• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Talia jest ważna
  • Dieta dopasowana w pasie
  • W poszukiwaniu wcięcia z bajki
  • Magdalena Stużyńska: Uwielbiam dobrą kuchnię, także tę niezdrową...
  • Ciepło wyszczupla
  • Kuracja prezydencka – czyli dieta kapuściana
  • Wiosna w stylu fitness
  • 15 superodchudzających produktów
  • Jak efekt domina
  • Chcesz być zgrabna? Walcz z estrogenami
  • więcej w tym wydaniu

Magdalena Stużyńska: Uwielbiam dobrą kuchnię, także tę niezdrową...

Superlinia, 3/2009; 14-15
Ewa Rosa
  • Magdalena Stużyńska, fot. KAPiF
więcej zdjęć
Jeśli idzie o utratę wagi, jestem przeciwniczką radykalnych kroków. Byle nie dać się zwariować. Gdybym miała podać receptę na sukces w utrzymaniu dobrej sylwetki, powiedziałabym: umiar w jedzeniu i aktywność fizyczna.

Magdalena Stużyńska - Ma 34 lata, pochodzi z Giżycka. Jako młodziutka dziewczyna należała do ogniska teatralnego przy warszawskim teatrze Ochoty, gdzie zadebiutowała na deskach w wieku lat 15. Rok później zadebiutowała na dużym ekranie w filmie „Brama do raju” w reżyserii Ryszarda Mocha. Zagrała tam narkomankę. Od 1999 r. występuje w warszawskim Teatrze Kwadrat. Jej ważniejsze role w filmach fabularnych to sanitariuszka w „Pierścionku z orłem w koronie” i Mariolka w „Słodko gorzkim”. Jest natomiast niekwestionowaną gwiazdą seriali telewizyjnych: grała w „Domu”, „Złotopolskich”, „Na dobre i na złe”, „Daleko od noszy”, „Niani”, „Heli w opałach”. Jest żoną biznesmena Łukasza Brauera. W 2005 roku urodziła synka Brunona.

Wiele lat temu chciała pani schudnąć dzięki tzw. diecie księżycowej. Spełniła pani swoje oczekiwania?
Jak większość kobiet, odchudzałam się w życiu już wiele razy. Kilka razy z całkiem dobrym skutkiem. Szczegółów diety księżycowej nie potrafię sobie jednak przypomnieć. Pamiętam tylko to, że zaczyna się dzień przed pełnią, a jej reguła mówi: gdy księżyca ubywa, spada także waga ciała. Trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu właśnie ta dieta okazała się skuteczna, bo zanim się na nią zdecydowałam, byłam na innej, która zalecała jedzenie gotowych preparatów z torebki.
W sumie, na jednej i drugiej diecie zrzuciłam chyba z 5–6 kilogramów. Oczywiście na krótko, bo przyszedł efekt jojo. A wcale nie było tak, że po zakończeniu diety zaczynałam jeść bez opamiętania. Jadłam zupełnie normalnie, a i tak trochę przytyłam. Dlatego, jeśli idzie o utratę wagi, stałam się przeciwniczką radykalnych kroków.

Czy oprócz diety wypróbowała pani jakieś inne sposoby na pozbycie się zbędnych kilogramów?
Odchudzanie z głową. Nigdy nie byłam osobą bardzo korpulentną, ale jak większość osób z genetycznymi skłonnościami do tycia, zdarzają mi się wahania wagi. Tyję, a potem  muszę z tym walczyć. Swój rekord ustanowiłam w ciąży. Niby to zrozumiałe, ale w sumie przybyło mi przez dziewięć miesięcy aż 20 kilo. Gdy 3,5 roku temu przyszedł na świat Bruno, byłam przerażona moim wyglądem. Potem zadecydował los. Okazało się, że Bruno ma alergię pokarmową, więc muszę zastosować ostry reżim żywieniowy. Kolejne 9 miesięcy, gdy karmiłam synka, mogłam jeść tylko gotowaną kaszę, ryż, indyka pieczonego, jabłko pieczone, gotowane warzywa i chleb z oliwą. Nie mogłam pozwolić sobie nawet na kieliszek czerwonego wina ani na kawę, którą bardzo lubię. W efekcie zrzuciłam wtedy chyba 10 kilo i wróciłam do wagi sprzed ciąży.

