Zazwyczaj wiele sobie obiecujemy po świętach. Zagonieni przez większą część roku, już od września liczymy tygodnie dzielące nas od wytęsknionych wolnych dni przy choince. Liczymy, że wreszcie będzie czas na wszystko. Na odespanie wczesnych poranków, gdy spieszymy się do pracy. Na rozmowy z najbliższymi, z którymi na co dzień tylko się komunikujemy, często wdając się w sprzeczki. Na spotkania z krewnymi i przyjaciółmi, dla których zwykle nie mamy czasu. Na spokojne oglądanie telewizji, która na pewno będzie dla nas miała jakąś miłą, prawdziwie świąteczną ofertę. Czekamy więc - a później niewiele z naszej listy planów się sprawdza.
Przeważnie wygląda to tak:
Przed świętami i w ich trakcie nie mamy czasu na nic, a już na pewno brakuje nam go dla siebie. Zamiast odsypiać, zrywamy się wczesnym rankiem, żeby zdążyć z przygotowaniami, które obejmują gruntowne sprzątanie, trzepanie dywanów, zakupy (połączone z wymyślaniem i szukaniem prezentów), gotowanie, pieczenie i wypisywanie kartek z życzeniami, które trzeba jeszcze na czas wysłać pocztą. Zamiast rozmawiać z najbliższymi, najpierw przekazujemy tylko krótkie komunikaty (bardziej nerwowo niż zwykle) związane z podziałem obowiązków, a później zniechęca nas do tego zmęczenie i całkiem ludzka potrzeba świętego spokoju. Na spotkaniach z krewnymi i przyjaciółmi, zamiast cieszyć się ich obecnością i pogawędzić, częstujemy i jesteśmy częstowani, skupiamy się więc na jedzeniu i chwaleniu gospodyni, a po spotkaniu zostaje tylko uczucie przejedzenia i ociężałości. W spokojnym oglądaniu telewizji przeszkadza nam irytacja, że oto wszystkie stacje znów serwują nam ten sam zestaw filmów, co w każde święta. Te zaś mijają nie wiedzieć kiedy i wracamy do pracy w poczuciu, że teraz przydałby się nam urlop, żeby sobie wreszcie odpocząć... Na domiar złego podliczamy wydatki - albo robi nam tę uprzejmość bank i mina nam rzednie.
Świąteczna atmosfera, zapowiadana przez media i słodziutkie kartki z życzeniami, pozostaje tylko w marzeniach. Króluje za to frustracja - bo pasztet nie był tak smaczny, a piernik tak kruchy, jak obiecywały przepisy wyszperane w gazetach i w internecie; bo teściowa nie dostrzegła naszych starań, wujek Leszek przeholował z alkoholem, a ciocia Zosia znów miała wszystko wszystkim za złe; bo w odpowiedzi na starannie wypisane kartki z życzeniami dostaliśmy mnóstwo standardowych sms-ów z irytującymi wierszykami; bo dzieci szwagierki wdeptały okruchy sernika w twój świeżo wytrzepany dywan; bo przybyło ci co najmniej trzy kilo nadwagi. Zamiast miło wspominać, jesteś rozczarowana spotkaniami, które z planowanych miłych pogawędek zamieniły się w posiedzenia przy stole i przekrzykiwanie się przez wszechobecny gwar. Jakby tego było mało, masz jeszcze pretensje do domowników, którzy nie wyręczyli cię w świątecznych porządkach i innych przygotowaniach. Domownicy zaś mają pretensje do ciebie. Nie wiadomo, o co.
Możesz tego uniknąć!
Scenariusz wcale nie musi być czarny. Zamiast w pocie czoła pracować na ogólną frustrację, usiądź, napij się kawy z cynamonem i weź głęboki oddech. Aby tegoroczne święta były naprawdę miłe, przygotuj się do nich, ale nie planuj najdrobniejszych szczegółów. Nie pozwól, by perfekcja zagłuszyła spontaniczną radość.
W pierwszej kolejności zamiast słów trzeba, muszę, należy, wypada zacznij operować słowem chcę. I zapytaj samej siebie: czego naprawdę chcesz, co lubisz? Zapomnij o karcącym wzroku teściowej i bądź ze sobą szczera. Jeśli w gruncie rzeczy wcale nie masz ochoty trzepać dywanów, myć okien, ucierać maku, zapraszać cioci Zosi i wujka Leszka, to tego nie rób. Koniecznie za to zamów sobie wizytę u fryzjera - w nowym uczesaniu od razu poczujesz się lepiej i pewniej.
Święta mają być miłe, niezwykłe i magiczne - i takimi je uczyń. Kup dużo świec i poustawiaj je wszędzie - na komodzie, na stole, na kuchennym blacie, w łazience, na parapetach (uwaga na firanki!). W blasku złotych płomyczków wygładzają się zmarszczki, a z twarzy znika zmęczenie.
Jeśli nie jesteś pewna swoich umiejętności kulinarnych, zamów ciasta w cukierni, a przygotowaniem pozostałych potraw podziel się z przyszłymi współbiesiadnikami (przy okazji przypomną się wam wesołe czasy prywatek składkowych). Nie lubisz któregoś z wigilijnych dań? Inni w domu też za nim nie przepadają? Nie ma więc powodu, by je przygotowywać. Tradycja to nie przymus, tylko wspólne przeżywanie radości i wzruszeń. Poza tym - dlaczego nie miałabyś stworzyć własnej tradycji? Zamiast spędzić świąteczne dni na obżarstwie i spotkaniach, które bardziej cię przerażają i męczą niż cieszą - zarezerwuj hotel, spakuj torbę i kup bilet. Możesz spędzić ten czas w górach i nie obrastać sadełkiem, tylko spalać je na stoku albo pojechać nad morze, gdzie poza sezonem jest o wiele taniej i spokojniej. Zimno? Owszem. Ale w zimie wszędzie jest zimno. No, chyba że wybierzesz się na Maderę, co także warto rozważyć.
Najpierw jednak, zamiast biegać po sklepach z obłędem w oku, by w rezultacie obdarować każdego tym, na czym mu najmniej zależało, a co poważnie uszczupli stan twojego konta - sama przygotuj prezenty. Ładnie zapakuj domowe przetwory i wypieki; dorośli ucieszą się z twojej nalewki albo marynat, a dzieci z konfitur i ciasteczek. Zrób szalik na drutach albo wydziergaj na szydełku serwetki do kawy. Podaruj dziadkom oprawioną fotografię wnuków. I pamiętaj, że rozmowa, miłe spotkanie - to także prezent. Znacznie lepszy od kupowanego.
Jednego możesz być pewna: nie zadowolisz wszystkich. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się upominek i nie będzie smakował bigos. Nie staraj się więc o niemożliwe, ale zrób to, co możesz: zadbaj o siebie. Miej udane święta. Przecież na to zasługujesz.
Listy
Wigilia to dla mnie prawdziwy problem. I rodzice, i teściowie oczekują, że to do nich wpadniemy i są obrażeni, gdy tylko wspomnę, że mogłoby być inaczej. Żeby nikogo nie urazić, w ciągu jednego wieczoru odwiedzamy 2 domy i jemy dwie kolacje. Dwie zupy, dwa karpie, dwie porcje pierogów... Ale i tak wszyscy maja nam coś za złe, bo u jednych jesteśmy za krótko, a u drugich za późno. Zamiast cieszyć się świętami, spieszymy się i denerwujemy.
Hanka
Co roku planuję zdrowe święta: duszę ryby na parze, do smażenia używam tylko oliwy, zamiast ciast przygotowuję sałatki owocowe (oboje z mężem bardzo je lubimy). Niestety, wkraczają w to nasze mamy i ciocie. Z każdej wizyty wracamy obładowani frykasami przygotowanymi „specjalnie dla nas", więc nijak odmówić. W efekcie mam zamrażalnik pełen pierogów i jakieś pięć kilo bigosu, chociaż sama nie zrobiłam ani grama. O ciastach już nie wspomnę.
Karolina
Mój świąteczny patent to koreczki. Do przygotowań werbuję dziadka i którąś z sióstr; nadziewamy składniki na szpadki i rozmawiamy, rozmawiamy... Gdy przychodzą goście, jesteśmy w doskonałym nastroju, a na stole pysznią się kolorowe tace. Na świąteczny obiad podaję coś, co można przygotować wcześniej, w piekarniku. Zawsze wcześniej wypróbowuję przepis; potrawa musi być łatwa w przygotowaniu i smaczna. Nie musi być wystawnie. Musi być przyjemnie.
Agnieszka
Poprzednie święta spędziłam na Helu. Było wspaniale. Cichy pensjonat, pusta plaża, spacery i czytanie książek. Wróciłam wypoczęta, spokojniejsza i... lżejsza niż gdybym zdecydowała się na tradycyjne święta. W tym roku wybieram się w Kotlinę Kłodzką. Już zarezerwowałam miejsce.
Krystyna




