Małgorzata Ostrowska -Królikowska - Aktorka telewizyjna. teatralna i filmowa. Od 1997 r. gra w telenoweli „Klan" . Rola Grażynki Lubicz, zatroskanej żony i matki, przyniosła jej ogromną popularność wśród telewidzów. Żona aktora Pawła Królikowskiego. Mają razem pięcioro dzieci: Antka (19 l.), Jasia (16 l.), Julkę (9 l.), Marcelinę (7 l.), Ksawerego (8 miesięcy).
Wszyscy wokół mówią o odchudzaniu się i o żywności ekologicznej. A czy pani ma jakąś swoją filozofię jedzenia?
Jest ona prosta: jedzenie musi być smaczne i zdrowe. Nie wydaję pieniędzy na o wiele droższą żywność ekologiczną. Mam jednak żelazne zasady: nie kupuję gotowych produktów, tylko sama wszystko gotuję i piekę, robię przetwory. Oboje z mężem mamy prawdziwą obsesję na punkcie domowego jedzenia. Nie kupujemy wędlin w sklepach, bo mamy wrażenie, że wszystkie identycznie smakują - czasem tylko skusimy się na szynkę czy parówki od dobrze sprawdzonych dostawców. Zwykle piekę różne mięska w domu i potem cieniusieńko je kroję. Mąż ma z kolei bzika na punkcie chleba. Kupujemy wyłącznie chleb na zakwasie w dobrze nam znanych sklepikach. Ostatnio zapaliłam się do chlebów orkiszowych. Czasem piekę chleb w domu, dodając do niego mnóstwo różnych ziaren. Sęk w tym, iż domowe pieczywo jest tak pyszne, że nasza rodzina potrafi pochłonąć kilka takich chlebów za jednym zamachem! Wiem jednak, że są bardzo kaloryczne, więc już nie piekę ich tak często, jak niegdyś.
A warzywa i owoce?
Bardzo je lubimy. Jemy masę zielonej sałaty. Oczywiście z dobrą oliwą z oliwek. Ostatnio dzieci z chęcią jedzą kiełki. Zawsze staram się podsuwać bliskim jabłka. Latem robię dużo koktajli ze świeżych owoców - na bazie zsiadłego mleka czy kefirów
Jaki posiłek jest w państwa domu najważniejszy?
Śniadanie. Do stołu siada wtedy cała nasza rodzina: ja, mąż i czworo dzieci, bo najmłodszy, Ksawery, nie ma jeszcze roku i siedzi sobie w nosidełku. Jemy pieczywo, mięsko, jajka. Dzieci bardzo lubią różne płatki z mlekiem, ale każde ma odmienne upodobania. Wlewam więc mleko do dużego dzbanka i rozstawiam miseczki z różnościami. Jedno lubi płatki z rodzynkami, drugie ze śliwkami, trzecie z otrębami, czwarte zupełnie bez niczego. Każdy więc bierze ze stołu to, na co ma ochotę. Dzięki takiej samoobsłudze wszyscy są zadowoleni, a ja oszczędzam czas.
Obiady też jecie wszyscy razem?
Staramy się. Około czwartej dzieci wracają zwykle ze szkoły. I przynajmniej polowa rodziny spotyka się przy stole. Obiad gotuję ja albo, gdy jestem na planie serialu, mój mąż.
To pan Paweł umie gotować?
Oczywiście! Robi pyszną zupę pomidorową i zalewajkę. Jego popisowym daniem są zrazy wolowe. A w niedziele - moja bardzo tradycyjna rodzina uwielbia jeść rosół.
Stół odgrywa w życiu państwa ważną rolę...
Tak. Uważam, że wspólne jedzenie scala rodzinę. Rozmawiamy przy stole, śmiejemy się, opowiadamy sobie, co się wydarzyło. Nie ma u nas jednak sztywnych rygorów. Nie każdy musi siadać do posiłku o określonej godzinie. Gdy ktoś jest zajęty, nie zmuszam go, żeby rzucał wszystko i biegł jeść. Najważniejsze, żeby wszyscy dobrze czuli się w domu. I byli szczęśliwi. Nie chcę, żeby ktoś stresował się, że może się np. spóźnić na obiad. To wszystko dzieje się w sposób całkowicie naturalny. Ale gdy dzieci wracają ze szkoły i dom pachnie np. ciastem, krzyczą radośnie od progu: „O, jak fajnie, mama jest w domu!" Robi mi się wtedy bardzo miło na duszy.
A pamięta pani jakieś smaki ze swojego domu rodzinnego?
Pewnie! Gotowała moja babcia. A ja byłam dzieckiem bardzo marudzącym. Nie tknęłam np. barszczu zabielanego ani niczego ze skwarkami! Babcia bardzo starała się mi dogodzić, a ja ciągle narzekałam. „Dziecko - mówiła - jak pójdziesz w świat, to jeszcze zatęsknisz za tymi skwarkami!" Święta prawda! Po latach z rozrzewnieniem wspominam babcine potrawy. Dużo z nich przeniosłam do swojego domu. Tak samo robię pasztety, piekę różne mięsa i makowce. Przygotowuję wszystkie te same tradycyjne świąteczne potrawy, na czele z barszczem postnym i żurkiem, w wigilię smażę rybę. Ale wymyślałam sobie też nowe danka, bo chcę, żeby były tylko moje, autorskie.
Lubi pani gotować?
Lubię. I lubię zastanawiać się, co zrobię na obiad. Dbam zawsze o to, żeby jedzonko było dobre, a nie byle jakie, a także ładnie, kolorowo podane. Bo jemy też oczyma - chociaż mąż się ze mnie śmieje, że to nie ma znaczenia...
A chipsy i fast foody? Czy pozwala pani na nie dzieciom?
Przed wielu laty poszliśmy z Jaśkiem do MacDonalda, bo miał na to wielką ochotę. Kupiliśmy mu ze dwa zestawy hot dogów, jakieś frytki, cheeseburgera, coś do picia. Zjadł to wszystko i zwymiotował. I żadne z dzieci nie tknie już fast foodów. Niepotrzebne były żadne zakazy!
Czy stosowała pani kiedykolwiek jakieś diety wyszczuplające?
Kiedyś, w młodości, owszem. Ale odkąd mam rodzinę, nie mam do tego absolutnie głowy! Nie zniosłabym katowania się jedzeniem dietetycznym lub wegetariańskim. Mąż też jest temu przeciwny. Po kolejnych porodach zawsze tyłam, ale rodziłam naturalnie i szybko dochodziłam do dawnej wagi. Przy narodzinach najmłodszego dziecka były jednak komplikacje, miałam cesarskie cięcie. No i teraz czuję, że jest mnie ciągle za dużo... A tak w ogóle to jestem jak kameleon, który zmienia nie kolor, lecz ciężar ciała: raz jestem gruba, raz w sam raz. Dawniej często dzwonili do mnie dziennikarze z prośbą, żebym opowiadała im o dietach. A ja, aby schudnąć, po prostu uruchamiam silną wolę. Niedawno przestałam karmić Ksawerego piersią i teraz mam przypływ takiej energii, że postanowiłam koniecznie coś zrobić ze swoim ciałem. Nadchodzi lato. Lada chwila zacznę z córkami chodzić na basen i pływać. Zaaplikuję sobie masaże i bicze wodne. Będę też intensywnie ćwiczyła w domu. I szczotką masowała całe ciało, żeby nie wiotczało, gdy schudnę. I to jest mój osobisty sposób na pozbywanie się zbędnych kilogramów.
Chodzi pani na jakieś zabiegi upiększające, np. SPA?
Uwielbiam SPA! Gdybym mogła, siedziałabym całymi godzinami w gabinetach odnowy. Ale nie mam czasu odwiedzać ich systematycznie, dwa razy czy choćby nawet raz w miesiącu.
Co, pani zdaniem, jest najważniejsze, żeby dobrze czuć się w swojej skórze i ładnie wyglądać?
Żyć normalnie. Nie narzekać. Cieszyć się tym, co się robi. I nie robić tego byle jak.
Lubi pani swój zawód?
Bardzo! Wiadomo jednak, że rodzina i dzieci wymagają czasu i uwagi. Musiałam z bardzo wielu ról zrezygnować. Teraz mój mąż intensywnie aktorsko się realizuje. Ogromnie się z tego cieszę.
A co uważa pani za swoje największe osiągnięcie?
Oczywiście, rodzinę.
Przepis
Makaron z pesto z bazylią
Przygotować pesto: dużą garść świeżych listków bazylii zmiksować z dobrą oliwą z oliwek, dodać dużo posiekanego lub przepuszczonego przez praskę czosnku, sól i pieprz. W dużej ilości osolonej wody ugotować krótko dobry makaron (np. długie wstążki, z włoska: tagliatelle). Makaron musi być al dente, czyli twardawy, a nie rozgotowany. Polać go pesto. Dodać sporo posiekanej natki pietruszki, posypać płatkami migdałowymi (lub rozdrobnionymi orzeszkami piniowymi). Dobrze wszystko wymieszać.



