Andrzej Zieliński, aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Laureat nagród teatralnych - m.in. Feliksa Warszawskiego za rolę we „Wniebowstąpieniu" Tadeusza Konwickiego. Ma na koncie kilkanaście ról filmowych, m.in. w „Chopinie. Pragnieniu miłości" w reżyserii Jerzego Antczaka i „Quo vadis" w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Popularność zdobył grając doktora Pawicę w znanym serialu „Na dobre i na złe".
- Często powtarza pan w wywiadach,, że gotowanie sprawia panu wielką przyjemność. Co pana tak w tym pociąga?
- Dosłownie wszystko. Ale gdybym miał gotować codziennie, łączenie tego z zawodowymi zajęciami sprawiałoby mi duży kłopot. Musiałbym gnać z domu do teatru, potem na plan serialu i znowu do domu. Nienawidzę robić niczego w biegu. Taki galop znudziłby mi się bardzo szybko. Na szczęście jestem tylko facetem, który uwielbia kręcić się po kuchni i wyczarowywać różne smaki. Gotowanie mnie wycisza i wspaniale relaksuje, poza tym uwielbiam jeść. Zrobiłem się wybredny. Po odwiedzeniu najlepszych (co nie znaczy - najdroższych) lokali w Warszawie i Europie, nie byłbym już w stanie pójść na obiad do byle jakiej knajpy, bo wiem, że np. kaczkę z jabłkami podadzą mi tam starą i wysuszoną. Nie znoszę w kuchni bylejakości. Gotowanie wymaga precyzji i fantazji, nawet, gdy dania są proste.
- Jaka jest pana ulubiona potrawa?
- To tak, jakby mnie pani spytała o ulubioną rolę. Nie ma takiej! Moja ulubiona potrawa jeszcze nie została wymyślona.
- Czy korzysta pan z przepisów kulinarnych?
- Bardzo często, ale równie często je zmieniam. W moim domu książki kulinarne zajmują całą półkę. Niestety, niewiele jest takich, w których podane proporcje sprawdzają się w praktyce. I dlatego podchodzę do nich ostrożnie.
- Przepada pan za włoską kuchnią...
- Jest wspaniała, choć prosta, bo dawniej Włosi byli bardzo ubogimi ludźmi. Niedawno byłem na urlopie na północy Sycyli i jadłem wyłącznie ryby i owoce morza! Tamten region słynie z połowu miecznika i ze spaghetti po messyńsku, czyli makaronu z kawałkami miecznika. Ale w Warszawie świeżego miecznika nie uświadczy się, niestety!
- Lubi pan podróżować?
- Uwielbiam! Niestety, nie mogę już latać samolotem, z powodu kłopotów z kręgosłupem, dalekie wycieczki mam więc z głowy. Z każdej podróży przywożę przyprawy charakterystyczne dla danego miejsca.
- Skąd się wzięła u pana taka kulinarna fascynacja?
- Moja mama ze dwa lata temu też zadała mi takie pytanie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć...W moim rodzinnym domu w Tarnowie pomagałem jej w kuchni. Zawsze coś tam mieszałem i wyjadałem z garnków. Mama robi fenomenalne ciasta i torty. Niestety, nie odziedziczyłem po niej tego talentu.
- A jak było na studiach teatralnych w Krakowie?
- Strasznie wkurzałem tam kolegów z akademika. Na korytarzu była kuchenna wnęka. I w niej właśnie piekłem pyszną kaczkę z jabłkami i majerankiem. Aromat rozchodził się po najdalszych zakątkach budynku. Wszyscy głośno łykali ślinkę, a ja dzieliłem się tą kaczką tylko z moim współlokatorem. Bo dzielić się jedzeniem nie lubię!! To zbyt osobista sprawa (śmiech).
- A tu, w Warszawie, gotuje pan tylko dla siebie czy również dla przyjaciół?
-. Przez cale lata gotowałem głównie dla siebie i mojej życiowej partnerki Kasi. Do niedawna mieszkaliśmy w małym mieszkanku, trudno tam było zaprosić więcej osób. W lutym br. przenieśliśmy się wreszcie do większego mieszkania w Wilanowie. I tam jest fajna duża kuchnia, którą sam zaprojektowałem. Możemy już przyjmować gości. Czasem przynoszę koleżankom i kolegom z teatru i z serialu „Na dobre i na złe" coś do spróbowania. Najczęściej jest to moje ulubione ciemne mięso drobiowe.
- Niektórzy pana znajomi do dziś przełykają ślinkę mówiąc o pana kulinarnych wyczynach...
