• Blogi
  • Ćwiczenia
  • Diety
  • Kluby puszystych
  • Listy
  • Metamorfozy
  • Moda
  • Psychologia
  • Inne
    • Anoreksja i bulimia
    • Nadwaga/otyłość
    • Ośrodki odchudzania / SPA
    • Pomiary masy ciała
    • Preparaty odchudzające
    • Pytania i odpowiedzi
    • Zabiegi odchudzające

Czerwiec nr 6/2012
  • Wydania online
  • Najnowszy numer
  • Prenumerata
  • Kontakt

W tym wydaniu również

  • Witaminy i minerały na talerzu
  • Gruba
  • Pozbądź sie toksyn i odzyskaj energię
  • Dieta oczyszczająca
  • Czas pokazać twarz
  • Wiosenne porządki
  • Beata Sadowska: Wsłuchuję się w siebie
  • Po prostu ćwicz!
  • Jak poskromić swój apetyt
  • Dieta dla rzucających palenie
  • więcej w tym wydaniu

Gruba

Superlinia, 3/2008; 68-69
  • rys. Shutterstock
więcej zdjęć
Przez całe życie byłam gruba. Przez całe życie odchudzałam się. Do operacji – desperacko, szybko, za wszelką cenę i dla innych. Po operacji – spokojnie, powoli, rozsądnie i dla siebie. Oto moja historia.

Nie pamiętam chwili, kiedy postawiono diagnozę – obustronne zwichnięcie stawów biodrowych. Był 1972 r., miałam wtedy roczek. Nie pamiętam jak rozsuwano mi nogi do szpagatu i oblewano gipsem lub zamykano w aparatach ortopedycznych. Nie pamiętam lekarzy, którzy odwracali wzrok, kiedy rodzice pytali, czy w ogóle będę chodzić. Nie pamiętam radości bliskich, kiedy znaleźli ortopedę, który zadeklarował, że mnie wyleczy. Miałam 1 rok i 5 miesięcy.

Nie pamiętam stołu – wyciągu, na którym unieruchomiono mnie na blisko dwa lata. Nie pamiętam rzemiennych pasów, którymi mocowano moje nogi do jego blatu, abym nimi nie ruszała. Nie pamiętam, jak to jest jeść, bawić się, śmiać i cierpieć z bólu, uczyć, obserwować świat, a nawet spać wyłącznie na siedząco. Nie pamiętam też pierwszych samodzielnych kroków, ani żmudnych ćwiczeń rehabilitacyjnych.

Ty jesteś inna

Pierwsze, co pamiętam, to pierwszy dzień w przedszkolu. Miałam 6 lat. To wtedy dowiedziałam się od dzieci, że nie jestem taka jak one, bo jestem grubasem. Od tamtego czasu zaczęłam przyglądać się swojemu ciału. Rzeczywiście, było inne. Było go po prostu więcej. Z roku na rok – coraz więcej.

W szkole podstawowej „dobiłam” do 80 kg, a w liceum przekroczyłam 100.

– Dlaczego nic z tym nie robicie? – dopytywali rodziców i znajomi, i obcy. Ci zaś, umęczeni podróżami od jednego specjalisty do kolejnego, powtarzali to, co usłyszeli. Najpierw, że z „tego” wyrosnę, potem, że jestem za mała na radykalne diety, w końcu, że to szaleństwo odchudzać dojrzewającą dziewczynkę. Dopiero w III klasie liceum wysłano mnie na kompleksowe badania i obserwację do szpitala. Diagnoza – otyłość. Przyczyna – nieznana. Ale może to geny, bo w rodzinach mamy i taty wiele jest osób pokaźnych rozmiarów... A może unieruchomienie na wyciągu wywołało zmiany hormonalne... A może jednak zbyt obfite odżywianie? I choć podczas kilkutygodniowego pobytu w klinice, przy diecie 1000 kcal nie schudłam prawie nic, lekarze poradzili mi jedno – mniej jedz!

Jedna myśl: schudnąć

Nigdy się nie dowiedziałam, skąd wzięła się moja otyłość. Ale też nie traktowałam jej jako choroby. Przy swoim rosnącym ciężarze byłam bardzo aktywna. Skakałam przez gumę na podwórku, pomagałam dziadkom w gospodarstwie na wsi, grałam w badmintona, chodziłam do szkoły, byłam członkiem Klubu Młodej Filharmonii. Otyłość przeszkadzała mi w jednym – w zdobyciu akceptacji innych.

Dzieciństwo i okres dojrzewania chcę wymazać z pamięci. Byłam wtedy głównie prześladowana, szykanowana, poniżana, ośmieszana, a nawet bita. Nauczyciele zwracali się do mnie zwykle po nazwisku, a dzieci per: grubas, gruba świnia, maciora, albo nie odzywały się wcale. Pewnego dnia, kiedy wracałam do domu, koledzy z klasy obrzucili mnie kamieniami… Nieliczne przyjaźnie wówczas nawiązane pielęgnuję do dziś. Wtedy jednak starałam się nie obarczać swoimi problemami ani rodziców, ani koleżanek. Uciekłam w milczenie, przerywane płaczem w poduszkę, i marzenia. A najbardziej chciałam schudnąć. Myślałam – jeśli będę szczupła, to ludzie nie będą już oglądać się za mną na ulicy z odrazą, „szeptać”, że jestem potworem, zaczną mnie lubić, chłopcy będą mnie zapraszać na randki, i będę mogła nosić modne ciuchy.

Czekając na cud

Diet, które „zaliczyłam”, było tak dużo, że nie potrafię ich wymienić. Na pewno była mleczna, owocowa, warzywna, 1000 kcal, wodna. W zrzuceniu kilogramów miały też pomóc ćwiczenia (w domu, na basenie, na siłowni), masaże odchudzające, zioła od mnichów i pigułki od lekarzy. Pozwoliłam, aby nakłuwano mi uszy igłami do akupunktury, ugniatano bezlitośnie stopy podczas akupresury, wprowadzono w hipnotyczny trans. Cudu oczekiwałam po dotyku światowego bioenergoterapeuty Harrisa. Te wszystkie – z czasem coraz bardziej desperackie – starania, jeśli dawały efekty, to na krótko. Spadki wagi „odrabiałam” z nawiązką.

Na początku lat 90. dostałam się na wymarzone studia. Szybko znalazłam też pracę. To na uczelni i w firmie odkryłam, że są ludzie, którzy pamiętają moje imię, nie odwracają się ze wstrętem na mój widok, a nawet całują w policzek i przytulają na powitanie. Tak naprawdę dopiero wtedy, jako 20-latka, zaczęłam dojrzewać. Także do tego, że już zawsze będę gruba.

Jeszcze do niedawna informacje o szpitalach, które wykonywały zabiegi chirurgicznego leczenia otyłości, i o samych operacjach przekazywano sobie „pocztą pantoflową”, a wielu pacjentów się do nich nie przyznawało. Nawet teraz spotykam ludzi, którzy wstydzą się, że nie poradzili sobie sami. Ba! Przez kilka lat sama do nich należałam.

Jednak jesienią 1996 r. dowiedziałam się, że w klinice w Zabrzu jest chirurg, który leczy otyłość operacyjnie. Nie wahałam się. Podczas konsultacji prof. Marian Pardela (dziś na emeryturze) obejrzał mnie dokładnie, wysłuchał przebiegu choroby i zapytał, czy mam szczoteczkę do zębów, bo jeśli tak, to on ma dla mnie łóżko…

Jak zostałam Nitką

Do zabiegu przekonała mnie… waga. Ważono na niej warzywa i mięso dostarczane do kuchni oraz pacjentów, dla których na wadze lekarskiej zabrakło podziałki. Kiedy na niej stanęłam, zażywna Ślązaczka, szefowa kuchni, krzyknęła: 152 kg! A gdy zobaczyła, że zaraz wybuchnę płaczem fuknęła: – Nie rycz głupia! To i tak mało! Zaczęli mówić na mnie… Nitka.

Zanim trafiłam na stół, przeszłam na dietę „nic” (tylko woda, żeby oczyścić układ pokarmowy) oraz przez wiele badań – m.in. EKG, gospodarka tłuszczowa, poziom hormonów, analizy krwi, moczu. Wszystko po to, aby wykluczyć inne schorzenia, które mogły być przyczyną otyłości, oraz sprawdzić, czy moje otłuszczone serce i mniej wydolny układ oddechowy wytrzyma kilkugodzinny zabieg w pełnej narkozie. Była też długa rozmowa z dr. Mariuszem Wyleżołem, ówczesnym asystentem prof. Pardeli, który wyjaśnił mi, na czym będzie polegała operacja i ile czeka mnie po niej wyrzeczeń. Przyznaję, chciałam zwiać – bałam się operacji i bólu. Nie uciekłam tylko dzięki mamie…

Trudy rekonwalescencji

Operacja metodą Masona odbyła się 16 listopada. Byłam dopiero dwudziestą którąś pacjentką leczoną chirurgicznie z otyłości w klinice w Zabrzu. Lekarze nie mieli jeszcze wielu doświadczeń, więc z dużą ostrożnością wprowadzali kolejne etapy rekonwalescencji.

Sondę żołądkową usunięto dopiero po 7 dniach. Przez pierwszych kilka tygodni piłam tylko wodę (na Wigilię zjadłam galaretę z ryby), potem lekkie soki i zmiksowane zupy, a następnie papki. Zębów zaczęłam używać do jedzenia dopiero na Wielkanoc 1997 r. Chodziło o to, aby zmniejszony żołądek – 30 ml – przyzwyczaić powoli do normalnego działania. Na raz mogłam zjeść tylko kilka łyżek zupy albo pół kromki chleba. Większe „obżarstwo” kończyło się wymiotami.

Na efekty nie czekałam długo. Chudłam średnio po 10-12 kg na miesiąc. Żyłam w ekstazie podsycanej przez rodzinę, znajomych, którzy wiedzieli o moim zabiegu, i lekarzy: – Jest świetnie, trzymaj tak dalej! W lipcu 1997 r., kiedy ważyłam już 72 kg, znowu trafiłam na stół operacyjny. Tym razem trzeba było usunąć ogromny worek skóry, który został na moim brzuchu, kiedy zniknął z niego tłuszcz. Pod radością czaiły się jednak smutek i niepewność…

Czy ja to ja?

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia budzicie się, stajecie przed lustrem, a w tafli widzicie kogoś, kogo... w ogóle nie znacie. Tak jakby nagle ktoś przeniósł wasze ego – myśli, wspomnienia, emocje – do innego ciała. Tak właśnie czułam się, kiedy patrzyłam na swoją szczupłą, ale nieforemną sylwetkę, na zmienioną twarz z zapadłymi oczami. „To przecież nie ja” mówiłam, ale tylko w duchu. Operacja była kosztowna, wiele się po niej nacierpiałam, spełniłam największe marzenie – nie mogłam przyznać głośno, że to nie jest to, czego chciałam.

Sądziłam, że kiedy schudnę, będę od razu wyglądać jak modelka z żurnala. Ale jak założyć sukienkę z dekoltem, kiedy zupełnie znikł mi biust, albo bluzkę z krótkim rękawem, kiedy z ramion zwisają worki skóry? Najgorzej wyglądały nogi. Żeby przytrzymać fałdy skóry, nawet przy trzydziestukilkustopniowym upale musiałam nosić rajstopy z lycrą. Nie przyznawałam się, że ta cała „chudość” rozczarowała mnie.

Miałam sobie za złe, że byłam naiwna. Ale miałam też za złe ludziom, że nie przygotowali mnie na połacie skóry, która pomimo kosmetyków i ćwiczeń nie wchłonie się, i trzeba ją będzie usuwać chirurgicznie. Ani na to, że wielu znajomych odsunie się ode mnie, widząc we mnie obcego człowieka, a nie dawną Magdę, że mężczyźni wciąż nie będą zwracać na mnie uwagi. Nikt mnie nie uprzedził, że zmieni się mój charakter, temperament, zainteresowania, a nawet smaki, że pomimo uzupełniania diety witaminami i minerałami, włosy z głowy będą wychodzić mi garściami, a paznokcie schodzić z palców. Nikt mi też nie powiedział, że wciąż będę widzieć w sobie grubasa, który w tramwaju szuka najszerszego przejścia, a w sklepie największych ciuchów.

Rok po zabiegu plastyki brzucha zaczęły się huśtawki nastrojów. Zrazu prawie niedostrzegalne, potem coraz większe. Kiedy zorientowałam się, że w ciągu 5 minut przechodzę od euforii przez agresję do histerycznego płaczu i myśli samobójczych, kiedy nie mogłam już się uczyć, kiedy zawisła nade mną groźba wyrzucenia z pracy – zwróciłam się o pomoc. Endokrynolog nie mógł uwierzyć w wyniki badań. Okazało się, że chudłam tak szybko, że organizm nie zdążył przystosować się. Produkował hormony w ilościach jakich chciał. Raz mniej, raz więcej – głównie ponad normę. Istna karuzela! Padła sugestia, że powinnam przytyć, aby zacząć odchudzanie od początku i wyrównać gospodarkę hormonalną.

Przechadzka zamiast wyścigu

Dzięki wysokokalorycznej diecie, w ciągu kilku lat przytyłam ponad 40 kg. Kiedy hormony przestały „szaleć”, metodą prób i błędów skonstruowałam własne menu. Czerwone mięso jem raz na jakiś czas. Wolę ryby i drób. Uwielbiam sałaty, bo świetnie sycą, a także chrupkie warzywa i owoce, choć nie wszystkie mogę jeść. Mój żołądek „nie lubi” np. kapusty, grochu i fasoli, pomarańczy, a także porzeczek.

Nie unikam też tak mało dietetycznych smakołyków, jak pizza, pierożki ravioli czy desery, ale wszystko w niewielkich ilościach. Wprawdzie przez 14 lat mój żołądek powiększył się (na raz zjadam maksymalnie jedną kajzerkę i to powoli), ale do tej pory, gdy zjem za dużo, wymiotuję. W ciągu miesiąca mogę schudnąć maksymalnie 3 kg. Zdarza się jednak, że przez wiele miesięcy waga stoi w miejscu.

Nie dramatyzuję. Ważne, aby nie szła do góry. Zostało mi jeszcze do zrzucenia ok. 25 kg. W jakim czasie? Nieistotne. To już nie morderczy wyścig, ale dobroczynna przechadzka.

Trudna decyzja

Otyłość to jedna z najgroźniejszych chorób ogólnoustrojowych, bo prowadzi do wielu schorzeń – cukrzycy, nadciśnienia tętniczego, chorób układu naczyniowo-sercowego (np. niewydolności serca, zawału, choroby wieńcowej, żylaków nóg), kamicy pęcherzyka żółciowego, nowotworów (zwłaszcza jelita grubego, szyjki macicy, żołądka), zmian dermatologicznych i w układzie kostno-stawowym, oraz powikłań endokrynologicznych.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki te dolegliwości nie zaczęły dotyczyć i mnie. Mam nadciśnienie, problemy z regularną menstruacją, a w ubiegłym roku ortopeda zdiagnozował zaawansowany stan zwyrodnieniowy w prawym kolanie. Pod wpływem zbyt dużego nacisku moje chrząstki stawowe są kompletnie pościerane. Dostałam serię zastrzyków, rehabilitacja wciąż trwa, ale lekarz już coś wspomina o endoprotezie stawu. A przecież mam dopiero 39 lat…

Decyzja o ponownym przytyciu i powtórnym przejściu przez odchudzanie nie była łatwa. Podjęłam ją, kiedy zrozumiałam, że operacja pomogła mi pozbyć się tkanki tłuszczowej, ale nie wybawi mnie od codziennych kłopotów, nie ustrzeże przed złymi wyborami, nie sprawi, że odnajdę siebie, nie stanę się dzięki niej inną, lepszą i – wbrew pozorom – bardziej atrakcyjną kobietą. Zrozumiałam, że odchudzanie tylko po to, aby upodobnić się do kobiet wymodelowanych sprawną ręką grafika komputerowego, to fikcja. Że bycie szczupłym wcale nie oznacza bycia lubianym. Że jeśli trzeba się odchudzać, to nie dla innych i ich poklasku, ale wyłącznie po to, aby jak najdłużej cieszyć się zdrowiem i niezależnością.

***

Magdalena Gajda

***

WARTO WIEDZIEĆ

Chirurgiczne leczenie otyłości

Chirurgiczne leczenie otyłości (ChLO) to skomplikowane operacje ingerujące w drogę pokarmową. Do zabiegów kwalifikowani są pacjenci, u których wskaźnik BMI przekroczył 40, albo gdy wynosi on 35, ale otyłości towarzyszą inne schorzenia zagrażające życiu.

Operacje ChLO dzieli się na dwie grupy. Pierwsza, to tzw. operacje wyłączające, które dotyczą zaburzeń wchłaniania w jelicie cienkim i mają na celu skrócenie drogi pokarmowej, np. BPD – wyłączenie żółciowo-trzustkowe, inaczej Scopinaro, lub RNY – tzw. bypas żołądkowy.

Druga grupa, to tzw. operacje restrykcyjne lub ograniczające – np. metoda Masona (specjalne zaciski, staplery, dzielą żołądek na dwie części – mniejszą, która zapełnia się podczas jedzenia jako pierwsza i daje szybko uczucie sytości, oraz większą – a następnie łączy się obydwie wąskim, ok. 1 cm, kanałem) oraz AGB, czyli opaska żołądkowa, zaciskana i rozluźniana poprzez wstrzyknięcie lub odciągnięcie silikonu.

PRZYDATNE INFORMACJE

Bez refundacji z NFZ

Pierwsze zabiegi chirurgicznego leczenia otyłości przeprowadzono w Polsce na początku lat 70. XX w. Dzisiaj operacje ChLO wykonuje już wiele szpitali, m.in. w Warszawie, Łodzi, Gdańsku. Niestety, nie są one refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, więc ich koszt jest wysoki – wynosi kilkanaście tysięcy złotych.

Adresy klinik, szczegółowe informacje na temat operacji, adresy grup wsparcia dla pacjentów po ChLO dostępne są na www.otylosc.org.

INNE METODY LECZENIA

Z balonem w żołądku

Mało inwazyjną metodą leczenia otyłości – ale nie chirurgiczną – jest umieszczenie w żołądku (endoskopowo, na maksimum 6 miesięcy) specjalnego balonu. Zbudowany on jest z materiału nie poddającego się działaniu soków trawiennych. Po wprowadzeniu napełnia się go solą fizjologiczną. Balon pomaga pacjentowi mniej jeść, bo wypełnia część żołądka. Jednak po jego usunięciu pacjent musi nadal przestrzegać ścisłej diety, aby nie powrócić do dawnej wagi. Metoda ta stosowana jest u osób z BMI powyżej 30, ale też jako przygotowanie do zabiegu właściwego ChLO u pacjentów ekstremalnie otyłych.

Balon nie jest refundowany przez NFZ. Koszt jego założenia to kilka tysięcy złotych.

ZA DUŻO TŁUSZCZU

Rodzaje otyłości

Otyłość to stan nadmiernego gromadzenia się w organizmie tłuszczów. Zwykle stanowią one ok. 15% masy ciała. W dalszej kolejności na naszą wagę składają się: komórki – aż 58%, woda pozakomórkowa – 23%, tkanka kostna – 4%. U kobiet zawartość tłuszczów w ustroju jest o ok. 5-7% większa niż u mężczyzn. O otyłości mówimy wtedy, gdy tłuszcze stanowią więcej niż 25% masy ciała u pań, i więcej niż 30% u panów.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), rozróżnia się 3 stopnie otyłości: I – przy wskaźniku masy ciała (BMI) od 30,0 do 34,9, II – BMI od 35,0 do 39,9 oraz III – tzw. otyłość olbrzymia – BMI powyżej 40.

