Lora Szafran - wybitna polska wokalistka jazzowa. Jeszcze jako studentka Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach współpracowała z czołową grupą jazzową „Walk Away", a potem z jedną z najlepszych formacji jazzu akustycznego „New Presentation". Wiele razy brała udział w międzynarodowych festiwalach piosenki, wygrywając festiwale w Sopocie (Grand Prix i Bursztynowy Słowik) Bregenzy w Austrii i Cesme w Turcji. Nagrała dwie płyty z muzyką pop: „W górę głowa" i „Tylko Chopin". W 2003 r. ukazał się jej album „Śpiewnik Nahornego" z zespołem Włodzimierza Nahornego. Ostatnia płyta „ Droga do ciebie" zawiera jazzowe interpretacje piosenek Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory.
Czy lubi pani jeść?
Jak po mnie widać, bardzo lubię. Zawsze lubiłam. Nigdy nie byłam szczupła. Był jednak taki okres, na przełomie lat 80. i 90, gdy zaczynałam śpiewać, że bardzo ograniczałam jedzenie. Moja lodówka była prawie zawsze pusta. No i jakiś efekt w postaci spadku wagi osiągnęłam.
Bardzo się pani wtedy męczyła?
Nie tak bardzo, ale chodziłam ciągle głodna. Stosowałam w swoim życiu wiele diet, m.in. selerową, dietę 0, czyli zero jedzenia, same napoje, ale zawsze potem następował efekt jo-jo. Od mniej więcej ośmiu lat nie stosuję już żadnych diet. Nie ukrywam, że przydałoby się zrzucić trochę kilogramów, choćby po to, aby odciążyć stawy, ale na razie tylko myślę o odchudzaniu, a nic nie robię w tym kierunku. Odkładam to na później...
Sądzę, że przy pani trybie życia odchudzanie byłoby bardzo trudne...
Właśnie!. Zarabiam na życie, koncertując. Jeżdżę w trasy czy na pojedyncze koncerty i tam odżywiam się tym, co w danym miejscu serwują. Jadam w różnych godzinach, czasem bardzo przypadkowych. Jestem głodna zwłaszcza po koncercie - który na ogół kończy się w okolicach godziny 22 - bo występ wiąże się z dużym skok adrenaliny, dopiero po nim można się wyciszyć, coś przekąsić. Taki styl życia nie sprzyja odchudzaniu.
Kto w pani domu zajmuje się przygotowywaniem jedzenia?
Przyznam się, że nie lubię gotować. Oczywiście, umiem zrobić jakieś podstawowe dania z polskiej kuchni - zupy czy gołąbki. Natomiast mój mąż Darek, który tak ja jest muzykiem, a dokładnie - gitarzystą basowym, wprost uwielbia wszystkie prace w kuchni. Lubi obierać warzywa, przygotowywać mięso, gotować i smażyć, w związku z tym nie ma potrzeby, abym i ja się tam krzątała. U nas w domu jest naturalny podział ról: on gotuje, ja sprzątam.
A co na ogół państwo jadacie?
Darek uwielbia wszelkie pasty, czyli makarony z sosami - albo typowo pomidorowymi, albo innymi warzywnymi, np. ze szpinakiem i serem pleśniowym. Lubi kuchnię opartą na czosnku, koprze i innych ziołach, czyli bardzo aromatyczną. Jemy dużo drobiu, zwłaszcza kurczaków. Ponieważ oferowane ostatnio w sklepach wędliny są niesmaczne, kupujemy schab czy inne chude mięso, pieczemy je, kroimy na cieniutkie plasterki i zjadamy do chleba. Taka „wędlina" jest dużo zdrowsza i lepsza. Dbamy też o to, by na naszych talerzach było sporo warzyw - gotowanych i surówek. W sumie nasza kuchnia jest szybka i raczej niewymyślna.
Skoro mąż tak lubi gotować i jeść, nie ma problemów z sylwetką?
Jest szczupły! I wygląda wspaniale. To absolutnie niesprawiedliwe! Takie dobre ma geny (śmiech). Wszystko świetnie spala.
Wiele wokalistek to osoby puszyste. Z czym to się wiąże, pani zdaniem?
Jest dużo bardzo szczupłych. Whitney Houston na przykład...
Ale ona, niestety, zażywa narkotyki...
No właśnie. Osoby, które występują publicznie i trzymają linię, rozmaicie sobie radzą. Zawsze jest coś za coś. Albo się głodzą, stosując jakieś drakońskie diety, albo też codziennie ostro ćwiczą na siłowni, jak Madonna. Czasami też „pomagają sobie", zażywając narkotyki, do czego się zresztą nie przyznają. To nie jest tak, że szczupłe wokalistki mają świetną figurę same z siebie. Prawie zawsze wiąże się to z bardzo ciężką walką. Zgrabnej sylwetce zupełnie nie sprzyjają nieregularne posiłki i nieustanny stres - nigdy przecież nie wiemy, co się jutro wydarzy, czy dostaniemy jakieś następne zawodowe propozycje. Do tego każdy występ wiąże się z z silnym zdenerwowaniem, bo to swoisty egzamin zdawany przed publicznością. Myślę, że ma to potem wpływ na przemianę materii, zaburzenia trawienia i tak dalej.