- Pamiętam, że po skończeniu zdjęć do filmu „Chopin. Pragnienie miłości" zaplanowano pożegnalny bankiet. Nie lubię takich imprez, ale dla Jurka Antczaka i Jadzi Barańskiej zrobiłem wyjątek. I postanowiłem sprawić im wtedy niespodziankę. Upiekłem bażanta i wręczyłem go im w brytfance, razem z butelką wina, mówiąc: „Jak wrócicie do domu, zjedzcie sobie tego ptaka i wypijcie za moje zdrowie!" Kilka dni później spotkaliśmy się wszyscy troje na tzw. postsynchronach. Jadzia zwróciła mi brytfankę, a Jerzy krzyknął:"Wielkie dzięki! Całuję cię, Andrzej, w samo serce!" I dodał, że dzięki mojemu bażantowi wróciły do niego wspaniale smaki dzieciństwa.
- A jakie są pana smaki z dziecinnych lat?
- Miałem „wielopokoleniową nianię", która opiekowała się najpierw moim ojcem, a następnie mną i moją siostrę. Kilka potraw robiła wprost fantastycznie. Pamiętam smak jej zasmażanej czerwonej kapusty i klusek z tartych ziemniaków ze skwarkami. Z dzieciństwa zachowałem tez inny smak - pieczonych gołąbków. Ojciec hodował gołębie pocztowe i stale gdzieś je wysyłał. Z tych lotów ptaki często wracały mocno poturbowane - a to jastrząb je napadł, a to się skaleczyły i trzeba było je zabić, żeby się nie męczyły... Takie pieczone gołąbki to fenomenalne danie.
- Dziś polskie dzieci uwielbiają fast foody...
- Zabieranie dzieci do MacDonalda powinno być wręcz karalne! Nienawidzę fast foodów. To straszna kulinarna tandeta. My, Polacy, nie bardzo wiemy, kogo mamy naśladować. I najczęściej naśladujemy Amerykanów, a nie np. Francuzów, którzy mają wykwintne jedzenie lub Włochów, którzy mają jedzenie proste, ale smaczne i zdrowe. Na szczęście i pod tym względem coś się jednak u nas zmienia na lepsze. Ludzie jeżdżą po Europie, poznają nowe smaki i zaczynają potem serwować rodzinom potrawy greckie czy włoskie.
- Tak pan lubi jeść, że nawet swojej suczce dał pan „kulinarne" imię: Kluseczka...
- Ta psica to wielka radość mojego życia. Zawsze lubiłem zwierzęta. W młodości chciałem nawet zostać zootechnikiem. Często oglądam Animal Planet. Obserwując zachowanie zwierząt, można wiele dowiedzieć się o ludziach. Jeśli chodzi o Kluskę, to inicjatywa wyszła od mojej dziewczyny, która tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, aż zgodziłem się wziąć do domu psa. Ale takiego, z którym nie musiałbym chodzić na bardzo długie spacery, bo często mnie nie ma w domu. No i wymyśliłem mopsa. To psy do tulenia, pieszczenia i kochania. Klucha robi ze mną, co chce. Śpi mi na głowie. Rozśmiesza mnie do łez, skacząc jak żaba, gdy coś przeskrobię. To pies szalenie ciekawski i... niezwykle żarłoczny. Pochłania wszystko jak odkurzacz. Mamy takiego bzika na jej punkcie, że nawet urlopy zagraniczne spędzamy przez to osobno!
- Kluska wiąże się z obowiązkiem spacerów. A jakieś inne ćwiczenia fizyczne też pan uprawia lub chodzi na zabiegi do salonów spa?
- Nie mam na to czasu A poza tym nie po to tyle lat pracowałem na swoje zmarszczki, żeby je teraz wygładzać! Mam 46 lat, więc nie będę udawał, że jestem młodzieniaszkiem. Ćwiczenia? Czasem jeżdżę na rowerze.
- Lubi pan rozmawiać przy jedzeniu?
- Tak, ale tylko w gronie ciekawych ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. I w lokalach, gdzie nie panuje hałas, żeby nie musieć się przekrzykiwać. Interesująca rozmowa to wielka sztuka. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy pod wpływem Internetu ludzie zaczęli mówić skrótowo i niechlujnie. A ja, jak powiedziałem, nie znoszę bylejakości.
Przepis
RISOTTO Z SAŁATĄ RADICCIO.
Zależnie od tego, czy się lubi potrawy bardziej lub mniej pikantne połówkę lub ćwiartkę papryczki chili oczyścić z nasion, pokroić i wrzucić na zimną oliwę na patelni. Podsmażyć chwilę i wyjąć. Wcześniej przygotować sałatę radiccio : wyrzucić środek i poszatkować drobno liście. Przygotować 1-1,5 l rosołu i 3/4 szklanki ryżu. Na gorącą oliwę wrzucić poszatkowaną sałatę, mieszać co chwilę. Gdy liście zrobią się brązowe, dosypać surowy ryż. Mieszać, aż ryż się zeszkli. Dolać tyle rosołu, żeby pokrył ryż . Dusić przez 30-40 minut. Gdy rosół odparuje, dolać go. Na końcu posypać potrawę startym parmezanem. Danie nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale jest pyszne.