A gdy przestała go pani karmić, to…
...powiedziałam sobie: no, wreszcie mogę jeść wszystko! I rzeczywiście, zaczęłam sobie dogadzać. Skończyło się tym, że ciągu czterech miesięcy znów utyłam. Przeraziłam się nie na żarty. Wtedy postanowiłam, że muszę to zastopować. Poszłam do lekarza dietetyka. Stwierdził, że mam bardzo złe nawyki żywieniowe. Byłam przyzwyczajona do jedzenia tylko dwa razy dziennie, w tym dużego, obfitego posiłku wieczorem, po powrocie ze spektaklu w teatrze. Dietetyczka zaleciła mi jeść pięć razy dziennie, niewielkie porcje. Powiedziała też, że moja dieta jest za mało zróżnicowana. Jadłam za to dużo nabiału. W diecie, którą od niej dostałam, pojawiło się mięso. Nie przepadam za nim, ale ma enzymy niezbędne dla dobrego metabolizmu. Od tamtej chwili odżywiam się dosyć racjonalnie, trzy, cztery razy dziennie. Spadek wagi przyszedł więc bez trudu.

Smaki to jedna z przyjemności życia. Lubi pani jeść?
Uwielbiam. I niestety, lubię dobrą kuchnię, także tę niezdrową. Mogłabym na okrągło jeść słodycze, tłuste sery, biały chleb, bagietki. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – jeśli ktoś, tak jak ja, ma tendencje do tycia, musi uważać na to, co kładzie na talerzu. Chociaż dietetyczka powiedziała, żeby nie dać się zwariować. Czasem można nawet pozwolić sobie na coś słodkiego, byle zachować proporcje. Jak mamy ochotę na tort, to zjedzmy mały kawałek albo połówkę porcji. Stawiajmy sobie granicę.

Udaje się pani trzymać taki reżim? Z obserwacji wiem, że po jakimś czasie machamy na to wszystko ręką i mówimy sobie: a co tam… dietę zacznę od następnego poniedziałku!

Czasem i mnie zdarza się tak powiedzieć. Związane jest to raczej z psychiką, kiepskim samopoczuciem. A może to hormony? Pułapką jest też siedzenie w domu, blisko lodówki. Gdy mam trochę czasu, ciągle do niej zaglądam. To jogurcik, to kawałek bułeczki… i napycham się w niekontrolowany sposób.. To jest zabójcze. Na szczęście kiedy jednego dnia zaszaleję, na drugi dzień staram się jeść mniej. Na przykład, moje ulubione danie to warzywa na parze i kasze. I robię, co mogę, by nie jadać bezmyślnie. Miałam już wycinany pęcherzyk żółciowy, co w moim wieku jest rzadkością. Oczywiście, to geny. Członkowie mojej rodziny też mają tego typu dolegliwości. Ale lekarz powiedział, że radykalne diety mogą się przyczynić do chorób woreczka żółciowego.

Znalazła pani własny sposób na oszukanie głodu?

Gorąca woda z cytryną. I jogurt naturalny, choć wiem, że zimą jest on niewskazany, bo wychładza organizm. W lodówce staram się mieć jeszcze kilka opakowań serków wiejskich typu light.

Podobno dieta zaczyna się na etapie zakupów?

Jak najbardziej. W sklepie patrzę na słoik majonezu, który uwielbiam, ale zostawiam go na tej półce. Kupuję za to chlebek chrupki, serki light. No i warzywa, które chętnie przygotowuję na parze. Wspaniale oszukują głód – można bezkarnie zjeść ogromną porcję. Lubię dodawać do warzyw parmezan albo trochę masła, by mieć też przyjemność z jedzenia.

A fitness? Stara się pani ćwiczyć?
Chodzę na siłownię, ale bardzo nieregularnie. Nie mam swojego trenera ani wyznaczonych zajęć. Czasem w domu robię sobie kobiece pompki – ze wsparciem na kolanach. Mam też inne proste ćwiczenie: od połowy zwisam z łóżka (niezbyt wysokiego) i robię trzy serie po 29 brzuszków. Lubię też callanetics. To minimalny ruch, 5–7 minut, a czuję się po tym fantastycznie, mam lepsze krążenie.
Nie zależy mi na tym, żeby specjalnie wyrzeźbić ciało. Mam 161 cm wzrostu i ważę 54 kilo. To nie jest mało i właśnie dlatego, że mam sporo mięśni. Gdybym miała dać receptę na sukces w utrzymaniu dobrej sylwetki – powiedziałabym: zachować umiar w jedzeniu i starać się o aktywność fizyczną.

Przepis

Ryba pieczona w folii

Sprawioną rybę natrzyj solą i sokiem z cytryny. Posmaruj folię aluminiową oliwą i położ na niej rybę. Zagnij boki z obu stron i lekko zwiń w płaski rulon. Ułóż na blasze i piecz w nagrzanym piekarniku (190°C) około 30 min. Odwiń, wyłóż rybę na gorący talerz. Polaną sosem (4 łyżki oliwy, 2 łyżki soku z cytryny) dopraw solą i pieprzem do smaku. Podawaj ze świeżym białym pieczywem lub frytkami i zieloną sałatą.

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)
 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt