku skończyła warszawską PWST. Jej pasją jest teatr, ale nie stroni od filmu: pojawiła się między innymi w serialach „Klan”, „Na dobre i na złe” czy „Kasia i Tomek”. Ostatnio cały czas poświęca rodzinie i zawodowemu wyzwaniu, jakim okazało się założenie w Warszawie prywatnego teatru Kamienica. Z mężem Emilianem Kamińskim ma dwóch synów, mieszkają w podwarszawskim Józefowie.
Wygląda pani świetnie. Znalazła pani sposób, by chudnąć szybko, skutecznie i bezboleśnie?
Nie pokusiłabym się o udzielanie komuś rad, co robić, żeby schudnąć. Wypróbowałam w życiu kilka diet, z różnym skutkiem. Trzeba biegać po sklepach w poszukiwaniu składników, liczyć kalorie, ważyć produkty, pilnować kolejności posiłków. To nie dla mnie, zawsze byłam kiepska w rachunkach. A może to po prostu wymówka? Podziwiam osoby konsekwentne w kwestii odchudzania.
Trudno mi uwierzyć, że można jeść byle co, kiedy się chce, i mieć taką talię jak pani!
Staram się sobie zbytnio nie dogadzać. Uważam na to, co jem. Trzymam się kilku zasad, prostych, a jak się okazało, bezcennych. Unikam tłuszczy zwierzęcych, pochłaniam za to duże ilości owoców i warzyw. To wspaniałe zapychacze! Uważam jednak, że najlepszym sposobem na odchudzanie jest praca. Nigdy tak dużo nie biegałam, jak przy budowie teatru Kamienica, który tworzy mój mąż Emilian Kamiński. Pracując, zapomina się o jedzeniu. Supermetoda, polecam!
Ale wtedy miewa się te wieczorne napady wilczego głodu...
Usiłuję nie podjadać w nocy, co jest dla mnie wyjątkowo trudne. Często gram wieczorne spektakle. Kiedy wracam do domu około 22.00, chętnie bym coś zjadła! Męczę się niemiłosiernie. Kładę się, ale nie zawsze mogę zasnąć. Wstaję. Sięgam po owoce, na przykład pomarańcze, które uwielbiam. Czasem, niestety, to nie wystarcza. I zjadam kawałek kiełbasy.
Dietetycy mówią, że kiełbasa to kulinarne przestępstwo...
Na szczęście zdarza mi się to rzadko. Staram się przestrzegać zasad zdrowego żywienia, choć nie tak jak obsesyjnie jak kiedyś, gdy koło domu posadziłam warzywniak. Buraki, marchewka, pietruszka, ziemniaki, dynie, kabaczki... Kosztowało to trochę pracy, ale cieszyło mnie, że moi synowie, Kajetan i Cyprian, jedzą warzywa bez dodatków chemicznych, hodowane na kompoście. Teraz brakuje mi na to czasu. Mimo to staram się robić zakupy na bazarach w Falenicy, gdzie mnie wszyscy znają, mam zaprzyjaźnione stoiska ze świeżymi warzywami i owocami.
Pani ulubiony posiłek to?
Śniadanie. Nauczyły go mnie jeść moje dzieci. Kiedyś wystarczała rano duża kawa z mlekiem i czułam się pozytywnie nakręcona na cały dzień. Gdy urodził się Cyprian, wszystko stanęło na głowie. Budził się o 4 rano. Musiałam więc coś zjeść, żeby mieć siłę. Gotowałam sobie parówki odchudzone albo robiłam twarożek. Dziś bez śniadania nie wyjdę z domu. Próbuję nauczyć tego mojego męża. Rano zje serek wiejski, a potem „jedzie” na kawie i ewentualnie ciastkach, bo obok nas jest cukiernia z pysznymi wypiekami. Kiedy mam okazję, w ciągu dnia przywożę mu do teatru coś dobrego.
A synowie mają apetyt?
Mogliby jeść cztery zupy na okrągło: rosół, pomidorową, barszcz i żurek. Mięso, pierogi. A najchętniej – słodycze. Musieliśmy z mężem wprowadzić ograniczenia – mogą jeść łakocie tylko w weekendy. Choć widzę, że 11-letni Kajetan czasem potrzebuje cukru. Po obiedzie prosi mnie chociaż o kawałek czekolady. Ulegam. Sama też czasem muszę zjeść coś słodkiego. Trzeba być dla siebie dobrym, raz na jakiś czas najeść się na przykład faworków – inaczej byśmy oszaleli. Jak jestem głodna, chodzę zła. Kiedy pochłonę czekoladę, staję się dla otoczenia bardzo miękka! A za lody czekoladowe dałabym się pokrajać.
A po nich? Katowanie się na siłowni?
W ogóle tam nie chodzę. Fitnessem jest dla mnie bieganie od urzędu do urzędu w sprawach związanych z teatrem. Nie zamartwiam się, że przybył mi centymetr w talii. Pewnym ludziom w krągłościach jest dużo lepiej niż w wersji „light”. Lubię, gdy dziewczyna ma biust, trochę bioder, jest wtedy bardzo kobieca. Uważam też, że trzeba pokochać się taką, jaką się jest.
Przepis
Zapiekane bakłażany z parmezanem
•2 duże bakłażany •10 dag mozzarelli •20 dag startego parmezanu •puszka pomidorów bez skórki •listki bazylii •oliwa z oliwek •sól, świeżo zmielony pieprz
Bakłażany i mozzarellę pokrój w plastry grubości pół cm. Posyp warzywa solą i odstaw na 10 minut. Usuń z bakłażanów sól i nadmiar wody, osusz je papierowym ręcznikiem i lekko przyrumień na oliwie. W żaroodpornym naczyniu układaj warstwami pomidory z zalewą, przyprawione solą i pieprzem, listki bazylii, mozzarellę i bakłażany. Ostatnią warstwę powinny stanowić pomidory posypane startym parmezanem. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180°C i zapiekaj danie przez ok. 20 minut.



