PatrycjaKosiarkiewicz - Kompozytorka, autorka tekstów, wokalistka. Ma na swoim koncie trzy płyty, właśnie wydaje kolejną. Felietonistka „SuperLinii”
Skąd u pani pomysł pisania felietonów?
Felieton wydaje mi się najbardziej twórczą formą w dziennikarstwie. A w byciu twórcą spełniam się najbardziej. Sama piszę teksty swoich piosenek. Zawsze chciałam też uprawiać inne formy pisania i m.in. dlatego ukończyłam studia na wydziale dziennikarstwa Collegium Civitas. Dziennikarstwo to „kalkowanie” rzeczywistości. Mnie bardziej „kręcą” formy, które pozwalają jeszcze dodać do tego coś od siebie, jakiś osobisty komentarz, zaprawiony szczyptą oryginalności. Mój felieton dla „SuperLinii” to specyficzna forma dziennikarska – to tzw. felieton fabularyzowany. Nie tak wielu felietonistów go uprawia – w ostatnich latach Monika Piątkowska i Leszek Talko w „Gazecie Wyborczej”. Nie wzorowałam się na nich, choć istnieją tu pewnie jakieś punkty styczne. Taki felieton ukazuje rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Czasem zahacza nawet o karykaturę, żeby wypunktować to, na co chce się zwrócić uwagę czytelnika. Myślałam o pisaniu felietonów już od jakiegoś czasu. Napisałam jeden, potem drugi. Zrobiła się z tego cała opowieść.
Jak by pani opisała bohaterki cyklu „Dzidka i ja”?
„Ja” to ktoś w rodzaju zdystansowanego narratora, który niewątpliwie przypomina mnie pod pewnymi względami. Każdy człowiek ma przecież wiele różnych twarzy. Dzidka to osoba, na której się koncentrujemy, bardzo egzaltowana, mocna w pracy, rozczulająco nieporadna w życiu osobistym. Singielka. Mieszka w dużym mieście, pracuje w agencji reklamowej. Wymyślając ją, nie wzorowałam się na żadnej osobie z mojego otoczenia.
Niedługo ukaże się pani nowa płyta „Życie jak świeczka na torcie”. W wywiadach mówiła pani, że będzie to najlepszy pani krążek...
Ta płyta będzie opowieścią o rozczarowaniu i o uczeniu się tego, jak je zaakceptować. Będzie słodko-gorzka.
To płyta autorska?
Tak. Sama skomponowałam melodie i napisałam teksty. Ale to także praca zbiorowa, efekt twórczego wysiłku moich wspaniałych współpracowników.
Czy lubi pani jeść?
Bardzo lubię. Najbardziej słodycze!
To nie jest komfortowa sytuacja dla artystki!
Oczywiście, że nie. Dlatego jedna część mnie lubi jeść, a druga dobrze wie, że nie należy takim upodobaniom folgować. Te obie strony mojej osobowości ciągle ze sobą walczą. Jestem więc polem bitwy! Tak naprawdę, nie pozwalam sobie zbyt często na słodycze. Ale jak już sobie pozwalam, wtedy idę na całość! Ostatnio robię to jednak bardzo rzadko. Przygotowujemy się do wydania płyty, więc trzeba zachowywać wstrzemięźliwość.
Koncerty oznaczają na ogół nieregularne jedzenie. Dopiero późnym wieczorem opadają emocje.
Z pewnością chciałoby się wtedy coś zjeść…Staram się trzymać zasady, żeby nie jeść wieczorami i nocą. A poza tym występy i w ogóle – praca to tak wielki wydatek energetyczny, że później jestem w stanie tylko położyć się i zasnąć. Jedzenie nie wchodzi w grę. Alkohol też nie, jestem abstynentką. Od ponad dziesięciu lat nie jem też mięsa.
Bo kocha pani zwierzęta?
Powiedzmy: z powodów duchowych, moralno-etycznych. A zwierzęta rzeczywiście kocham. Największą miłością mojego życia jest teraz ośmioletni golden retriever.
Co konkretnie pani jada?
Wszystko, oprócz mięsa i ryb. Niedawno usłyszałam teorię, że kobiety w ogóle nie potrzebują jeść dużo mięsa. I nie jest tak, że wcinam np. głównie soję, bo akurat za nią nie przepadam.
Pani przykładowe śniadanie?
Ostatnio owsianka albo chlebek chrupki z odrobiną masła orzechowego lub czymś słodkim, np. miodem. Czasami serek wiejski lub banany. To zależy od tego, jaki trening mam w planach. Potem, w porze lunchu, coś lekkiego. Może to być kanapka, może być sałata. Uwielbiam zwłaszcza sałaty z mnóstwem różnych dodatków – pomidorów, ogórków, serów, jajek. Do tego jakiś fajny sos. Popołudniami jem podobnie. No i piję hektolitry kawy. Od czarnej bez cukru zaczynam każdy dzień. Ostatnio zaczęłam pić bardzo dużo wody. I to pochodzącej ze specjalnego zbiornika z filtrem osmotycznym. Jest naprawdę świetna! I smaczna. Na niej też wszystko gotuję. Ogólnie lubię kuchnię śródziemnomorską, ale też azjatycką, np. tajską. Nie przepadam za polskimi daniami – choć barszcz robię podobno dobry.
Nie podjada pani w stresowych sytuacjach związanych z pracą?
Nie, bo dla mnie stres łączy się ze sprawami osobistymi, nie z zawodowymi. Uwielbiam pracować. To mnie uskrzydla. Właściwie najczęściej bywam głodna po dużym wysiłku fizycznym. Na przykład gdy chodzę do mojego ulubionego Gymnasionu…
I tam się pani katuje…
Ależ wcale się nie katuję! Bardzo dobrze się tam czuję. Ćwiczę co najmniej cztery razy w tygodniu, już od 6-7 lat. Zaczęłam od małego klubu. Gdy poszłam tam po raz pierwszy, czułam pot na skroniach. Instruktorka kazała mi wywijać fikołki, a ja chciałam uciec i więcej nie wracać. Ale ta mądra babka przekonała mnie, że nie należy się poddawać. Zostałam. Od tego czasu ja, dla której wysiłek fizyczny był synonimem straszliwej pokuty i która przez całe dzieciństwo próbowała się urwać z wuefu, nagle zakochałam się w ćwiczeniach! Po prostu „muszę, inaczej się uduszę”. W Gymnasionie chodzę głównie na aerobik. Lubię zajęcia z choreografią. Od roku też biegam. Namówił mnie do tego sąsiad aktor Andrzej Nejman, gdy po sylwestrze spotkaliśmy się na „poprawinach” i obżeraliśmy straszliwie. Zaczęliśmy rozmawiać o joggingu, który Andrzej uprawiał, żeby przygotować się do pewnej roznegliżowanej roli. Jakoś to do mnie przemówiło i zaczęłam regularnie biegać po tej naszej wsi. Bo mieszkam pod Warszawą, wśród buraków, tak jak bohaterka moich felietonów. Niekiedy biegam też po Lesie Kabackim. Powstała tam wspólnota ludzi biegających, którzy pozdrawiają się jak na górskim szlaku. Bieganie jest świetne, nie należy się zrażać. Gdy jest ciężko, można zacząć od marszu. Trzeba się jednak zaopatrzyć w dobre buty.
Stosowała pani jakieś diety?
Wszystkie! Zawsze uważałam, że jest mnie troszkę za dużo. To były inne czasy, inaczej się jadło. Dietetyka była w powijakach. Która z diet okazała się najgorsza? Trudno powiedzieć. Każda była przez jakiś czas skuteczna. Dawno temu, przed występem na festiwalu w Opolu, stosowałam dietę Cambridge. W wyniku tego miałam interesująco zapadnięte policzki. Jeśli chodzi o diety, jestem prawdziwą specjalistką. Dokładnie wiem, co należy jeść i jaka jest wartość kaloryczna potraw. Ale teoria to jedno, a praktyka to drugie. Dzisiaj uważam, że najlepsza jest „metoda MŻ” , czyli „mniej żreć”, jak śpiewał Jan Pietrzak. Należy też powstrzymywać się od słodyczy. I regularnie ćwiczyć. No i akceptować siebie. Nie żyjemy w krainie chińskich mundurków. Jest miejsce dla kobiet w różnych rozmiarach!
Przepis
Pasztet z soczewicy
Szklankę czerwonej soczewicy przepłucz, zalej 2 szklankami wody. Ugotuj z listkiem laurowym i małą cebulą, nadzianą 3 goździkami. 4 marchewki, 2 pietruszki i kawałek selera zetrzyj na tarce. Pokrój 3 cebule, zeszklij na maśle. Dodaj starte warzywa. Smaż, dodaj pieprz, sól, 2 wyciśnięte ząbki czosnku, szczyptę curry, kuminu, chili, zielonego pieprzu i parę kropel sosu sojowego. Warzywa pomieszaj z soczewicą, dodaj 3 rozbite jajka. Masę przełóż do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką keksówki. Piecz 30–40 min w temperaturze 180oC.



