A tylko świat puszystych wie, ile trzeba determinacji, samozaparcia, hartu ducha i anielskiej cierpliwości, aby toczyć walkę z ciałem, które puchnie jak ciasto na drożdżach: ujarzmiać efekt jo-jo, wracający jak bumerang, pacyfikować apetyt, nie opadać z sił, gdy parują z potem zwały sadła...
A bywa, że gdy już wykrzesasz z siebie taki haj, los ci dodatkowo przysporzy mozołu- i staniesz przed dylematem: zrezygnować, czy powalczyć z ciałem i z losem? Przeczytajcie historię Ilony Zielińskiej. Ona walczy!
Pierwsze starcie
Dziś 45-letnia Ilona wspomina, że problemy z utrzymaniem smukłej talii miała od zawsze, ale w latach młodzieńczych i- potem-młodych, chudło jej się łatwo i szybko. Bo jak tu utyć, będąc mierzącą 175 cm wzrostu koszykarką Szkolnego Klubu Sportowego- Gniewków, a potem zawodniczką miejscowej drużyny sportowej?
- A z treningu jeszcze dobrze nie wyschłam, jechałam na próbę zespołu, w którym tańczyłam, do Inowrocławia. Z czasem awansowałam na instruktora tańca zespołowego i prowadziłam dwie grupy. Słowem- żyłam w ustawicznym ruchu. To był zresztą nie tyle ruch, co dozowany wysiłek fizyczny- tłumaczy. To nie wszystkie pasje młodej Ilonki, była jeszcze muzyka, którą miała, rzec można, w genach. W jej sześcioosobowej rodzinie ojciec grał - jak mówi - na wszystkim, jeden brat na perkusji, akordeonie i gitarze, drugi brat na perkusji, a Ilonka na skrzypcach, uczęszczając, oczywiście, do szkoły muzycznej. Tylko mamie i siostrze talentu tego Bozia nie dała, ale ochoczo swym muzykom sekundowały, powstała bowiem rodzinna kapela, wielce w okolicy popularna. Zapraszano ich na różne występy, a już żadne szanujące się wesele nie mogło się odbyć bez przygrywania do tańca. Jakby tych zajęć było mało, trafiła też z czasem nasza muzyczka do sławnego, liczącego 1500 osób, zespołu „Kujawy", w którym grała na skrzypcach.
Mając 24 lata Ilona ważyła około 60 kg, co przy słusznym wzroście czyniło z niej pannę smukłą, ale- jak zapewnia -bynajmniej nie chudą. Tak wyglądając wyszła wówczas za mąż i wkrótce zaszła w pierwszą ciążę, której owoc- córka Róża, ma dziś 21 lat i dwuletnią córeczkę Lenę. Wtedy właśnie Ilona utyła co się zowie, bo w czasie ciąży przybyło jej 30 kg żywej wagi.
Ale wystarczyło kilka miesięcy gimnastyki, rezygnacji z tuczących potraw, by schudła. Organizm wysportowany, przywykły do ruchliwego trybu życia, dużo łatwiej daje sobie radę z nadwagą, tłumaczy. Dlatego ją namawiam wszystkich do uprawiania sportu- jakiegokolwiek, na co kogo stać. Ja nadal jestem działaczką sportową: wice prezesem klubu piłkarskiego „Janory" i członkiem zarządu klubu „Włókniarz". Działalność sportowa jest możliwa w każdym wieku. To prawda, pamiętam swój reportaż sprzed lat, którego bohaterem był 80-letni pan Jan z warszawskiego Mokotowa. Kiedy go poznałam, wrócił właśnie z europejskiego maratonu seniorów, w którym zdobył trzecie miejsce na dystansie 4 km, wyprzedzając ponad 150 zawodników. W Lesie Kabackim był idolem młodzieży, robiąc w powietrzu podwójne salto. Potrafił niewiarygodnie długo stać na głowie, wyprężony jak świeca. Niedawno zobaczyłam go w telewizji, ćwiczącego swobodnie na drabinkach. Ma dziś ponad 90 lat, a zaczął biegać z artretyzmem, z arytmią i nadwagą, za namową lekarza.
Drugie starcie
Wyobraźcie sobie osobę z inklinacją do tycia, zdeterminowaną trzymać linię - z dobrym skutkiem, którą nagle dopadnie... terapia hormonalna. To się właśnie zdarzyło Ilonie, przyplątały się bowiem tak zwane sprawy kobiece i lekarze zaordynowali hormony, a paskudztwo to, wiadomo, leczyć leczy, ale przeważnie tuczy! Utuczyło ją też- jak wspomina- tragicznie, niczym ironia losu albo odwet natury za niegodzenie się na puszystość, bo do 120 kg. Co prawda przybywało też nowych obowiązków i stresów tuczących przez pojadanie. Powiększyła się rodzina, bo był już na świecie 10-letni dziś syn Paweł, a mama miotała się między pracą, domem, studiowaniem ekonomii, tęsknotą za swoimi pasjami, bezsensownie w dodatku starając się schudnąć. - To była -wspomina- autentyczna panika. Stosowałam miliony diet, bez wyboru, o czym usłyszałam czy przeczytałam, wszystkie odchudzające preparaty, reklamowane nowości rynku, samochód można by kupić za wydane pieniądze. Państwo Zielińscy od dawna już mieszkali w Zgierzu koło Łodzi i pani Ilona była pacjentką łódzkiej kliniki „ Saby". Ta kuracja pomagała najbardziej, ale uporczywie wracał efekt jo-jo. Pacjentka co schudła, to znów utyła.
