modelka: nasza Czytelniczka Bianka
wiek: 20 lat
wzrost: 172 cm
waga: 64kg
biust: 88 cm
biodra: 90 cm
talia 72 cm
Odkąd pamiętam, i w przedszkolu, i w szkole, byłam większym dzieckiem niż moi rówieśnicy. Wyróżniałam się nawet wśród chłopców. W ogóle mi to nie przeszkadzało, czułam się świetnie sama ze sobą! Mieszkałam poza miastem, całe dnie spędzałam czynnie, na świeżym powietrzu. Uprawiałam wiele sportów: pływanie, unihockey, koszykówkę, piłkę ręczną. Moją zgubą były jednak pyszne ciasteczka, czekoladki, słodkie napoje, niezliczone ilości lodów, gofrów, naleśników, cukiereczków i innych słodkości.
Czekanie na księcia z bajki
Jeszcze w gimnazjum i na początku liceum nic na mnie nie działało: kąśliwe uwagi rówieśników, delikatne słowa bliskich znajomych, czy też spojrzenia i komentarze mamy podczas zakupów (których oczywiście nie lubiłam, bo nie zawsze mogłam kupić to, co naprawdę mi się podobało – ze względu na rozmiar...). Ja jednak byłam uparta, wmówiłam sobie, że kocham siebie taką, jaka jestem i nawet nie chcę się zmieniać. Chciałam udowodnić całemu światu, że gruba Bianka też może być szczęśliwa, że na przekór wszystkim, nigdy nie będzie szczupłą laską i pewnego dnia znajdzie się taki książę z bajki, na białym rumaku, który pokocha jej duszę, jej oczy i serce (niepoprawna romantyczka!). Wiedziałam też, że z moją miłością do słodkości szczupła sylwetka to utopia. Tym bardziej, że jednak próbowałam odchudzać się niezliczoną liczbę razy (zawsze zaczynając: „od poniedziałku!”)...
Bez szans na tytuł królowej balu
Doskonale pamiętam przełomowy moment: listopad 2008, dwa miesiące przed studniówką. Dziewczyny z fascynacją opowiadały o polowaniach na boskie kreacje, o wymarzonych sukienkach. To był moment, w którym uświadomiłam sobie, że podczas tego wyjątkowego wydarzenia, jakim jest studniówka, na pewno nie zostanę królową balu, nie wyjdę na parkiet i nawet nie oddam się szałowi polowania na sukienkę, gdyż będę zmuszona kupić taką, jaka będzie na mnie pasować. Łezka mi się w oku zakręciła i powiedziałam przyjaciółce: „Od poniedziałku się odchudzam. Nie, od dziś się odchudzam!” Stwierdziłam też, że skoro książę z bajki wciąż nie nadjeżdża, to może jakoś ja spróbuję o niego zawalczyć, zamiast bezczynnie i uparcie czekać? I tak, walkę zaczęłam od siebie...
Książę jednak pojawia się...
Pierwsze najważniejsze zmiany: wyeliminować słodycze, białe pieczywo; pić więcej wody. Z ćwiczeniami nie miałam problemu, przecież kochałam sport. Nie obyło się oczywiście bez pierwszych błędów... Zamiast tłuste i słodkie produkty zamieniać na inne, po prostu ograniczałam je do minimum. Na śniadanie jabłko, na obiad pół schabowego i trochę surówki. Cały czas byłam głodna. Po tygodniu schudłam 2 kg i to dodało mi siły do walki z pokusami, które czyhały (i nadal czyhają...) na każdym kroku. Na szczęście szybko się otrząsnęłam i postanowiłam zmienić dietę tak, by nie głodować. By jeść naprawdę zdrowo, by nie nabawić się żadnej choroby. Nigdy nie powiem, że było łatwo. Momentami było bardzo ciężko i miałam ochotę rzucić się na czekoladowy tort w cukierni, na swoje ukochane batoniki w sklepie... Z czasem jednak nauczyłam się zastępować batony gorzką czekoladą, ciasteczka i paluszki – orzechami lub bakaliami. Teraz zdarzy mi się zjeść domowe ciasto, tort na przyjęciu, a nawet wyskoczyć z przyjaciółkami na megalody do cukierni. Wtedy staram się więcej poćwiczyć wieczorem albo... powtarzam, że raz na jakiś czas, w dobrym towarzystwie, małe, słodkie co nieco krzywdy mi nie zrobi.
Dziś z obrzydzeniem patrzę na nafaszerowane chemią batony i kremowe ciastka w sklepie. Wybieram gotowane potrawy z dużą ilością warzyw. Bez żalu pożegnałam słodkie czekoladowe płatki śniadaniowe, zastępując je pysznym, owocowym muesli
z jogurtem naturalnym. Poprawiła mi się skóra, cera i włosy. Mam więcej energii i pewności siebie.
Nie wszystko we mnie się zmieniło. Pozostał mi niepoprawny optymizm i uśmiech, które towarzyszą mi prawie zawsze. Jak na upartego Koziorożca przystało, wciąż powtarzam, że „jutro będzie lepszy dzień” i „każdy jest coś wart takim, jakim jest”. Staram się realizować własne marzenia, uciekam czasem od szarości dnia codziennego, wyjeżdżając gdzieś daleko z aparatem i fotografując każdą chwilę.
Mało pozytywów z przemiany? Więc jeszcze dla zachęty dodam: swego czasu książę z bajki się pojawił. Co prawda, dziś nie jesteśmy już razem, ale czas z nim spędzony to wspaniały okres w moim życiu, a wiele zmian to także jego zasługa.
Sprzymierzeńcy odchudzania
Studniówka
To pierwszy silny bodziec – nie tylko do rozpoczęcia odchudzania, ale też do wytrwania na diecie. Pozazdrościłam po raz pierwszy w życiu koleżankom ich ekscytacji wyborem stroju. A mnie w tamtym stanie pozostawała tylko sukienka, w którą mogłam się wtedy zmieścić.
Koktajl błonnikowy
Od podstaw robię go sama. Pestki dyni w łupinie, siemię lniane i dowolne owoce, które dadzą się łatwo zmiksować, zalewam wodą i w blenderze przygotowuję jednolity napój. To zastrzyk zdrowej energii i duża porcja błonnika, która usprawnia pracę układu pokarmowego.
Skakanka i hula-hop
Czyli pożyteczny powrót do czasów dzieciństwa. Codziennie oddaję się tym aktywnościom przez 20 minut. Hula-hop świetnie kształtuje talię. A skakanie na skakance spala mnóstwo kalorii. Mam więc odchudzanie i modelowanie ciała oraz dużo dobrej zabawy.
1. Na co dzień: wygodnie i z klasą
spodnie 194 zł, bluzka 305 zł, Tuzzi, CM Nadarzyn; bransoletka KappAhl, 39 zł; kolczyki Ko-ara, 24 zł; szpilki Bucikowo, 89 zł; torebka Menbur, 159 zł
2. Blask kobiecości: wyjściowo
sukienka Topsi, 210 zł, CM Nadarzyn; perły 39 zł; kolczyki 14 zł, Soraya; szpilki Zara, 169 zł
3. Szyk, powaga, elegancja: zawodowo
żakiet 588 zł, spódnica 283 zł, Leo Lazzi, CM Nadarzyn; korale (welurowe kulki) Forever 18, 17,90 zł; korale (srebrne kulki), Soraya, 52 zł; szpilki Zara, 229 zł
***
zdjęcia: Piotr Ratajski/OVERLINE; stylizacja i makijaż: Katarzyna Misiak; fryzura: Magdalena Wochna, Salon Beaty Potocznej, Corte del Sole