PRZYCZYNY OTYŁOŚCI

Pierwotna i wtórna

Najczęściej otyłość powstaje z przyczyn środowiskowych – to tzw. otyłość pierwotna. Jest efektem diety zbyt bogatej w tłuszcze i węglowodany, małej aktywności fizycznej, dostarczania organizmowi tzw. pustych kalorii, np. w postaci alkoholu oraz palenia papierosów, które zwiększają apetyt, ale także nawyków żywieniowych – ilości, rodzajów i kultury spożywania posiłków.

Otyłość wtórna powstaje w wyniku działań czynników fizjologicznych. Może być wynikiem pewnych chorób (np. niedoczynność tarczycy) lub z nimi współwystępować (np. zespoły: Cushinga, Downa), albo pojawić się jako efekt zakłóconej pracy podwzgórza, gdzie zlokalizowany jest ośrodek sytości. Inne rodzaje otyłości to: polekowa – np. po kuracji hormonami lub antydepresantami; podwzgórzowa – np. przy guzie, tętniaku mózgu, oraz wynikająca z uzależnienia od jedzenia. Coraz częściej też mówi się o genetycznej skłonności do tycia, o przekazywaniu wadliwych genów, które odpowiadają za przemianę materii.

WARTO WIEDZIEĆ

Otyłość w statystyce

Otyłość została wpisana na listę chorób dopiero w latach 90. XX w., kiedy zaczęto zbierać dane o rozległości zjawiska. Niemal od razu uznano ją też za chorobę cywilizacyjną. Tylko przez ostatnich 10 lat, liczba osób chorych na otyłość, na całym świecie wzrosła o ok. 100 mln! Według danych szacunkowych, nadwagę ma już połowa Polaków. Co więcej – otyłość pojawia się także w tych regionach, które zmagają się z problemem braku pożywienia.

MIĘDZYNARODOWY SONDAŻ

Źródło: „Reader’s Digest”

Kto, jak się odchudza?

• Największą presję, aby być szczupłym, odczuwają Brazylijczycy – 77% mężczyzn i 89% kobiet twierdzi, że zbyt wielkie znaczenie przywiązuje się do problemu wagi.

• Preparaty na odchudzanie mają największe powodzenie w Chinach – odchudzało się w ten sposób 48% kobiet i 18% mężczyzn.

• Najzdrowsze podejście do odchudzania mają Meksykanie – 93% z nich zrzucało zbędne kilogramy, przestawiając się na bardziej wartościową dietę, a 86% zwiększało aktywność fizyczną.

• Tym, że otyłość może przeszkadzać w udanym życiu erotycznym, najbardziej martwią się Australijczycy i Meksykanie – 52%. 

Dodaj komentarz

Komentarz
Podpis
Email
(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)

Komentarze

  • Madziu jesteś SUPER i dokonałaś wielkiej RZECZY.Ja przerobiłam taki sam przypadek na własnym ciele tyle ,że jadłam tabletki i schudłam 45 kilogramów.Nikt mi nie potrafił pomóc,a ja wyglądałam jak wielki spadochron,wszędzie wisiała skóra.Brak funduszu na plastykę ciała pozwolił mi na przytycie,a moja psychika lepiej nie pisać.I lekarze i znajomi namawiają nas do schudnięcia,chcą nas wspierać.Lecz gdy schudniemy zostajemy sami z jeszcze gorszym samopoczuciem i problemem niż otyłość.Moja wspaniała doktor która pomogła w odchudzaniu, załamała ręce i już do dziś nie mówi mi-Jolka odchudzaj się.Szkoda,że takie wysiłki ludzi otyłych są niweczone z braku kasy i dalszej opieki NFZ.Pozdrawiam

    ~Jolanta 2012-01-15 19:34:39

 

Superlinia.pl © 2012 | Polityka prywatności

  • O nas|
  • Diety|
  • Ćwiczenia|
  • Kontakt