Z tych nerwów pewnie przed koncertem nic pani nie je?
Przed samym koncertem nic. Nie jestem jednak takim ortodoksem, jak inne koleżanki, które nie jedzą orzeszków, bo to źle działa na krtań, nie piją zimnej wody, żeby nie zaziębić gardła i tak dalej. Może gdybym była sopranistką i musiała dbać o czystość głosu, to bardziej bym uważała, ale w moim wypadku walorem jest głos lekko zachrypnięty. Mój głos starzeje się wraz ze mną.
Powiedziała pani, że żyje właściwie na walizkach, jeżdżąc z koncertu na koncert. A jak pani odpoczywa?
Mieszkam z mężem pod Warszawą. Mamy bardzo duży ogród, jest więc wiele prac na świeżym powietrzu. Choć ostatnio ograniczyliśmy uprawy. Ziemia w naszym ogrodzie jest marnej jakości, to tereny nadwiślańskie, prawie sam piach. Dużo roślin nam zmarniało. Teraz są tam głównie drzewa, krzewy i trawy. Mamy też 12-letniego psa - collie i kota. Kochamy zwierzęta, ale w naszym zawodzie posiadanie ich jest dość uciążliwe - trzeba prosić o opiekę nad nimi sąsiadów, gdy wyjeżdżamy w trasę. Od naszego domu blisko jest do lasu i nad Wisłę. Spacery z psem po tych terenach to najlepszy odpoczynek.
Jakieś SPA?
Czasami jeżdżę do takich ośrodków. Tej wiosny byłam np. z koleżanką w SPA na Kaszubach. Były groty solne, masaże kręgosłupa i całego ciała. Chodziłam też na basen, chociaż, niestety, nie umiem pływać. Ale wszystko to bardziej robię dla zdrowia niż dla urody. Na takim turnusie stosuję też dietę. np. strukturalną. Wtedy jem mało i same zdrowe rzeczy, ale po dwóch tygodniach wracam do dawnych nawyków.
Co, pani zdaniem, jest potrzebne, aby kobieta czuła się dobrze we własnej skórze, była spełniona i pewna siebie?
Dla mnie najważniejsze jest to, że mam pracę. Wtedy czuję się spełniona. Kiedy nie pracuję, popadam w fatalne nastroje. Śpiewanie to moja wielka pasja. Nie umiem bez tego żyć.
Jak obchodzi pani święta Bożego Narodzenia?
Mamy zawsze z tym problem, bo mąż pochodzi z Warszawy, a moja rodzina mieszka w Krośnie. Tak więc dzielimy święta niejako na dwie części - tuż przed obchodzimy je w stolicy, a potem jedziemy do Krosna. Co jemy? Moja mama jest specjalistką od ruskich pierogów. Ja zagniatam ciasto, ona je lepi. Nie są to takie zwykłe pierogi: ciasto jest cieniuteńkie, a każdy pierożek ma wręcz koronkowy obrąbek. Są niewiele większe od uszek, tak że mamy z nimi masę roboty. Na stole jest zawsze kilka zup, bo cała moja rodzina je lubi. Mama przygotowuje grzybową z kluseczkami francuskimi. Oboje z mężem gotujemy żur postny - na grzybach i na wywarze z warzyw. Jest też barszcz czerwony. No i jakaś ryba smażona - nie musi być to karp, bo nie wszyscy go lubią. Karp jest za to zazwyczaj w galarecie, bo Darek go uwielbia, z chrzanem zmieszanym z majonezem. Kiedyś przygotowywaliśmy także kompot ze śliwek suszonych i kluski z makiem, ale nikt za tym nie przepadał. I teraz serwujemy tylko to, co lubimy.
A choinka?
Jest, oczywiście. Dawniej bywała wyłącznie żywa, teraz, dla wygody, stawiamy sztuczną. W Krośnie mieszka tylko mama i brat - ogromna część mojej rodziny już dawno wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Mam za to na miejscu masę przyjaciół i dobrych znajomych, bo tam właśnie chodziłam do szkoły podstawowej, do liceum i do szkoły muzycznej. Zaraz po wigilii idziemy do mojej przyjaciółki z liceum i śpiewamy kolędy. A w czasie świąt chodzimy po zaprzyjaźnionych domach z grupą kolędników. Są wśród nich prawnicy, lekarze i przedstawiciele wielu innych zawodów. Przebierają się w rozmaite dziwaczne stroje, grają na różnych instrumentach - akordeonie, cymbałach, skrzypach, i śpiewają. To taka fajna miejscowa tradycja.
Przepis
Makaron ze szpinakiem
Ugotuj makaron tagliatteli w dużej ilości osolonej wody z niewielką ilością oliwy. Na rozgrzaną patelnię wjej oliwę z oliwek, wrzuć rozgnieciony czosnek, potem dodaj ugotowany szpinak i spory kawałek sera pleśniowego. Wszystko to mieszaj uważając, żeby się nie przypaliło. Dodaj do smaku sól i pieprz, ewentualnie trochę śmietany. Gotowym sosem polej makaron.