Trzecie starcie
Pewnego razu, było to przed sześciu laty, postanowiła odwiedzić łódzki Klub Puszystych „Super Linii" przy ul. Pabianickiej. Pojechała, ale ze Zgierza na Pabianicką było tak daleko, że zajęło to całe popołudnie. I wtedy właśnie błysnęła jej myśl, że może przecież założyć Klub miejscowy. 1 marca 2001 roku, w święto puszystych, nastąpiło uroczyste otwarcie Klubu Puszystych „Super Linii" w Zgierzu z prezeską Iloną Zielińską na czele.
Aktywnych członkiń jest 20-25, przez pewien czas było też trzech panów. Klubowiczki są w różnym wieku, najstarsza ma 74 lata, niektóre młodziutkie i szczuplutkie, ale żądne wiedzy o zdrowym odżywianiu, o urodzie, smukłości, dietach, aktywności fizycznej. Są bowiem w Łodzi różne gabinety odnowy biologicznej, studia urody, ale nie na kieszeń przeciętnej Polki, zwłaszcza przy panującym bezrobociu. A klub organizuje prelekcje, umożliwia kontakty z dietetykami, psychologami, odbywają się spotkania z ludźmi, po których wyglądzie widać, że racjonalne odchudzanie przynosi efekty. To taka namacalna, widoczna psychoterapia, część przygotowania do podjęcia walki z własnym ciałem. Najpierw- uważa Ilona- trzeba wiedzieć co nas czeka, bo ludzie myślą, że gdy zaczną stosować dietę i ćwiczyć, szybciutko pozbędą się nadwagi. A tak się przecież nie da.
Więc: przygotowanie, potem proces oczyszczenia organizmu dietą oczyszczającą (same warzywa bez strączkowych, plus grejpfruty, jabłka, cytryny), wreszcie już normalne odchudzanie, czyli eliminacja tego, co tuczy plus ruch, ruch, ruch.
Lekarze odstawili wreszcie hormony, Klub działał i koleżanki nawzajem się wspierały- zaczęła naprawdę odzyskiwać linię: przez dwa i pół roku zrzuciła 35 kg. Ważyła tylko 85 kg! -Odchudzam się ostatni raz- powiedziała sobie z triumfem.
Czwarte starcie
Wyobraźcie sobie osobę, nad którą już nie wisi zmora terapii hormonalnej, która zaczyna widzieć w lustrze swoją talię, może normalnie kupić spódnicę w sklepie, którą nagle dopada...nadczynność tarczycy, z migotaniem przedsionków serca, z transportem erką do szpitala. W dodatku w nadczynności tarczycy przeważnie się chudnie, a Ilona znów zaczęła tyć. W tym bowiem sęk i obmierzła złośliwość losu, że w jej przypadku terapia jodem nie podziałała i pacjentka po staremu wylądowała na tabletkach wyrównujących poziom hormonów. Utuczyły ją, że pod koniec ubiegłego roku ważyła 103 kg.
Przekaz mówi, ze gdy kardynała de Polignac opowiedziała o markizie du Deffand, że pierwszy biskup Paryża św. Dionizy przeszedł sześć mili niosąc w ręku własną głowę ściętą na gilotynie, markiza westchnąć miała: „Cóż, w tej sytuacji trudny jest tylko pierwszy krok". Otóż to! Ilona zahartowana przecież była w zmaganiach z własna dolą, więc poddawać się ani myślała. Latem ubiegłego roku odstawiono jej tabletki: - Oczyściłam organizm, już schudłam 5 kg, i już jestem lepszej myśli. Ubolewa, że prace ma siedzącą, osiem godzin tkwi na krześle w biurze. Koleżanki sobie podjadają, ona nie. Ale uwielbia słodkości, gdy dziewczyny kupią ciastka, nieraz odpuści sobie dietetyczny reżim. Gorzej, że nie cierpi gotować, a musi. Raz, że ma rodzinę, a dwa, że inaczej nie mogłaby stosować diety. Nauczyła się dyplomacji przy tym gotowaniu, bo i mąż Jacek, i dzieci traktują dietetykę z łagodną dezaprobatą, twierdząc, że nie są królikami doświadczalnymi. Więc, choć przedtem obwieszczała, że kotlety są z soi , a surówka z pokrzywy, teraz po prostu nie mówi, co przyrządza i wszystko im smakuje. A gdy im jednak gotuje tradycyjny, kaloryczny polski obiad, je tylko to co może jeść odchudzająca się kobieta. Jej osobisty jadłospis to rano herbata ziołowa, sok z marchwi, jabłko, nieco wędliny; w pracy- herbata, jabłko, sok, kanapka; w domu danie obiadowe odtłuszczone, nieraz płatki na mleku...Od czasu do czasu wytrzymuje na samej wodzie. Dobrze jednak wie, że nie może się katować odchudzaniem: -Przy braku równowagi hormonalnej w organizmie trzeba uważać.




